tw: niska samoocena
trochę dawniej temu, zanim Ula była Miodową Łapą
— Tak, masz rację — odparł kocur, na co Kora się uśmiechnęła.
Spojrzała w stronę żłobka. Sama zastanawiała się, jak pójdzie kotce. Była młoda, więc pewnie nie przyzwyczaiła się jeszcze do takich luksusów… Ale nie była od dziecka uczona jak przetrwać w lesie. Mogła mieć ciężko jako uczeń…
Kora pamiętała czasy, gdy była jeszcze Korową Łapą. Nie lubiła ich wspominać. Nie w tym klanie. Była nieporadna, słaba, koty raczej za nią nie przepadały… Wydawało jej się, że każdy wzrok w jej stronę jest oceną, a każdy szept ją krytykuję.
Klan Wilka był miejscem dla kotów silnych. A ona wciąż nie była pewna czy się do nich zalicza.
Do tego miała tę cholerną bliznę… Ruszyła łapą, jakby chcąc jej dotknąć, ale się powstrzymała. Nadal czasami była zła, że przegrała tamtą walkę. Nie dlatego, że przegrana była najgorszą rzeczą, jaka mogła się stać. Tylko dlatego, że po tym wszystkim zachowała się strasznie głupio…
— Ale… ty mi bardzo pomogłaś. — odezwał się ponownie Kamyczek. — Zawsze we mnie wierzyłaś. Dziękuję ci, Korowy Szepcie. Nie wiem, czy już ci to mówiłem, czy nie, ale bardzo dużo ci zawdzięczam.
Kotka przez chwilę nie wiedziała co odpowiedzieć. On? Zawdzięczał dużo jej? W jej głowie to Kamyczek zawsze był tym lepszym — starszy, silniejszy, przystojny. Dużo bardziej odpowiedni do życia w Klanie Wilka. To ona powinna mu dziękować. Mimo to uśmiechnęła się lekko.
— Ja też dziękuję, Kamienne Pióro. — otarła się o niego z pomrukiem.
Spojrzała w niebo i uśmiechnęła się trochę szerzej. Nigdy nie widziała się tak spokojnej, obok Kamyczka. Wszystko przecież… Zaczęło się dość zwyczajnie.
Przeszłość
Poznali się na patrolu. Kotka dopiero została uczennicą, więc wszędzie chodziła skupiona i uważna. Próbowała zapamiętać wszystko, o czym mówili do niej wojownicy. Każdą lekcję mentora, każdą radę ojca. Chciała się wykazać, przećwiczyć coś sama, więc poszła z Piołunowym Dymem. Kamyczek zagadał do niej niespodziewanie. Zadał proste pytanie.
— I jak idzie ci trening?
Tyle. Kotka była tym zaskoczona. Tym bardziej że był to brat Dębowej Łapy, do którego szylkretka raczej nie miała zbyt dobrych odczuć. Pamiętała, że odpowiedziała mu krótko.
— W porządku.
A potem chciała uciec. Teraz już nie była pewna, dlaczego się odezwała ponownie. Może już wtedy uznała Kamyczka za ładnego? Może nie miała nic lepszego do roboty? A może wreszcie chciała mieć kogoś, oprócz Ognistej Sloty, z kim mogłaby porozmawiać.
— Trochę nie idzie mi wspinaczka. A tobie?
Pamiętała, że gdy kocurek odpowiedział:
— Czasem mam wrażenie, że jestem gorszy od kociaka, jeśli chodzi o polowanie. Ciągle się potykam o własne łapy.
Kotka poczuła, że czekoladowy jest tym kotem, który nie będzie jej oceniał. Więc zaczęli rozmawiać. Najpierw tylko o treningach, potem trochę więcej o sobie, a potem już byli nierozłączni. Kora dopiero teraz zdała sobie sprawę, że wtedy nie musiała udawać. Nie musiała być silna, gdy nie jest, nie musiała się śmiać mimo bólu, ani udawać, że nie przejmuję się porażką. Może dlatego zaczęła go wtedy lubić trochę bardziej.
przed walką
Kora pamiętała okres przed walką, aż nazbyt dobrze. Pamiętała te kilka dni, które czekała, aż znajdą jej odpowiedniego przeciwnika. Pamiętała stres, który wtedy odczuwała.
Im bliżej było, tym częściej czuła nieprzyjemne ściskanie w żołądku. Bała się. Nie mogła jednak zrezygnować. To była część treningu. Część tej drogi, która kończyła się na zostaniu wojownikiem. Gdyby zrezygnowała, prawdopodobnie wszyscy uznaliby to za dowód jej słabości.
Ćwiczyła wtedy bardzo dużo. Gdy inni odpoczywali, ona ćwiczyła. Gdy inni spali, ona zastanawiała się, co można poprawić. Miała nadzieję, że strach kiedyś zniknie. Nie zniknął.
Dzień, może dwa przed walką podszedł do niej Kamyczek.
— Niedługo masz walkę, prawda? — zapytał.
Kora od razu odwróciła wzrok. Spuściła głowę, którą zaraz delikatnie kiwnęła.
— Ta… Ty już miałeś dwie, prawda?— zerknęła na niego.
— Obie przegrane.
Kocur się zaśmiał, chociaż trochę smutno.
— Następnym razem ci się uda. — odpowiedziała na to kotka. Praktycznie od razu.
Wierzyła w to wtedy. Oczywiście, że w to wierzyła.
— Dziękuję. — odpowiedział Kamyczek.
Milczeli chwilę, chociaż szylkretka była pewna, że da się usłyszeć jej głośno bijące serce. Nie wiedziała tylko, czy było to spowodowane strachem, czy Kamyczkiem.
— Boisz się? — zapytał po chwili czekoladowy.
Kora odwróciła wzrok. Nie powinna się do tego przyznawać. Strach był przekleństwem, słabością.
Dotąd nie była pewna, czego właściwie się bała. Że przegra? Że zostanie skrzywdzona? Że skrzywdzi przeciwnika? Że wszyscy będą się z niej śmiać?
Powodów mogło być tak wiele. A ona nawet nie wiedziała, który sprawiał, że na samą myśl jej futro się jeżyło.
— Trochę. — przyznała szeptem.
Kamyczek otarł się o nią. Kora odetchnęła. Jej serce przestało walić.
— Chcesz razem potrenować?
Zgodziła się. Trenowali razem. Nie zawsze wychodziło. Czasem kończyli zirytowani, czasem kończyli śmiejąc się z własnych błędów. Wszystko to sprowadzało się do tego, że Kora nie czuła się, jakby musiała znów coś udowodnić. Nie czuła się słaba, czy nieporadna. Właściwie to nawet czuła, że może dzięki Kamyczkowi da sobie radę.
Po walce
Pamiętała szept Roztargnionego Koperka. Te słowa czasem nadal nawiedzały ją w koszmarach:
— Może nic poważnego, ale blizna zostanie.
Po walce zmieniło się wszystko. Kotka zamknęła się w sobie jeszcze bardziej niż wcześniej. Pamiętała, że albo trenowała długie godziny, albo siedziała u medyków, nawet jeśli nie musiała. Pamiętała, że chodziło tylko o Kamyczka. Od kiedy na jej twarzy pojawiła się rana, omijała go wielkim łukiem. Całkowicie zmieniła swoją rutynę, aby go przypadkiem nie spotkać, a gdy już przypadkiem się łapali, od razu znajdowała jakąś wymówkę. Dbała o to, aby czekoladowy nie zobaczył jej twarzy.
Pamiętała, że się bała. Bała się, że gdy Kamyczek ją zobaczy, to odwróci wzrok. Że to wyśmieje. Że odejdzie. Pamiętała, że była pewna, że po wypadku jej szansę na znalezienie partnera spadły poniżej zera — nawet jeśli wcześniej też były dość niskie. Nigdy nie uważała się za najładniejszą. Wtedy jednak nie chciała nawet spojrzeć w swoje odbicie w wodzie. Rana wydawała się jej szpetna. Nie potrafiła na nią spojrzeć bez myślenia o porażce. Nie potrafiła na nią spojrzeć bez myślenia o Kamyczku. A gdy już myślała o Kamyczku, myślała tylko o tym, co jeśli teraz wszystko będzie inaczej.
Nie mogła go omijać jednak cały czas, ciężko by było. Ostatecznie byli w jednym klanie. Pamiętała, że była głodna i zmęczona i wpadła na niego nagle. Pamiętała, że gdy jego ogon przesunął się po jej grzbiecie, cała się spięła.
Pamiętała jego zmartwienie, jej przeprosiny. Pamiętała, jak powiedziała mu to wszystko, czego się bała.
— Unikałam Cię, bo… Bałam się. Spójrz, jak wyglądam! —Mam tę bliznę i pewnie ci… I pewnie nikomu się już nie spodobam…
Pamiętała ciszę po tych słowach. Pamiętała też odpowiedź kocura.
— Korowa Łapo, przecież ty wyglądasz pięknie, spójrz tylko na siebie. I żadna nawet najokropniejsza blizna tego nie zmieni! Poza tym ja zawsze będę cię lubił, nieważne co się stanie, przecież jesteś moją najlepszą przyjaciółką i ja… Nie wyobrażam sobie, jak wyglądałoby moje życie, gdybyśmy się nie zaprzyjaźnili. Nie mam pojęcia, jak dałbym sobie radę z tym… tym wszystkim.
Pamiętała, że wtulili się w siebie z płaczem. A przede wszystkim Kora pamiętała, że wtedy wszystko zrozumiała.
Przy Kamyczku nie musiała się kryć. Nie musiała udawać. Nie musiała się bać. On zawsze przy niej był i będzie. Była też wtedy pewna swoich uczuć.
Teraźniejszość
Patrząc na to z perspektywy czasu, była głupim uczniem. Przestraszonym. Pewnym, że każda rzecz, która nie wyjdzie… Jest zła. Teraz nie była pewna, czy to myślenie było poprawne, czy nie. Nie chciałaby, żeby było. Ale Klan Wilka miał swoje prawa…
Zerknęła kątem oka na czekoladowego kocura. Co by było, gdyby go nie poznała? — zastanawiała się. — Czy nadal byłaby w Klanie Wilka? Czy wytrzymałby kolejne treningi? Czy teraz, jako wojowniczka, nadal próbowałaby udowodnić wszystkim, że jest wystarczająco dobra?
Nie znała na to odpowiedzi. Oprócz Kamyczka miała tu dawną przyjaciółkę, Ognistą Słotę — ich relacja jednak zmieniła się, od kiedy kotka została matką klanu. Miała też kilka innych kotów, z którymi rozmawiała, albo ich słuchała. Tylko że z żadnym nie potrafiła znaleźć tej nitki porozumienia.
Z Kamiennym Piórem było inaczej. Potrafili siedzieć całe noce i rozmawiać. Potrafili chodzić razem na polowania codziennie. Potrafili spacerować bez konkretnego celu. Potrafili siedzieć obok siebie w ciszy, która nigdy nie była niezręczna. Kora nie czuła, że musi przy nim coś mówić. Nie czuła, że musi przy nim udawać. Po prostu lubiła jego obecność.
Szylkretka lubiła czekoladowego od zawsze. Był inny niż koty z Klanu Wilka. Miły, trochę nieśmiały, uroczy.
Kora zmarszczyła brwi, gdy nasunęło jej się kolejne pytanie. Czy lubi Kamyczka, bo jej się podobał? Czy może zaczął jej się podobać, bo był Kamyczkiem?
Pokręciła głową. To nie miało znaczenia. Nie teraz. Byli szczęśliwi. Oboje. To się liczyło.
Kotka spojrzała na niego kątem oka. Pomyślała o wszystkich uczniach, których widziała na przestrzeni tych księżyców — o tych, którzy byli silni; o tych, którzy od razu odnaleźli się w klanie i o tych, którzy jak ona potrzebowali więcej czasu.
Ostatnio często zdarzało jej się brać pod swoje skrzydła jakiegoś zagubionego ucznia. Nie zawsze wiedziała jak mu pomóc, czy co powiedzieć. Ale próbowała, bo gdy sama była uczniem, cały czas kogoś takiego jej brakowało.
Pojawiła się następna myśl. Większa, śmielsza. Kora chwilę przyglądała się ukochanemu, nim odważyła się odezwać:
— Kamyczku?
— Tak?
Kotka zawahała się. Spojrzała gdzieś w bok.
— Chciałbyś mieć kiedyś dzieci?
Ona właściwie nie myślała o tym zbyt często. Nie chodziła zbytnio do żłobka, bo maluchy były dla niej zbyt energiczne. Tylko widok szczęśliwych wojowników, którzy byli niepewnymi uczniami, rozpaliło u niej tę wizję.
Co, gdyby mieć własnego kociaka? Mogłaby nauczyć go wszystkiego, czego sama nauczyła się przez ten czas. Mogłaby pokazać mu, że nie zawsze trzeba być najsilniejszym. Że można się bać, że można przegrać, że można mieć blizny. I nadal być wartościowym kotem.
— Bo… Zastanawiam się…— przerwała na chwilę. — Czy nie chcemy mieć potomstwa?
Odwróciła wzrok, czując na sobie spojrzenie Kamiennego Pióra.
— Wiesz, maleństwa, które byłby po nas… — zaczęła mówić coraz szybciej. — Moglibyśmy się nimi opiekować! Moglibyśmy… Moglibyśmy nawet im pokazać, że nie tylko siła i spryt się liczą.
Zaczęła chodzić w kółko, jak to miała w zwyczaju, gdy była nerwowa.
— Wiem, że Klan Wilka patrzy na odwagę i siłę. Temu nie uciekniemy. — zerknęła mimowolnie w stronę granicy. — Ale myślę, że jesteśmy w stanie sprawić, żeby nie czuły się źle, jeśli będą słabe.
Położyła się ponownie obok niego i westchnęła.
— Chciałabym, żeby koty takie jak my nigdy nie czuły się samotne. — jej głos stał się cichszy. — A jeśli będziemy mieli własne kociaki i będziemy ich tego uczyć… Może poprawimy trochę to wszystko.
Przez chwilę patrzyła przed siebie. Potem odwróciła się w stronę kocura.
— Więc… Chciałbyś mieć dzieci?
<Kamienne Pióro?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz