— Gołąbku? — zawołał w stronę kocurka, widząc, że ten grzebie coś w ziemi. Postanowił do niego podejść i przyjrzeć się temu z bliska. — Co to ta-takiego? — zapytał, obserwując wzorki wydrążone w podłożu.
Bury zamarł w miejscu, wlepiając wzrok w szlaczki, jakby sam się nad nimi zastanawiał.
— To… nic takiego. Pomyślałem tylko, że… — zaczął, lecz urwał w połowie zdania. — Nie, nieważne. I tak miałem już wracać do obozu — dokończył, po czym wreszcie spojrzał na liliowego.
Wiciokrzew wciąż był zaciekawiony, lecz nie chciał naciskać na swojego ucznia. Skoro nie zamierzał mu powiedzieć, to nie musiał.
* * *
Teraźniejszość
Ostatnimi czasy w Owocowym Lesie nie działo się zbyt wiele — a przynajmniej nie były to rzeczy negatywne. Na dodatek zazwyczaj nie dotyczyły one Wiciokrzewu, co niezmiernie go radowało. Ostatnie, co pamiętał, to dzień, w którym Czereśnia wprowadził Radę złożoną z pięciu kotów — Purchawki, Figi, Guziczka, Płatka i Gondora. Zielonooki wciąż czuł falę dumy, która przebiegała przez jego ciało za każdym razem, gdy tylko pomyślał o tym, że to on przyczynił się do takich zmian w hierarchii. Był właściwie katalizatorem całej tej sprawy. To jemu jako pierwszemu objawiła się Wszechmatka i to on jako pierwszy usłyszał jej wolę. Wciąż nie wiedział, dlaczego zdecydowała się odezwać akurat do niego, lecz ta świadomość sprawiała, że przez ostatnie księżyce żyło mu się nieco lżej. Choć tylko nieco. Wciąż przecież był tym samym Wiciokrzewem, którego dniami i nocami dręczyły błędy przeszłości. Nadal rozpamiętywał dzień, w którym przypadkiem otruł Smugę. Na myśl o śmierci młodego, czekoladowego kocura jego żołądek wywracał się na wszystkie strony. Były uzdrowiciel nie mógł znieść myśli, że był mordercą, nawet jeśli ta sytuacja wydarzyła się ogrom czasu temu i większość kotów, które obecnie przebywały w Owocowym Lesie, zapewne już o niej nie pamiętały. W przypadku Wiciokrzewu nie było jednak mowy o czymś takim, jak “czas leczy rany”. Po ranach i tak zawsze zostają blizny, a liliowy miał ich pełno zarówno na sercu, jak i na umyśle. Jego przeszłość była naznaczona zbyt dużą liczbą porażek i błędów, by móc tak po prostu o nich zapomnieć. Nawet jeśli teraz nie był już nikim wpływowym, a jedynie uziemionym starszym, którego nikt nie pytał o mroczną przeszłość.
Z jednej strony cieszył się, że mógł teraz żyć spokojnie. Lubił również, gdy odwiedzali go uczniowie, by przynieść mu zwierzynę lub wyciągnąć z futra kleszcze, a także kocięta, by posłuchać od niego jakichś historyjek. Z drugiej zaś takie bezczynne siedzenie tylko pogłębiało jego myśli o tym, że może lepiej by mu już było, gdyby stał się jerzykiem lub jaskółką. Nie wątpił w to, że po śmierci zostanie ptakiem. W końcu Wszechmatka zdążyła mu już udowodnić, że istnieje, a także że nie jest na niego obrażona i przyjmie go w szeregi swojej skrzydlatej armii. Nie mógł doczekać się dnia, w którym wreszcie to nastąpi. Starał się jednak z całych sił, by nie odczuwać potrzeby przyspieszenia tego momentu ze względu na Mistral. Wiedział, jak bardzo białofutra była wrażliwa na jego humorki. Wiedział, że nie pozwalała mu zrobić tego, czego od wielu księżyców pragnął bardzo mocno. Wiedział też, że w razie jego odejścia w takich, a nie innych okolicznościach, zapewne nieco podupadłaby na zdrowiu psychicznym, a tego nie chciał jej robić. Była w końcu jego córką, choć sama o tym nie wiedziała, i wypadałoby, jako przykładny ojciec, jej nie dobijać. Poza tym Wiciokrzew był ciekaw, czy w ciągu swojego życia uda mu się jeszcze doczekać wnuków. Nawet jeśli te wnuki nie będą wiedziały, że tak naprawdę są z nim spokrewnione. Choć właściwie wątpił w to, że dożyje kolejnych potomków. W końcu był już całkiem stary, gdy został ojcem, toteż Mistral i Świergotek byli od niego o wiele młodsi. Nim znajdą sobie drugie połówki i będą gotowi założyć rodziny, Wiciokrzewu może już dawno nie być na tym świecie.
Zanim były uzdrowiciel zdążył pogrążyć się w myślach na temat starzenia się, przemijania i śmierci, przed jego oczami pojawił się bury kot. Liliowy uniósł na niego wzrok, dostrzegając, że przybysz trzyma w pysku niedużą ryjówkę. Wiciokrzew kojarzył tego młodzieńca. Musiał odwiedzać legowisko starszych już któryś raz.
— Gąsiorek, dobrze pa-pamiętam? — odezwał się zielonooki, próbując nawiązać jakąś konwersację z uczniem.
Bury odłożył ryjówkę przed starszym, po czym usiadł na ziemi.
— Masz rację, Wiciokrzewie — odparł młodszy, na co liliowy uśmiechnął się pod nosem.
— Dobrą ma-masz pamięć. Zde-zdecydowanie lepszą niż ja — mruknął starszy. — Choć, jak to mó-mówią, starość nie ra-radość. Lepiej ko-korzystaj ze swojego by-bystrego umysłu, nim też zacznie ci łu-łupać w kościach — kontynuował swój wywód.
Polubił spokojne, przyjazne rozmowy ze swoimi pobratymcami, odkąd całe dnie spędzał w legowisku. Szczególnie lubił konwersować z nieco młodszym pokoleniem, a to dlatego, że miał świadomość, iż kot, z którym rozmawia, nie wie nic o jego przeszłości. Mógł przez to odetchnąć i nie martwić się o to, że rozmówca już dawno nakleił na niego łatkę mordercy czy obłąkańca. W rozmowie z kociętami czy uczniami był po prostu śmiesznym staruszkiem, który nie różnił się zbytnio od stereotypowych kotów w jego wieku. No dobra — odznaczał się jedynie piórami świętych ptaków w futrze, a także ogromną chęcią dzielenia się z potomnymi informacjami na temat Wszechmatki.
— O to się nie martw! Cały czas wykorzystuję swój umysł, a ponadto i sprawne łapy! — zaczął Strusiek, który w Owocowym Lesie znany był również jako Gąsiorek i tak też zwracał się do niego starszy. Łatwiej było mu to zapamiętać, ponieważ przynajmniej wiedział, co to słowo oznacza. Co do Struśka, nie był tego pewien. — Dzisiaj byłem ze Smok na treningu i upolowałem tę ryjówkę, a także kilka myszy! Moja mentorka mówi, że idzie mi już całkiem nieźle… Mam nadzieję, że w takim razie Czereśnia zdecyduje się mianować mnie już niedługo! Nie mogę się doczekać, aż będę mógł sam wychodzić z obozu. Wtedy to będę polował i patrolował granice całymi dniami! — oznajmił, wypinając dumnie pierś.
Wiciokrzew zdążył już zauważyć, że bury miał w sobie ogromny zapał do pracy na rzecz Owocowego Lasu. Gdyby nie fakt, że był uczniem i brakowało mu jeszcze trochę księżyców, nadawałby się idealnie na radnego. Widać w nim było szczerą chęć ulepszania swojej grupy. Wiciokrzew był niemal pewien, że Gąsiorek, gdyby został radnym, rzucałby samymi dobrymi pomysłami, a Owocowy Las stałby się jeszcze lepszym miejscem, niż był teraz.
— U-uważaj tylko, żeby się nie prze-przemęczyć — ostrzegł go, wiedząc dobrze, że bury nie zważał na swój dobrostan, gdy w grę wchodziło dobro grupy.
— Ja? No co ty — mruknął Strusiek. — Ja jestem za dobry, żeby się przemęczyć! Poza tym nie ma czegoś takiego jak przemęczenie, a nawet jeśli jest, to nie jest ono wymówką, żeby siedzieć bezczynnie! — oznajmił pół żartem, pół serio.
Wiciokrzew westchnął. Wiedział, że ten zapał jeszcze kiedyś zgubi Gąsiorka, lecz nie miał teraz siły, by go przed tym ostrzec. Sam będzie musiał się nauczyć, że niekiedy powinien postawić własne dobro ponad dobrem Owocowego Lasu.
Koniec sesji
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz