Diane siedziała w milczeniu, nieporuszona niczym drobna figurka wyrzeźbiona ze złocisto-kremowego kamienia, podczas gdy jej szeroko otwarte, dziecięce oczy z niegasnącą ciekawością śledziły każdy, nawet najdrobniejszy ruch jasnych firanek, których miękka tkanina falowała pod naporem chłodnego, wieczornego wiatru. Delikatne pasma materiału unosiły się i opadały z zadziwiającą lekkością, jak gdyby nie podlegały prawom świata, który koteczka znała od chwili narodzin, lecz tańczyły według melodii niesłyszalnej dla żadnego z obecnych w pokoju stworzeń. Raz przylegały do szyby niczym białe skrzydła ogromnego ptaka, by po chwili znowu odsunąć się od niej i zatańczyć w półmroku, jak duchy utkane z księżycowego światła.
W oczach Diane nie były jedynie kawałkami materiału.
Były czymś żywym.
Czymś, czego nie potrafiła nazwać, a czego istnienie wydawało się równie niezwykłe, co niepojęte!
Przez całe swoje krótkie życie znała jedynie istoty, które poruszały się z własnej woli — matkę, rodzeństwo oraz Wyprostowanych, których obecność od początku stanowiła naturalny element otaczającego ją świata. Wszystko inne pozostawało nieruchome, wiernie zawsze tkwiąc na swoim miejscu, chyba, że ktoś żywy postanowi akurat to szturchnąć. A te blade firanki poruszały się same, jak gdyby posiadały własny rozum, własne zamiary i własny, ukryty przed światem język.
Im dłużej na nie patrzyła, tym bardziej ogarniało ją osobliwe uczucie, którego nie umiała jeszcze nazwać. Nie był to wyłącznie zachwyt ani zwykła ciekawość — było to coś znacznie głębszego, jakby los pozwolił jej dostrzec maleńki fragment tajemnicy, której istnienia dotąd nawet nie podejrzewała. W dziecięcym sercu rodziło się przeświadczenie, że za miękkim tańcem materiału kryje się coś więcej, coś nieuchwytnego, co pozostawało poza granicami jej zrozumienia.
Pokój pogrążony był w spokojnym półmroku, którego nie zdołały całkowicie rozproszyć ciepłe lampy zawieszone wysoko pod sufitem. Ich złociste światło rozlewało się miękkimi smugami pozostawiając pomiędzy meblami długie, łagodne cienie. Z lekko uchylonego okna napływał chłodniejszy powiew niosący zapach wilgotnej ziemi, nocnych kwiatów i odległego lasu, którego ciemne sylwetki zdawały się szeptać własne opowieści pod osłoną zapadającego zmroku.
Za szybą dzień dogasał powoli, jak płomień świecy pozostawionej na wietrze. Granat nieba stawał się coraz głębszy, z wolna pochłaniając resztki różowego blasku zachodu, a pierwsze gwiazdy zaczynały nieśmiało przebijać się przez ciemniejące sklepienie, migocząc delikatnie niczym srebrzyste krople rosy zawieszone na niewidzialnych pajęczynach.
Diane ostrożnie uniosła się z miękkiego legowiska, którego ciepło jeszcze przez krótką chwilę obejmowało jej drobne łapki. Posłanie przypominało puszysty obłok — miękkie, sprężyste i przyjemnie nagrzane ciałami śpiących kotów. Przez moment zawahała się, nie chcąc budzić rodzeństwa, którego maleńkie boki unosiły się i opadały w rytmie spokojnych oddechów. Jej brat poruszył przez sen wąsami, siostra z kolei zamruczała cicho, wtulając nos głębiej w bok Sycylii.
Gęsta, śnieżnobiała sierść matki nadal otaczała Diane przyjemnym ciepłem, a jej znajomy zapach — mieszanka mleka i czegoś niezwykle kojącego, co od zawsze kojarzyło jej się z bezpieczeństwem — zdawał się zatrzymywać koteczkę przy legowisku. Mimo to ciekawość okazała się silniejsza od instynktu pozostania blisko rodziny.
Zrobiła pierwszy, niezwykle ostrożny krok.
Potem drugi.
Każde uderzenie maleńkich łapek o podłogę wydawało jej się niemal nienaturalnie głośne, choć w rzeczywistości były to ledwie słyszalne stuknięcia. Serce biło jej szybciej niż zwykle, a uszy mimowolnie obracały się ku tajemniczo falującym firankom, jak gdyby spodziewała się, że za chwilę przemówią lub wykonają jakiś jeszcze bardziej niezwykły ruch.
Sycylia poruszyła się lekko.
Z początku był to jedynie niemal niezauważalny ruch uszu, później delikatne drgnięcie ogona, aż wreszcie kotka uniosła ciężkie od snu powieki. Przez krótką chwilę wpatrywała się w oddalającą się córkę, jakby próbowała zrozumieć, co mogło skłonić tak młode kocię do opuszczenia legowiska o takiej porze. Na jej pysku odmalowało się wyraźne zaskoczenie.
Nie spodziewała się podobnej odwagi ani tym bardziej zainteresowania czymkolwiek poza własnym rodzeństwem i matczynym ciepłem.
Zmieszanie mieszało się z rozbawieniem, a gdzieś głęboko pod nimi kryła się również cicha ciekawość.
— Mamo?...
Cichy głos Diane zabrzmiał tak delikatnie, że niemal rozpłynął się pomiędzy szelestem firanek a cichym pomrukiem siedzących na kanapie Wyprostowanych.
Jej uszy uniosły się nieznacznie, gdy poczuła na grzbiecie spojrzenie rodzicielki. Mimowolnie skuliła barki, nie wiedząc jeszcze, czy za chwilę zostanie zgromiona za oddalenie się od legowiska, czy też matka zwyczajnie pozwoli jej zaspokoić ciekawość.
— Czy... mogłabym zobaczyć... to?...
Końcówka jej ogona uniosła się niepewnie, wskazując falujące przy oknie firanki z ostrożnością właściwą komuś, kto właśnie pyta o możliwość dotknięcia najrzadszego skarbu świata.
Na krótką chwilę zapadła cisza.
Słychać było jedynie miękki szelest materiału tańczącego z wieczornym wiatrem oraz odległy śpiew nocnych owadów dobiegający zza uchylonego okna.
Po chwili Sycylia parsknęła śmiechem.
Nie był to jednak gwałtowny wybuch wesołości, lecz ciepły, głęboki dźwięk, który rozszedł się po pokoju niczym kręgi na spokojnej tafli jeziora.
— Diane... — odezwała się Sycylia łagodnym tonem, w którym pobrzmiewało rozbawienie. — To tylko zwykłe firanki, poruszane przez wiatr wpadający przez uchylone okno. Nic więcej. Naprawdę sądzisz, że coś tak pospolitego zasługuje na aż tyle twojej uwagi?
Nie odpowiedziała.
Jedynie raz jeszcze skierowała spojrzenie ku firankom, które wciąż poruszały się z tą samą łagodną gracją, jak gdyby słowa Sycylii nie miały dla nich najmniejszego znaczenia. W ich nieustannym tańcu nadal dostrzegała coś, czego nie potrafiła ubrać w myśli — coś ulotnego, pięknego i odległego niczym gwiazdy migoczące za oknem.
Po chwili jednak spuściła wzrok i cicho zawróciła ku legowisku.
Sycylia westchnęła cicho, po czym otuliła córkę swoim puchatym ogonem.
Wkrótce Diane poczuła, jak powieki się jej sklejają, oddech zwalnia a wszystkie dźwięki wokół nietyle ucichły co zmieniły się w kojącą melodię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz