Przed śmiercią Mandarynkowej Gwiazdy
Umykająca Łapa coraz częściej odnosił wrażenie, że jego mentor wysyła go na samotne polowania nie po to, by nauczył się samodzielności, lecz żeby choć przez kilka godzin odpocząć od jego niekończących się pytań. Bury uczeń nie potrafił jednak uznać tego za szczególnie niesprawiedliwe. Gdyby sam miał pod opieką kogoś takiego jak on, prawdopodobnie również szukałby sposobu, by choć na chwilę zaznać spokoju.
Nie zamierzał jednak przyznawać tego na głos. Jeszcze tego brakowało, żeby jego mentor uznał, że wreszcie zrozumiał, dlaczego czasami warto po prostu zamknąć pysk i wykonać polecenie.
Tego ranka zadanie było wyjątkowo proste. Miał udać się w okolice granicy, znaleźć kilka sztuk zdobyczy i wrócić przed południem. Żadnego patrolowania w towarzystwie innych uczniów, żadnych ćwiczeń walki ani kolejnych wykładów o tym, jak powinien zachowywać się przyszły wojownik. Tylko polowanie, od którego przecież nie próbował się wymigiwać. Właściwie całkiem lubił tropienie zwierzyny. Wymagało skupienia, cierpliwości i spostrzegawczości, a przede wszystkim pozwalało mu spędzić trochę czasu z dala od kotów, które uważały, że każde jego pytanie jest kolejnym dowodem na niedojrzałość.
Problem polegał na tym, że nawet podczas polowania nie potrafił przestać myśleć. "Może gdybym mniej gadał, już dawno byłbym wojownikiem." — Ta myśl pojawiła się w jego głowie po raz kolejny, gdy przywarł brzuchem do ziemi i obserwował niewielką mysz, która kręciła się między korzeniami. Przez kilka uderzeń serca próbował skupić się wyłącznie na zdobyczy. Następnie przypomniał sobie uwagę mentora sprzed paru dni, później spojrzenie jednego ze starszych wojowników, a na końcu własną odpowiedź, której nie powinien był udzielać. Mysz zniknęła w szczelinie między korzeniami, zanim Umykająca Łapa zdążył nawet przygotować się do skoku. Kocur uniósł łeb i westchnął ciężko.
— No pięknie. Jeszcze chwila i zacznę przegrywać nawet z robakami — mruknął do siebie, otrzepując przednie łapy z wilgotnej ziemi.
Nie było sensu rozpamiętywać nieudanego polowania. Przynajmniej tak powiedziałby mu mentor, gdyby stał teraz obok niego. Umykająca Łapa doskonale znałby jego odpowiedź, łącznie z tym charakterystycznym tonem, który sugerował, że uczeń właśnie zmarnował kolejną okazję do nauczenia się czegoś pożytecznego. Zamiast więc wracać do obozu z pustymi łapami, ruszył dalej, uważnie węsząc przy ziemi i wypatrując śladów drobnych zwierząt.
Z czasem las zaczął się przerzedzać. Między pniami pojawiało się coraz więcej światła, a podłoże stawało się wilgotniejsze. W powietrzu czuć było wodę, rośliny i znajomą woń jego klanu, pozostawioną przez koty regularnie patrolujące okolicę. Umykająca Łapa znał te zapachy na tyle dobrze, by odróżnić świeże ślady od tych, które zdążyły już wsiąknąć w ziemię. Wiedział też, gdzie powinien się zatrzymać, żeby nie zbliżyć się niepotrzebnie do granicy.
Nie miał ochoty wdawać się w żadne sprzeczki z sąsiadami. Wystarczająco dużo kłopotów sprawiał we własnym klanie.
A jednak właśnie przy granicy czuł się ostatnio dziwnie spokojny. Nie dlatego, że zapominał o obowiązkach, lecz dlatego, że tamtejszy krajobraz przypominał mu, jak wielki był świat poza terenami Klanu Nocy. Po drugiej stronie wody istniały inne lasy, inne obozy i inne koty, które prawdopodobnie miały własne problemy, własne zwyczaje oraz własne powody do niezadowolenia. Być może niektóre z nich również musiały codziennie udowadniać, że zasługują na miejsce wśród swoich.
Ta myśl nie dawała mu spokoju. Czy naprawdę wszędzie musi być tak samo? Przystanął przy niskich krzewach, a jego bursztynowe oczy powędrowały ku powierzchni wody. W oddali coś poruszyło się wśród trzcin, ale tym razem nie rzucił się od razu w tamtą stronę. Wciągnął powietrze, sprawdzając zapachy, po czym ostrożnie obszedł niewielką kępę roślin. Znalazł kilka śladów gryzoni, lecz żaden nie prowadził do miejsca, w którym mógłby urządzić sobie udane polowanie.
Nie przeszkadzało mu to tak bardzo, jak powinno. Od pewnego czasu jego myśli nieustannie wracały do matki. Fląderka. Samo wspomnienie jej imienia sprawiało, że w jego piersi pojawiało się nieprzyjemne uczucie, którego nie potrafił nazwać. Kochał ją. Nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Była jego matką, rodziną i jedną z niewielu osób, przy których nie musiał zastanawiać się nad każdym wypowiedzianym słowem. Mógł przy niej być sobą, nawet jeśli czasami oznaczało to zadawanie pytań w najmniej odpowiednich momentach lub wpadanie na pomysły, które kończyły się kolejnymi kłopotami. Nie rozumiał jednak, dlaczego inni nie potrafili spojrzeć na nią w podobny sposób.
Fląderka miała czekoladowe futro. Brakowało jej także jednego ucha, co dla niektórych stanowiło kolejny powód do szeptów i nieprzyjemnych uwag. Umykająca Łapa nigdy nie widział w tym niczego, co czyniłoby ją gorszą. Jej wygląd był po prostu jej wyglądem. Tak samo, jak jego własne bure futro nie mówiło nic o tym, czy potrafiłby kiedyś zostać dobrym wojownikiem. Mimo to w Klanie Nocy istniały koty, które zdawały się uważać coś zupełnie przeciwnego.
Wystarczyło, że Fląderka pojawiała się w pobliżu, a niektóre spojrzenia stawały się chłodniejsze. Czasami ktoś milkł w połowie rozmowy, czasami inny kot odwracał głowę, jakby samo przebywanie obok niej było czymś nieprzyjemnym. Zdarzały się również komentarze wypowiadane na tyle cicho, by można było udawać, że nikt niczego nie powiedział, ale wystarczająco głośno, by dotarły do uszu zainteresowanych.
Umykająca Łapa nie znosił tego najbardziej. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego niektórzy woleli szeptać za plecami, zamiast powiedzieć wprost, co im przeszkadzało. A kiedy już zdobywali się na odwagę, by wypowiedzieć swoje przekonania na głos, zwykle powoływali się na historię, którą słyszeli od starszych, albo na tradycję, której rzekomo nie wolno było podważać.
Według opowieści powtarzanych w Klanie Nocy czekoladowe futro miało pochodzić z brudnego błota i zdradliwego mułu. W przeciwieństwie do kotów o innych umaszczeniach czekoladowe miały być nieczyste, słabe i niegodne zaufania. Umykająca Łapa słyszał tę historię tyle razy, że potrafił niemal odtworzyć każde zdanie. Im częściej jednak ją słyszał, tym mniej sensu w niej dostrzegał.
Przecież błoto nie mogło zdecydować o czyimś charakterze. Kolor sierści nie zmieniał tego, jak kot traktował innych, czy był lojalny, czy potrafił pomóc potrzebującemu ani, czy miał odwagę stanąć w obronie słabszych. Jeśli opowieść miała wyjaśniać pochodzenie kolorów, dlaczego niektóre koty traktowały ją jak dowód, że mogą pogardzać innymi?
Najgorsze było to, że nie dotyczyło to wyłącznie jego matki.
On sam i jego brat również musieli mierzyć się z konsekwencjami uprzedzeń, których nie wybrali. Zamiast być traktowani jak zwyczajni członkowie klanu, czasami czuli się tak, jakby sam fakt ich narodzin stanowił coś, za co powinni przepraszać. Jakby należeli do rodziny, której inni nie życzyli sobie widzieć wśród siebie. Jego brat oraz matka na wyspie, która miała być ich domem, potrafili czuć się jak wyrzutki.
Umykająca Łapa zatrzymał się gwałtownie, a jego pazury wysunęły się z łap, wbijając w miękką ziemię. Zorientował się, że zaciska szczęki tak mocno, iż zaczynają boleć go mięśnie pyska. Rozluźnił je powoli, po czym odwrócił głowę w stronę wody. Nie chciał nienawidzić własnego klanu. To było chyba najgorsze ze wszystkiego.
Kochał swoje terytorium, znał jego ścieżki i zakamarki, pamiętał zapachy, które towarzyszyły mu od kocięcych dni. Miał tutaj rodzinę, znajome koty i miejsca, do których wracał, gdy chciał odpocząć. Nie potrafił po prostu odwrócić się i uznać, że wszystko, co znał, jest bezwartościowe. Jednocześnie coraz trudniej przychodziło mu ignorowanie tego, co działo się wokół niego.
Czy lojalność wobec klanu oznaczała, że powinien zgadzać się ze wszystkim, co robili jego współplemieńcy? Czy miał przymykać oczy na krzywdę matki tylko dlatego, że tak było wygodniej? A może właśnie prawdziwa lojalność wymagała sprzeciwu, nawet jeśli oznaczało to narażenie się innym? Nie znał odpowiedzi. I to doprowadzało go do szału.
— Przecież to nie ma żadnego sensu… — wymamrotał, spuszczając wzrok na własne łapy. — Jak można mówić o honorze i jednocześnie traktować własną klanowiczkę jak śmiecia tylko dlatego, że ma inny kolor futra?
Jego głos był cichy, ale w otaczającej go ciszy zabrzmiał wyraźniej, niż się spodziewał. Umykająca Łapa rozejrzał się odruchowo, lecz nikogo nie dostrzegł. W pobliżu nie było widać żadnego patrolu, a zapachy unoszące się w powietrzu nie wskazywały na obecność któregoś z jego współplemieńców. Przynajmniej tak mu się wydawało.
Przysiadł na ziemi, podwijając ogon wokół łap. Powinien wrócić do polowania. Zostało mu jeszcze trochę czasu, a mentor z pewnością nie ucieszyłby się, gdyby uczeń wrócił do obozu z jedną myszą i głową pełną ponurych rozmyślań. Mimo to nie potrafił się ruszyć. Wszystko, co od dawna próbował trzymać w sobie, zaczynało wydostawać się na powierzchnię.
— I co ja mam niby zrobić? — zapytał sam siebie, wpatrując się w ziemię. — Mam udawać, że niczego nie widzę? Że nie słyszę, jak o niej mówią? Że moje rodzeństwo i ja powinniśmy być wdzięczni za samo to, że pozwalają nam tutaj mieszkać?
Na ostatnich słowach głos lekko mu zadrżał. Umykająca Łapa natychmiast zacisnął pysk, zirytowany własną słabością. Nie chciał brzmieć jak ktoś, kto użala się nad sobą. Wiedział, że nie miał najgorzej na świecie, i nie zamierzał udawać, że jego problemy były ważniejsze od problemów innych kotów. Nie potrafił jednak zrozumieć, dlaczego tak trudno było po prostu pozwolić jego matce żyć w spokoju.
Nie prosiła przecież o szczególne traktowanie. Nie chciała, żeby wszyscy ją podziwiali ani żeby ktokolwiek stawiał ją ponad innymi. Chciała tylko mieć miejsce w klanie, który nazywała domem. Czy naprawdę było to aż tak wiele?
Bury kocur uniósł łeb i spojrzał w stronę lasu. Wiatr poruszył liśćmi, przynosząc ze sobą nowe zapachy. Jeden z nich był obcy. Umykająca Łapa poczuł, jak jego ciało automatycznie się napina, a uszy kierują w stronę granicy.
Nieznajomy zapach należał do kota z Klanu Klifu. Uczeń przez chwilę wpatrywał się w krzewy, próbując ustalić, czy rzeczywiście ktoś znajdował się w pobliżu. Nie chciał robić zamieszania, ale nie mógł też zignorować obecności obcego na granicy. Ostrożnie podniósł się z ziemi, starając się zachować naturalną postawę. Jeśli ktoś go obserwował, nie zamierzał od razu pokazywać, że właśnie został przyłapany na narzekaniu.
Dopiero wtedy dostrzegł sylwetkę kotki. Stała niedaleko, po drugiej stronie granicy, a jej długie, rudo-czekoladowe futro wyróżniało się na tle roślinności. Była smukła, z wydłużonym pyskiem i krótkim ogonem. Jej pomarańczowe oczy zwrócone były w jego stronę, a postawa sugerowała, że nie znalazła się tutaj przypadkiem. Umykająca Łapa nie znał jej osobiście, ale zapach nie pozostawiał wątpliwości co do jej przynależności. Klifiaczka.
Przez pierwszą chwilę skupił się na jej wyglądzie, próbując przypomnieć sobie, czy widział ją wcześniej na którymś ze zgromadzeń. Dopiero po chwili dotarło do niego, że kotka mogła słyszeć jego słowa. Nie miał pojęcia, jak długo stała w pobliżu ani w którym momencie pojawiła się na granicy, ale jeśli dotarła tutaj wcześniej, niż ją zauważył, mogła usłyszeć znacznie więcej, niż chciałby przyznać. Jego żołądek ścisnął się nieprzyjemnie.
Wspaniale. Właśnie tego potrzebował. Obca kotka, która mogła wrócić do swojego klanu i opowiedzieć wszystkim, że uczeń Klanu Nocy narzeka na własnych współplemieńców.
Nie, nie tak. To nie było zwykłe narzekanie. Nie zamierzał wycofywać swoich słów, tylko dlatego, że ktoś mógł je usłyszeć. Miał prawo uważać, że dyskryminowanie jego matki jest niesprawiedliwe. Miał prawo nie zgadzać się z opowieściami, które wykorzystywano do usprawiedliwiania uprzedzeń. Nie powinien wstydzić się tego, że chciał, by jego rodzina była traktowana jak każda inna.
Mimo to perspektywa, że jego myśli stały się przedmiotem zainteresowania obcej kotki, sprawiała, że czuł się wyjątkowo niekomfortowo. Umykająca Łapa odchrząknął, próbując zebrać się w sobie. Przez moment miał ochotę po prostu odejść, udając, że niczego nie zauważył. Mógł wrócić do polowania, znaleźć jeszcze jedną mysz i zapomnieć o całym spotkaniu. To byłoby najprostsze rozwiązanie.
Niestety, ciekawość okazała się silniejsza.
— Długo tu jesteś? — zapytał w końcu, starając się, by jego głos zabrzmiał zwyczajnie. Nerwowe poruszenie końcówki ogona zdradzało jednak, że wcale nie czuł się tak pewnie, jak chciałby wyglądać. Przez chwilę milczał, nie odrywając wzroku od kotki. Dopiero po chwili dodał, nieco ciszej:
— I… ile słyszałaś?
Nie wiedział, czego bardziej się obawiał: że Klifiaczka słyszała wszystko czy że nie słyszała niczego i będzie musiał sam wyjaśnić, dlaczego zachowywał się tak, jakby właśnie przyłapano go na czymś zakazanym. Jedno było pewne — nie chciał, żeby ktokolwiek uznał, że wstydzi się swojej matki. Bo nie wstydził się jej ani trochę. Wstydził się jedynie tego, jak traktowali ją inni.
[1941 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz