Kolejny patrol.
Kolejne powtarzanie rutyny.
Od całego incydentu minęło już parę księżyców, a dla mnie samej czas płynął bardzo dziwnie. Specyficznie. Moja oś czasu w głowie, przypisująca odpowiednie wydarzenia, rozmowy, czy inne takie… Cóż. Nie mogłam powiedzieć, że się zmieniła, bo tak nie było. Dziwna, to ona była od zawsze, ale teraz? Teraz… Po prostu jej nie było. Jakby nie istniała nigdy wcześniej. Nie rozróżniam, które rzeczy działy się tego dnia, które poprzedniego, a które księżyc temu. Wszystko się mieszało. Wszystko jakby zalewało się w niejednolitą… Jedność? Ciężko opisać ten stan jakimikolwiek słowami, które znałam, znam, a może i nawet kiedykolwiek będę znać. Nie dbałam już o siebie tak, jak kiedyś. Wcześniej pielęgnacja futra przynosiła mi radość, wkładanie piór lub innych rzeczy w poszczególne miejsca było przyjemne i dokładne. Gdyby ktoś nie znał mnie sprzed tego wszystkiego, powiedziałby, że to niemożliwe, aby to, co ma przed oczami i to, czego dostaje opis, dotyczyło jednego kota. Było jednym kotem. To wydawało się po prostu…
Nierealne.
W powietrzu unosiły się pyłki wielu kwiatów, jak i innych roślin, mieszające się w jeden, przyjemny aromat, w który wplatał się także zapach świeżej zwierzyny. Gdzieś w oddali zaćwierkały ptaki. Ich piękny śpiew narodził w mojej głowie myśl, że próbują ułożyć wspólną pieśń zwiastującą nadejście Pory Zielonych Liści. Raz po raz ten właśnie świergot synchronizował się z delikatnymi podmuchami wiatru. Naprawdę brzmiało to jak przepiękna melodia, wymyślona przez sam Klan Gwiazdy. Tak jakby to wszystko było zaplanowane. Jakby świat próbował mnie pocieszająco przytulić, przesyłając przelotny pocałunek na wietrze, wręcz wraz z nim i tą śliczną melodią. Zafiksowana tym pięknem, które mnie otaczało oraz tym, jak pierwszy raz od dłuższego czasu je zauważyłam i cieszyło to moją duszę, nie zauważyłam, kiedy uczeń jednej z uczestniczek patrolu, Kocimiętkowego Wiru, zaczął iść krok w krok razem ze mną.
— Dzień dobry! — miauknął po chwili radośnie, odwracając pyszczek w moją stronę.
Nie byłam pewna, jak mam na to zareagować. Ciężko było mi rozpoznać, czy kocurek mówił to sarkastycznie i chciał mnie po prostu wyśmiać tak jak większość Wilczaków, czy rzeczywiście miał jakieś dobre intencje. Po dwóch uderzeniach serca niepewnie odpowiedziałam.
— Dzień Dobry… Jesteś… Księżycowa Łapa, prawda? — zapytałam, gdzieś głęboko w środku mając nadzieję, że młody miał szczere intencje, tak jak myślałam na początku. Chcąc pokazać, że sama nie gryzę, wysiliłam się na słaby uśmiech, mimo iż w środku skręcało mnie z nerwów.
— Zgadza się! — odparł, machając lekko, swoim niewielkim, puchatym ogonkiem.
Miałam wrażenie, że Księżycek jest mi bliski rodzinnie, ale nie mogłam sobie przypomnieć, kto mógł być jego rodziną w Klanie Wilka. Dopiero od kilku dni miałam siłę, aby próbować wrócić do normalnego trybu życia i nie użalać się nad sobą. Przez ten cały czas średnio obserwowałam, co działo się w klanie, jeśli w ogóle miałabym siłę, żeby to śledzić, patrząc na to, jak bardzo byłam niewyspana po przepłakanych, bezsennych bądź pełnych koszmarów nocach. Wszystkie obowiązki, jakie wypełniałam, robiłam bardziej automatycznie. Jakby samym ciałem, podczas kiedy umysł i dusza znajdowały się w zupełnie innym miejscu.
— Aaa tyyyy? — przechylił lekko głowę, wpatrując się prosto w moje złote ślepia. — Pani wojowniczka ma śliczne oczy! — dodał po chwili, mrucząc cicho.
Komplement kocurka mnie przytkał. Przez kilka kolejnych uderzeń serca tępo wpatrywałam się w jego ślepka, w których iskrzyła się radość.
— T-ty… Na-napraw-wdę tak uw-uważasz? — spytałam, nie wierząc własnym uszom.
Byłam święcie przekonana, że wyglądałam jak siedem nieszczęść albo i jeszcze gorzej więc słowa Księżycowej Łapy zupełnie zbiły mnie z tropu, ale w najlepszym tych słów znaczeniu, jakkolwiek by to nie brzmiało.
— Tak! Czemu miałbym tak nie uważać?
Znów się uśmiechnęłam, jednak tym razem tak na serio, bez żadnego wysilania się.
— Ja jestem Iskrząca Nadzieja, miło mi cię poznać, Księżycowa Łapo — mruknęłam, a obraz ucznia trochę rozmazał mi się przed oczyma, ponieważ zakręciła mi się w nich łezka. — Wiesz… Dawno nie dostałam żadnego komplementu. To… To wiele dla mnie znaczy. Dziękuję.
— Nie ma za co! — pisnął młody uczeń, również się uśmiechając.
— Mi za to bardzo podobają się twoje pędzelki i puchata kitka! Mamy coś wspólnego, ja też mam puchate futerko, widzisz?
Mówiąc to, strzepnęłam swoim czekoladowo-białym ogonem, lekko muskając nosek białego, który kichnął, cichutko chichocząc.
— Ja też dziękuję, miło mi to słyszeć — odparł, niemal podskakując.
W tej samej chwili mentorka Księżyca zwolniła, przystosowując swoje tempo do naszego. Trochę mnie to zdziwiło, bo gdy wcześniej patrzyłam w jej stronę, szła nieco wolniej, jakby zapatrzona w jeden konkretny punkt, a jej różowy niczym popołudniowe niebo język lekko wystawał z jej rudo-białego pyszczka.
— Witam. Mam nadzieję, że Księżycowa Łapa nie przysparza problemów? — miauknęła, lekko schylając głowę na powitanie.
— Nie, jest grzeczny, nie musisz się martwić, swoją drogą gratuluję awansu, zostanie mistrzem to zapewne duży zaszczyt — mruknęłam z uśmiechem, również schylając głowę przed kocicą.
— Dziękuję, Iskrząca Nadziejo, tak, to duży zaszczyt! Wydaje mi się, czy jest u ciebie ostatnio jakby lepiej?
Posłałam uśmiech mistrzyni, odpowiadając.
— Chyba na to wygląda… Hej, Księżycowa Łapo, ścigamy się do tamtego drzewa? Kocimiętkowy Wirze, jeśli chcesz, zapraszamy, chyba że to nie wypada mistrzyni!
<Ksienszycku? :3>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz