— Jesteś naprawdę do niczego, jeszcze nic nie umiesz? Co ty przez ten czas robisz, łapiesz trawę? — syczała oceniającym tonem, drepcząc obok Cichej Łapy w okolicach obozu, zbierając mech. Niestety dalej sami wyjść nie mogli, a też nie bardzo chciała, by przez przypadek jej wredny wylew żali był usłyszany przez cały klan (głównie przez koty, które jej nie znały), więc starała się mówić raczej cicho.
Brat natomiast jedyne co zrobił, to rzucił jej ukośne spojrzenie, przez co ta odczuła jeszcze większą irytację, niż do tej pory.
— Ugh, ty to rób — parsknęła, rzucając w niego kawałkiem mchu który oderwała z kamienia, sama kładąc się obok na umoszczonej trawie — Może się czegoś przy okazji nauczysz, mnie już pazury bolą.
Kremowy niezbyt chętnie ale cicho zabrał się do pracy, kiedy ona (oczywiście bardzo zmęczona bo już swoje zrobiła) chwilę jeszcze zawiesiła wzrok na swoim bracie, upewniając się, czy na pewno wszystko robi w odpowiedni sposób, po czym skierowała swoją głowę w bok, chcąc ułożyć ją na łapach. Jak więc musiała być zdegustowana, zaskoczona, a może nawet przestraszona, gdy zamiast miłego widoku przed jej oczami pojawił się niezwykle pokraczny, demoniczny pysk.
— Agh! Oh gwiezdni... — zaskrzeczała strosząc sierść, zanim do jej mózgu dotarło, że to nie żaden demon czy inna pokraka, a tylko Bazia Łapa trzymająca jakiś kawałek kory obrośnięty obficie mchem. — A, to ty... — mruknęła jakby z niesmakiem i zawodem, patrząc na wlepione w nią zielone oczy... (czy też bardziej prawidłowo - oko). Mimo, że znała Bazię praktycznie całe życie, to nie mogła przywyknąć do widoku jej pyska. Był krótko mówiąc paskudny i Śpiewająca Łapa nie miała pojęcia, jakim cudem ta pokraka chodziła z tym czymś odkrytym, narażając wszystkich w koło na zawał serca i zwyczajne obrzydzenie. Ten pysk wyglądał, jakby gnił...
— Musisz być bardzo odważna, skoro chodzisz wciąż z tą częścią pyska odkrytą... na twoim miejscu bym już dawno poszła w ślady Zawilcowej Korony i to czymś zakryła... ja bym nie dała rady w ten sposób. Jesteś pewna, że nie chcesz z tym nic zrobić? Pomyśl o biednych kociakach, jestem pewna, że już im się śnisz po nocach — miauknęła swoim przesłodzonym tonem, w którym jednak nie ukrywała swojego jadu, skierowanego w stronę Bazi. Nie miała po co, bo lilowa kotka już dobrze znała charakter Śpiewki, a sama Śpiewka nie widziała korzyści w zagadywaniu do Pół-pyska.
— A ty jesteś pewna, że nie chcesz zrobić coś ze swoim? — Bazia nie pozostawała dłużna na zbyt długo, odkładając korę na ziemię, zerkając jeszcze w stronę Cichej Łapy, do którego przyszła. Śpiewająca Łapa w tym wypadku była jedynie przeszkodą.
— Nie muszę, w przeciwieństwie do twojego, mój nie wywołuje powszechnego obrzydzenia. — rzekła z dumą, przejeżdżając łapą po swoim policzku. Cóż, urodziwa szczególnie nie była, to prawda. Pomimo, że wyglądała na pierwszy rzut oka jak okrągła, przyjazna i urocza kuleczka, wzór słodkiej kobiecości, to jeśli się przyjrzeć, można było zauważyć, że źrenice w pięknych, okrągłych oczach zazwyczaj były jadowicie zwężone, uszy małe, szpiczaste i trójkątne a sam pysk lekko jakby spłaszczony i wygięty w nieprzyjemnym grymasie, jak gdyby pod nosem zawsze miała podsunięte wijące się larwy. Mimo wszystko jednak, wciąż była jednym z najlepiej zadbanych w klanie kotów! Na jej futrze nie było ani jednego kołtuna, mimo, że było niezwykle ciężkie w utrzymaniu. Żadnych niepotrzebnych brudów, dodatków, traw czy kwiatków, pięknie przylizane i lśniące w słońcu. Więc tak, była przykładnym obywatelem społeczeństwa! Tak powinno być, a Bazia? Dziwaki albo powinny spróbować się dopasować, albo żyć tak cicho, żeby nie być ziarnem w oku dla innych. W przypadku lilowej nie widać było starania w żadnym z tych kierunków.
— Tak? A co to za plama na twoim czole?
— Plama? Czy ty używasz w ogóle swojego zdrowego oka? Nie mam żadnej... OUGH! Fu! Co ty... co ty.... DO RESZTY ROZUM STRACIŁAŚ? — zawołała, gdy lilowa łapa z impetem uderzyła w czoło Śpiewki, zostawiając na nim błotnisty odcisk, którego resztki zgranulowały się i spadły w dół, odbijając się Raniuszkowi od nosa.
— Jesteś martwa, Pokraczny Pysku, słyszysz?! Wyrwę z ciebie kłaki dziwolągu! — zanim wstała z miejsca, klnąc pod nosem by dorwać tą parszywą abominację, która śmiała zdeptać dymnej ego, sama Bazia była już daleko, biegnąc w stronę Zwiewnego Maku z szerokim wyrazem zadowolenia na pysku, wraz ze swoim mchem, zostawiając i Śpiewkę, i zawieszonego w szoku Cichą Łapę daleko za sobą.
Nie czuła się szczególnie pewnie, zgrabnie przy tym unikając wzroku matki. Może była nieco... zagubiona? Co prawda gdy weszli na wyspę uniosła wysoko ogon, ale już po chwili jakby zgubił swoją podstawę. Chyba pierwszy raz w życiu czuła się w ten sposób. Usiadła gdzieś na boku, nie chcąc wcale analizować tego, co czuje i dlaczego, a raczej skupić się na zgromadzeniu, dzięki któremu może odpędzi irytujące uczucia.
— Hej! Jak się nazywasz? — bum, obcy kot który przyćmił jej chwilowe zamyślenie. Dość szybko się obok niej zrespił, nie ma co... — Ja nazywam się Gąbczasta Perła, jestem medyczką Klanu Nocy. To twoje pierwsze zgromadzenie? — W pierwszym odruchu chciała syknąć, żeby rybojad spadał na swoje mielizny czy inne muły, gdzie żyją ryby, jednak w ostatniej chwili oprzytomniała. Rozmowa w sumie może jej pomóc. Nie przez rozwiązanie problemu, a przez jego zaklepanie.
— Dobry wieczór, jestem Śpiewająca Łapa~ Nie, to nie moje pierwsze zgromadzenie, jestem tu już drugi raz... chociaż pani wygląda na doświadczoną, nie gubi się pani w tym tłumie? — zagderała więc z przyjaznym uśmiechem, zdając sobie sprawę gdzieś w połowie, że nie ma na to siły. Jednak jeśli już zaczęła, to wypadałoby pociągnąć tą szopkę, szczególnie, że rybi zad miał pozostałości swojego posiłku ma czole, co zazwyczaj uznałaby za wyraz niechlujstwa, jednak w tym wypadku było to spowodowane czymś zupełnie innym, co uznawane było, z tego co zrozumiała z podsłuchanej wiadomości, za coś ważnego. A z ważnych kotów można było coś wydoić.
— Nie, nie! Dlaczego miałabym? — odparła. — Sama wyspa nie jest jakaś ogromna. Poza tym nikt cię tu nie trzyma w miejscu, więc nie ma się gdzie zgubić. Wystarczy słuchać i wiedzieć, kiedy przywódca zbiera swoich wojowników, żeby wrócić do obozu!
— Naprawdę? Zazdrooszczęę~ Już za pierwszym razem było strasznie głośno, a teraz wcale się nie polepsza, mam nadzieję, że kiedyś uda mi się przyzwyczaić, prawda? Hałas i tłok bywają takie mylące, jeszcze mieszanka wszystkich zapachów, czasem nie można odróżnić który kot należy do jakiego klanu, jeszcze z moim wzrostem łatwo jest wpaść komuś pod łapy, boję się, że zostanę staranowana — zaśmiała się, niby z siebie. Rzeczywiście, była mała. Mała i drobna pchła, która wyglądała niepozornie i bardzo była tego świadoma. Szkoda tylko, że nie potrafiła wytworzyć potężnych mięśni czy coś w tym stylu, a byłaby już po chwili najlepszym wojownikiem nie tylko w obozie, ale we wszystkich klanach.
— Ach, no co ty! — odparła, zbywająco wymachując łapą. — Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby ktoś podczas zgromadzenia został stratowany! Widziałam co prawda, jak koty ze sobą walczyły, ale… to akurat było specjalnie — mruknęła, przypominając sobie o Miłostce, a także tamtej nocy, podczas której czekoladowy kocur z Owocowego Lasu pobił się z wojownikiem Klanu Klifu. Wtedy to dopiero były emocje!
— Pobić się na zgromadzeniu? Przecież to niezgodne z kodeksem, co te koty mają w głowach? Nie trafił ich piorun? — spytała zszokowana, tym razem naprawdę, chociaż przedstawiła to w łagodniejszy do odbioru sposób. W głowie natomiast zdążyła już przeklnąć i zwyzywać osobę, o której mówiła Gąbka.
— Nie trafił! Ale inne koty musiały ich od siebie rozdzielić, bo by się chyba pozabijali! — mruknęła. — Co za wstyd, no nie?
— Prawda, prawda! Szczególnie ostatnie... ah, co za wstyd! — Śpiewka zakryła gwałtownie głowę łapami, nie kończąc swojej myśli — Do tej pory śni mi się po nocach, nie mam pojęcia, skąd to wyszło, przysięgam! Ale nie tylko my mamy takie sytuacje, prawda... to dobrze... znaczy! Nie dobrze! Bardzo nie dobrze, że takie sytuacje mają miejsce, ale dobrze, że każdy klan, jak przypuszczam, miał jakieś sytuacje które zostały w pamięci innych — a Śpiewka doskonale wiedziała jakie. A przynajmniej ich część, gdyż była prawilną uczennicą i przykładała się do wykładów prowadzonych przez kronikarzy! Ale czy to wywlekaaać~ Nieeee, na razie nie ma sensu, swoją kartę pułapkę mogła zostawić na inne czasy.
— Co?
Co co. Jak to, co. Raniuszek zabrała łapy z pyska.
— Co? Nie było cię? Nie widziałaś? Nie? — zdezorientowana próbowała wyczytać odpowiedź w oczach nocnej kotki. Co to ma być, odegrała szopkę za darmo? Na nic? Na próżno? Medyczka nie wiedziała nawet o tej akcji z Paskudem i Smrodem? Nic? Jeju co za zmarnowanie czasu w takim razie...
— Ach, ach! — wymamrotała nagle. — Chodzi ci o ostatnie zgromadzenie, tak?
W odpowiedzi dostała krótkie kiwnięcie głową, gdy Raniuszek zamierając w jednej pozycji, nie spuszczała z Gąbki z wzroku.
— No, na nim faktycznie się nie popisaliście! Te dwa kociaki, ach... Ja w ich wieku też różne rzeczy miałam w głowie, ale nigdy nie miałam na tyle tupetu, by obrażać kogoś na tak wysokiej randze!
Ah, jednak załapała! Czas powrócić do swojej roli więc. Raniuszek zmarszczyła pyszczek we wstydzie, przykładając łapy do piersi, znów, by wejść w vibe ponownie.
— Prawda? Chyba tylko jeden ich brat ma trochę oleju w głowie, ale kto wie, czy go przez to nie wykluczyli, biedaczysko... Naprawdę chciałabym być już wojowniczką, wie pani? Mogłabym wziąć któregoś z nich i poprowadzić... jestem pewna, że dałabym sobie radę, w końcu porządek i dyscyplina to podstawa.
Gąbka skinęła głową.
— Racja, racja. Jak się komuś na za dużo pozwala, to potem wychodzą takie sytuacje! Dobrze, że w Klanie Burzy są jeszcze jakieś porządne koty.
— Oczywiście! — Śpiewka napuszyła się, prostując dumnie — Nie możemy pozwolić, żeby jakieś pojedyncze koty, nawet, jeśli to tylko kociaki, zepsuły nam reputację przez swoją niesubordynację, prawda, Cicha Łapo? — przekierowała głowę delikatnie na prawo, oczekując uległego potwierdzenia, które zazwyczaj otrzymywała.
— Kim jest Cicha Łapa? — do uszu burzaczki doszło zakłopotane pytanie, które uderzyło w nią falą realności.
,,Kim jest Cicha Łapa?" Jak to, przecież... tu stoi. Śpiewka zamarła w bezruchu, całkowicie odpływając, nie mając przy tym jednak ani jednej myśli, a jedynie chłonąc coraz to głośniejszy szum z otoczenia. Coś zdecydowanie było nie na miejscu... coś....
— Nie interesuj się! — syknęła gwałtownie, budząc się ze swojego otępienia z nastroszoną sierścią. Zirytowana i zdezorientowana przyłożyła łapę do pyska. Na osty i ciernie, zepsuła to. — Prze...praszam, muszę iść — burknęła, nie patrząc medyczne w oczy podczas wstawania i kierowania się gdzieś na obrzeża, jak najdalej od tłumu, jak najszybciej chcąc wrócić do obozu by nie robić z siebie dziwadła przed oczami wszystkich kotów z klanu. Po raz pierwszy żałowała wyjścia gdzieś i powrót do legowiska zdawał się być czymś zbawiennym.
Brat natomiast jedyne co zrobił, to rzucił jej ukośne spojrzenie, przez co ta odczuła jeszcze większą irytację, niż do tej pory.
— Ugh, ty to rób — parsknęła, rzucając w niego kawałkiem mchu który oderwała z kamienia, sama kładąc się obok na umoszczonej trawie — Może się czegoś przy okazji nauczysz, mnie już pazury bolą.
Kremowy niezbyt chętnie ale cicho zabrał się do pracy, kiedy ona (oczywiście bardzo zmęczona bo już swoje zrobiła) chwilę jeszcze zawiesiła wzrok na swoim bracie, upewniając się, czy na pewno wszystko robi w odpowiedni sposób, po czym skierowała swoją głowę w bok, chcąc ułożyć ją na łapach. Jak więc musiała być zdegustowana, zaskoczona, a może nawet przestraszona, gdy zamiast miłego widoku przed jej oczami pojawił się niezwykle pokraczny, demoniczny pysk.
— Agh! Oh gwiezdni... — zaskrzeczała strosząc sierść, zanim do jej mózgu dotarło, że to nie żaden demon czy inna pokraka, a tylko Bazia Łapa trzymająca jakiś kawałek kory obrośnięty obficie mchem. — A, to ty... — mruknęła jakby z niesmakiem i zawodem, patrząc na wlepione w nią zielone oczy... (czy też bardziej prawidłowo - oko). Mimo, że znała Bazię praktycznie całe życie, to nie mogła przywyknąć do widoku jej pyska. Był krótko mówiąc paskudny i Śpiewająca Łapa nie miała pojęcia, jakim cudem ta pokraka chodziła z tym czymś odkrytym, narażając wszystkich w koło na zawał serca i zwyczajne obrzydzenie. Ten pysk wyglądał, jakby gnił...
— Musisz być bardzo odważna, skoro chodzisz wciąż z tą częścią pyska odkrytą... na twoim miejscu bym już dawno poszła w ślady Zawilcowej Korony i to czymś zakryła... ja bym nie dała rady w ten sposób. Jesteś pewna, że nie chcesz z tym nic zrobić? Pomyśl o biednych kociakach, jestem pewna, że już im się śnisz po nocach — miauknęła swoim przesłodzonym tonem, w którym jednak nie ukrywała swojego jadu, skierowanego w stronę Bazi. Nie miała po co, bo lilowa kotka już dobrze znała charakter Śpiewki, a sama Śpiewka nie widziała korzyści w zagadywaniu do Pół-pyska.
— A ty jesteś pewna, że nie chcesz zrobić coś ze swoim? — Bazia nie pozostawała dłużna na zbyt długo, odkładając korę na ziemię, zerkając jeszcze w stronę Cichej Łapy, do którego przyszła. Śpiewająca Łapa w tym wypadku była jedynie przeszkodą.
— Nie muszę, w przeciwieństwie do twojego, mój nie wywołuje powszechnego obrzydzenia. — rzekła z dumą, przejeżdżając łapą po swoim policzku. Cóż, urodziwa szczególnie nie była, to prawda. Pomimo, że wyglądała na pierwszy rzut oka jak okrągła, przyjazna i urocza kuleczka, wzór słodkiej kobiecości, to jeśli się przyjrzeć, można było zauważyć, że źrenice w pięknych, okrągłych oczach zazwyczaj były jadowicie zwężone, uszy małe, szpiczaste i trójkątne a sam pysk lekko jakby spłaszczony i wygięty w nieprzyjemnym grymasie, jak gdyby pod nosem zawsze miała podsunięte wijące się larwy. Mimo wszystko jednak, wciąż była jednym z najlepiej zadbanych w klanie kotów! Na jej futrze nie było ani jednego kołtuna, mimo, że było niezwykle ciężkie w utrzymaniu. Żadnych niepotrzebnych brudów, dodatków, traw czy kwiatków, pięknie przylizane i lśniące w słońcu. Więc tak, była przykładnym obywatelem społeczeństwa! Tak powinno być, a Bazia? Dziwaki albo powinny spróbować się dopasować, albo żyć tak cicho, żeby nie być ziarnem w oku dla innych. W przypadku lilowej nie widać było starania w żadnym z tych kierunków.
— Tak? A co to za plama na twoim czole?
— Plama? Czy ty używasz w ogóle swojego zdrowego oka? Nie mam żadnej... OUGH! Fu! Co ty... co ty.... DO RESZTY ROZUM STRACIŁAŚ? — zawołała, gdy lilowa łapa z impetem uderzyła w czoło Śpiewki, zostawiając na nim błotnisty odcisk, którego resztki zgranulowały się i spadły w dół, odbijając się Raniuszkowi od nosa.
— Jesteś martwa, Pokraczny Pysku, słyszysz?! Wyrwę z ciebie kłaki dziwolągu! — zanim wstała z miejsca, klnąc pod nosem by dorwać tą parszywą abominację, która śmiała zdeptać dymnej ego, sama Bazia była już daleko, biegnąc w stronę Zwiewnego Maku z szerokim wyrazem zadowolenia na pysku, wraz ze swoim mchem, zostawiając i Śpiewkę, i zawieszonego w szoku Cichą Łapę daleko za sobą.
⭠❇◦·♛∙◦❇→
zgromadzenie
Została wzięta na zgromadzenie pomimo śmierci Cichej Łapy i naprawdę nie mogła po prostu nie iść... w końcu nie jest tak, że zawsze będzie wybierana, powinna reprezentować klan, prawda?Nie czuła się szczególnie pewnie, zgrabnie przy tym unikając wzroku matki. Może była nieco... zagubiona? Co prawda gdy weszli na wyspę uniosła wysoko ogon, ale już po chwili jakby zgubił swoją podstawę. Chyba pierwszy raz w życiu czuła się w ten sposób. Usiadła gdzieś na boku, nie chcąc wcale analizować tego, co czuje i dlaczego, a raczej skupić się na zgromadzeniu, dzięki któremu może odpędzi irytujące uczucia.
— Hej! Jak się nazywasz? — bum, obcy kot który przyćmił jej chwilowe zamyślenie. Dość szybko się obok niej zrespił, nie ma co... — Ja nazywam się Gąbczasta Perła, jestem medyczką Klanu Nocy. To twoje pierwsze zgromadzenie? — W pierwszym odruchu chciała syknąć, żeby rybojad spadał na swoje mielizny czy inne muły, gdzie żyją ryby, jednak w ostatniej chwili oprzytomniała. Rozmowa w sumie może jej pomóc. Nie przez rozwiązanie problemu, a przez jego zaklepanie.
— Dobry wieczór, jestem Śpiewająca Łapa~ Nie, to nie moje pierwsze zgromadzenie, jestem tu już drugi raz... chociaż pani wygląda na doświadczoną, nie gubi się pani w tym tłumie? — zagderała więc z przyjaznym uśmiechem, zdając sobie sprawę gdzieś w połowie, że nie ma na to siły. Jednak jeśli już zaczęła, to wypadałoby pociągnąć tą szopkę, szczególnie, że rybi zad miał pozostałości swojego posiłku ma czole, co zazwyczaj uznałaby za wyraz niechlujstwa, jednak w tym wypadku było to spowodowane czymś zupełnie innym, co uznawane było, z tego co zrozumiała z podsłuchanej wiadomości, za coś ważnego. A z ważnych kotów można było coś wydoić.
— Nie, nie! Dlaczego miałabym? — odparła. — Sama wyspa nie jest jakaś ogromna. Poza tym nikt cię tu nie trzyma w miejscu, więc nie ma się gdzie zgubić. Wystarczy słuchać i wiedzieć, kiedy przywódca zbiera swoich wojowników, żeby wrócić do obozu!
— Naprawdę? Zazdrooszczęę~ Już za pierwszym razem było strasznie głośno, a teraz wcale się nie polepsza, mam nadzieję, że kiedyś uda mi się przyzwyczaić, prawda? Hałas i tłok bywają takie mylące, jeszcze mieszanka wszystkich zapachów, czasem nie można odróżnić który kot należy do jakiego klanu, jeszcze z moim wzrostem łatwo jest wpaść komuś pod łapy, boję się, że zostanę staranowana — zaśmiała się, niby z siebie. Rzeczywiście, była mała. Mała i drobna pchła, która wyglądała niepozornie i bardzo była tego świadoma. Szkoda tylko, że nie potrafiła wytworzyć potężnych mięśni czy coś w tym stylu, a byłaby już po chwili najlepszym wojownikiem nie tylko w obozie, ale we wszystkich klanach.
— Ach, no co ty! — odparła, zbywająco wymachując łapą. — Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby ktoś podczas zgromadzenia został stratowany! Widziałam co prawda, jak koty ze sobą walczyły, ale… to akurat było specjalnie — mruknęła, przypominając sobie o Miłostce, a także tamtej nocy, podczas której czekoladowy kocur z Owocowego Lasu pobił się z wojownikiem Klanu Klifu. Wtedy to dopiero były emocje!
— Pobić się na zgromadzeniu? Przecież to niezgodne z kodeksem, co te koty mają w głowach? Nie trafił ich piorun? — spytała zszokowana, tym razem naprawdę, chociaż przedstawiła to w łagodniejszy do odbioru sposób. W głowie natomiast zdążyła już przeklnąć i zwyzywać osobę, o której mówiła Gąbka.
— Nie trafił! Ale inne koty musiały ich od siebie rozdzielić, bo by się chyba pozabijali! — mruknęła. — Co za wstyd, no nie?
— Prawda, prawda! Szczególnie ostatnie... ah, co za wstyd! — Śpiewka zakryła gwałtownie głowę łapami, nie kończąc swojej myśli — Do tej pory śni mi się po nocach, nie mam pojęcia, skąd to wyszło, przysięgam! Ale nie tylko my mamy takie sytuacje, prawda... to dobrze... znaczy! Nie dobrze! Bardzo nie dobrze, że takie sytuacje mają miejsce, ale dobrze, że każdy klan, jak przypuszczam, miał jakieś sytuacje które zostały w pamięci innych — a Śpiewka doskonale wiedziała jakie. A przynajmniej ich część, gdyż była prawilną uczennicą i przykładała się do wykładów prowadzonych przez kronikarzy! Ale czy to wywlekaaać~ Nieeee, na razie nie ma sensu, swoją kartę pułapkę mogła zostawić na inne czasy.
— Co?
Co co. Jak to, co. Raniuszek zabrała łapy z pyska.
— Co? Nie było cię? Nie widziałaś? Nie? — zdezorientowana próbowała wyczytać odpowiedź w oczach nocnej kotki. Co to ma być, odegrała szopkę za darmo? Na nic? Na próżno? Medyczka nie wiedziała nawet o tej akcji z Paskudem i Smrodem? Nic? Jeju co za zmarnowanie czasu w takim razie...
— Ach, ach! — wymamrotała nagle. — Chodzi ci o ostatnie zgromadzenie, tak?
W odpowiedzi dostała krótkie kiwnięcie głową, gdy Raniuszek zamierając w jednej pozycji, nie spuszczała z Gąbki z wzroku.
— No, na nim faktycznie się nie popisaliście! Te dwa kociaki, ach... Ja w ich wieku też różne rzeczy miałam w głowie, ale nigdy nie miałam na tyle tupetu, by obrażać kogoś na tak wysokiej randze!
Ah, jednak załapała! Czas powrócić do swojej roli więc. Raniuszek zmarszczyła pyszczek we wstydzie, przykładając łapy do piersi, znów, by wejść w vibe ponownie.
— Prawda? Chyba tylko jeden ich brat ma trochę oleju w głowie, ale kto wie, czy go przez to nie wykluczyli, biedaczysko... Naprawdę chciałabym być już wojowniczką, wie pani? Mogłabym wziąć któregoś z nich i poprowadzić... jestem pewna, że dałabym sobie radę, w końcu porządek i dyscyplina to podstawa.
Gąbka skinęła głową.
— Racja, racja. Jak się komuś na za dużo pozwala, to potem wychodzą takie sytuacje! Dobrze, że w Klanie Burzy są jeszcze jakieś porządne koty.
— Oczywiście! — Śpiewka napuszyła się, prostując dumnie — Nie możemy pozwolić, żeby jakieś pojedyncze koty, nawet, jeśli to tylko kociaki, zepsuły nam reputację przez swoją niesubordynację, prawda, Cicha Łapo? — przekierowała głowę delikatnie na prawo, oczekując uległego potwierdzenia, które zazwyczaj otrzymywała.
— Kim jest Cicha Łapa? — do uszu burzaczki doszło zakłopotane pytanie, które uderzyło w nią falą realności.
,,Kim jest Cicha Łapa?" Jak to, przecież... tu stoi. Śpiewka zamarła w bezruchu, całkowicie odpływając, nie mając przy tym jednak ani jednej myśli, a jedynie chłonąc coraz to głośniejszy szum z otoczenia. Coś zdecydowanie było nie na miejscu... coś....
— Nie interesuj się! — syknęła gwałtownie, budząc się ze swojego otępienia z nastroszoną sierścią. Zirytowana i zdezorientowana przyłożyła łapę do pyska. Na osty i ciernie, zepsuła to. — Prze...praszam, muszę iść — burknęła, nie patrząc medyczne w oczy podczas wstawania i kierowania się gdzieś na obrzeża, jak najdalej od tłumu, jak najszybciej chcąc wrócić do obozu by nie robić z siebie dziwadła przed oczami wszystkich kotów z klanu. Po raz pierwszy żałowała wyjścia gdzieś i powrót do legowiska zdawał się być czymś zbawiennym.
[1477 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz