Aldrowanda znalazła swoje miejsce w stadzie. Chociaż nie było to łatwe i nadal zmagała się czasem ze złośliwymi komentarzami mniej przychylnych jej członków klanu, nie zrażała się tym. Rozumiała bowiem, że ta droga, którą obrała, zawsze była drogą słuszną. Była słuszna, bo to ona ją wybrała, nie kto inny. I ta myśl towarzyszyła jej, gdy wplatała w swoje futro białe pióra dorosłych mew. Pióra młodych mew, które nosiła wcześniej, leżały teraz na stosie obok jej legowiska. Po ceremonii zamierzała wyrzucić je wraz z Jagną do morza jako na znak zakończenia pewnego okresu jej życia i zaczęcia nowego.
— Długo szukałaś tych piór, ale teraz widzę, że się to opłaciło. Wyglądasz wspaniale — odezwał się ciepły, dumny głos Jagnięcego Ukłonu zza szylkretki.
Młodsza kotka odwróciła się i spojrzała na swoją mentorkę z nieskrywaną ekscytacją i radością.
— Dziękuję, Jagnięcy Ukłonie — odparła.
— Chodźmy już, Lśniąca Gwiazda wspina się na mównicę. Powinien lada moment zwołać klan — poinformowała jasnoruda kocica.
Gdy obie kotki szły skalnym tunelem prowadzącym na środek obozu Klanu Klifu, rozległ się donośny ton przywódcy zwołującego koty na ceremonię. Aldrowanda i Jagna usadowiły się blisko mównicy, wpatrując się w górę. Jakaż Aldrowandowa Łapa była w tej chwili z siebie samej dumna! Zaszła tak daleko, tyle osiągnęła. Teraz stanie się dla klanu jego pełnoprawną medyczką. W końcu dowiodła wszystkim swej wartości, chociaż nie o to jej teraz chodziło. Pomimo swej początkowej, znikomej wartości, wzniosła się jak ptak na skrzydłach i otrzymała swe miejsce w społeczności. Jej wibrysy zadrżały z podniecenia, gdy czuła na sobie wzrok dumnej mentorki. Następnie uchwyciła wzrok Lśniącej Gwiazdy na jej własnej sylwetce.
Wciąż mu nie ufała. Nie zamierzała mu nigdy ufać. Jego wzrok przypominał jej wzrok mewy, która swą przebiegłością i skrytą brutalnością wywalczyła najwyższe miejsce w stadzie, wcale na to nie zasługując. Nie mogła mu jednak wciąż nic udowodnić, chociaż niektóre koty powoli również zaczynały okazywać w skrytych szczelinach skalnych swe obawy. Więc do czasu, dopóty sprawa się nie rozstrzygnie, musiała pozostać w roli kota, który ufał swemu liderowi bez żadnych wątpliwości. I tak musiało być i dziś.
— Aldrowandowa Łapo, podejdź — odezwał się w końcu rudy kocur.
Szylkretka wstała i eleganckim, lekkim krokiem podeszła bliżej. Stanęła, dumnie wypinając pierś. Pamiętała jej ceremonię na ucznia, która odbyła się już tak długi czas temu. Wtedy wypinała się jak koń pokazowy, który chciał pochwalić się samym sobą. Dzisiaj swoją postawą chciała pokazać, że jej duma zamykała się w sobie i nie była na pokaz.
— Ja, Lśniąca Gwiazda, przywódca Klanu Klifu, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tę uczennicę — zaczął przywódca, a kotka uśmiechnęła się mimowolnie. — Trenowała pilnie, by zrozumieć drogę medyczki, i z waszą pomocą służyć swojemu klanowi przez wiele księżyców. Aldrowandowa Łapo, czy przysięgasz podążać drogą medyczki, trzymać się z daleka od klanowych wojen i chronić wszystkie koty, nawet za cenę życia?
— Przysięgam — Aldrowanda odparła bez zawahania, a Lśniąca Gwiazda kontynuował.
— Zatem mocą Klanu Gwiazdy nadaje ci imię medyczki. Aldrowandowa Łapo, od tej pory będziesz znana jako Księżycowa Aldrowanda. Klan Gwiazdy docenia twoją mądrość i oddanie klanowi oraz wita cię, jako pełnoprawną medyczkę Klanu Klifu.
Kocur zeskoczył z mównicy i podszedł do kotki. Następnie położył on pysk na jej głowie, a Aldrowanda polizała jego bark, jak to tradycja nakazywała. Następnie usłyszała, jak cały klan zaczął radośnie wykrzykiwać jej nowe imię. Już nie Aldrowandowa Łapa, a Księżycowa Aldrowanda odwróciła się i spojrzała na wiwatujący tłum. Najpierw odnalazła tam Wzburzonego Kormorana, który pierwszy raz w życiu wyglądał, jakby jej czegoś szczerze gratulował. Niedaleko niego siedział jej ukochany brat, który również radośnie wykrzykiwał jej nowe imię. Potem jej wzrok powędrował w lewo i spoczął na nieco już przygarbionej sylwetce najbliższej jej osoby – Jagnięcym Ukłonie. Głos jej był nieco przyciszony, duma i wzruszenie ściskały ją bowiem za gardło. Widząc to, Księżycowa Aldrowanda sama poczuła, jak łzy radości i dumy napływają jej po raz pierwszy do oczu. Świadomość tego, że Jagna była z niej tak zadowolona, sprawiał jej sercu przyjemność. Jagna była kimś, kto pomimo wszystkich kaprysów, radości i żali pozostał przy niej blisko. Była kimś bliższym, niż czasem Aldrowanda dawała sobie samej zrozumieć. Nie mogła ubrać swej wdzięczności w słowa, nie umiała. Wciąż nie potrafiła wypowiadać się otwarcie na temat swoich uczuć. Jednak umiała to lepiej okazać czynami. I miała nadzieje, że starsza kocica widziała tę wdzięczność swej już byłej uczennicy w jej działaniach.
Szylkretka podeszła do szanowanej tak przez siebie kocicy. Spojrzała na nią z wdzięcznością.
— Jagno… Dziękuję ci za to, że… no wiesz, jakoś ze mną wytrzymałaś te wszystkie księżyce. I chciałam ci jeszcze powiedzieć, że… no, że… — Kotka zacięła się, nie mogąc wykrztusić z siebie tych słów, które tak dawno krążyły jej po głowie.
Starsza medyczka tylko uśmiechnęła się na te słowa z taką czułością, jaką jeszcze nigdy wcześniej Aldrowandy nie obdarowała. Po tym spoczęła swoją brodę na jej głowie.
— Wiem, Księżycowa Aldrowando, nie musisz mi tego tłumaczyć. I nie masz pojęcia, jak się cieszę, że mogłam tego momentu doczekać — powiedziała.
Kilka łez radości popłynęło po policzkach nowo mianowanej medyczki. Natychmiast wsunęła swój pysk w bok szyi rudej kocicy.
— Dziękuję… — wyszeptała, po czym dodała jeszcze cichszym tonem słowo, z którym tak chwilkę temu walczyła. — Mamo…
[938 słów]
[19%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz