Jego wypady na granicę po incydencie z Pierzem najpierw zelżały, a potem się wzmogły, przez co zaczęto patrzeć na niego podejrzliwie, a Żywicy coraz mniej się to wszystko podobało. Miał to gdzieś. Mimo miłości do siostry i rodziców (a przynajmniej jednego rodzica, bo drugi postanowił ich porzucić dla jakiejś przybłędy i przygarnąć sobie nowe dzieci, jakby oni nie wystarczali) uraza i poczucie zdradzenia przerodziło się w coś ogólnego i niezwykle drażniącego, dlatego, gdy usłyszał słowa:
,,Będziemy się zwijać w najbliższych dniach z tego terenu." i ,,Byłbyś mile widziany w naszej paczce" nie wahał się zbyt wiele. Co prawda słyszał coś, że może czas, by został mianowany i chociaż jako kocię niezwykle by się z tego cieszył i niemal skakał po wszystkim, obsmarkując co przypadkowego nieszczęśnika, tak teraz przyjął wiadomość raczej z chłodną obojętnością, zagryzając zęby. Bullshit. Całe to mianowanie i przysięgi nic nie znaczą, kiedy pomimo niej trzymamy w obozie żywe dowody na to, że wszystko to na nic i można na to jedynie splunąć. Tyle są warte te kodeksy.
Gdy noc na dobre zawitała w obozie, pochłaniając żarłocznie wszystkie cienie i senne mary mieszkańców, on sam wymknął się po cichu z legowiska, uciekając szybko do jednego z tuneli. Nienawidził tych chłodnych, przesiąkniętych wilgocią komór, w których siedzieli jak ostatnie krety, bez możliwości patrzenia na odsłonięte, gwieździste niebo. Biło się to z jego naturą, z ognistą sierścią i wszystkim, w co wierzył. Gdy usłyszał szmer, najpewniej spowodowany ruchem strażnika, skręcił raptownie w bok, wybierając nieco dłuższą, ale bezpieczniejszą drogę. Gdy natomiast jego nos zetknął się z ciepłym, nocnym powietrzem, poczuł gwałtowną ulgę.
,,Nie, jeszcze nie teraz. Nie jesteś bezpieczny" przemknęło mu przez myśl akurat w momencie, w którym zrobił dwa kroki skierowane w stronę granicy tylko po to, by zetknąć się z obliczem własnej siostry, która patrzyła na niego uważnie. Zaklął w myślach. Przeprowadzali tą rozmowę, o ile rozmową to można było nazwać, jeśli pomyślimy o wyżynach możliwości polonistycznych rudzielca. Każdy zdrowo myślący i z nieco wyższą oceną, nazwałby tą "rozmowę" krótkim poinformowaniem. Zapewne w ten sam sposób odczytała to Żywica.
- Postanowiłem. Zawsze możesz iść ze mną - rzekł, nie dostrzegając, jak mięśnie na jej pysku podrygują w napięciu. Otworzyła i zamknęła pysk, oczami wędrując po okolicy, jakby nie mogła ich nigdzie bezpiecznie osadzić.
- Tata zostanie sam... złamiesz mu serce.
- Mógłby iść z nami.
- I wtedy nagle trzy koty znikną z klanu... i co z mamą? - poruszył nerwowo ogonem na wspomnienie o kotce. Akurat Żywica doskonale wiedziała, że o Pożar martwił się najmniej.
- Słuchaj, nigdy nie chciałem żeby to się potoczyło w ten sposób... a tam, na zewnątrz są koty, które autentycznie mnie doceniają! Widzą coś we mnie, słyszysz? Nie tak, jak niemal każda osoba w tym klanie! Nie tak jak matka, przecież widzisz, co zrobiła. Nie jesteśmy dla niej wystarczający, tata nie był i my też nie. Zastąpiła nas! - kotka położyła po sobie uszy, wreszcie uspokajając spojrzenie, które utkwiła w podłożu. Nagle poczuł wyrzuty sumienia, które napłynęły mu do gardła. Miał kotkę bronić i naprawdę miał nadzieję, że z nim pójdzie, jednak wizja nieograniczonej wolności...
- Posłuchaj, naprawdę nie chciałem nikogo zranić...
- To zostań. - wyszeptała, nie podnosząc wzroku z kołysanej lekko przez wiatr trawy. Teraz to on poczuł się zdołowany. Milczeli przez chwilę, w ciężkiej ciszy.
- Na pewno jeszcze się zobaczymy, dasz radę beze mnie przez ten czas, prawda? Szybko wszystko to minie i zanim się obejrzysz, będziemy razem siedzieć na jakimś słonecznym wzgórzu, nawet o tym nie pamiętając. Potrzebuję rozciągnąć łapy, zobaczyć kawałek świata, wyrwać się z tego parszywego, zakłamanego miejsca! Zostaniesz wspaniałą wojowniczką, jestem pewien - wygłosił swój najdłuższy "monolog" w życiu, przytulając zesztywniałą siostrę, która odwróciła wzrok i nie spojrzała za nim, gdy ten, jak zbieg, skierował się w stronę swojej upragnionej wolności i kawałku nowego świata.
,,Będziemy się zwijać w najbliższych dniach z tego terenu." i ,,Byłbyś mile widziany w naszej paczce" nie wahał się zbyt wiele. Co prawda słyszał coś, że może czas, by został mianowany i chociaż jako kocię niezwykle by się z tego cieszył i niemal skakał po wszystkim, obsmarkując co przypadkowego nieszczęśnika, tak teraz przyjął wiadomość raczej z chłodną obojętnością, zagryzając zęby. Bullshit. Całe to mianowanie i przysięgi nic nie znaczą, kiedy pomimo niej trzymamy w obozie żywe dowody na to, że wszystko to na nic i można na to jedynie splunąć. Tyle są warte te kodeksy.
Gdy noc na dobre zawitała w obozie, pochłaniając żarłocznie wszystkie cienie i senne mary mieszkańców, on sam wymknął się po cichu z legowiska, uciekając szybko do jednego z tuneli. Nienawidził tych chłodnych, przesiąkniętych wilgocią komór, w których siedzieli jak ostatnie krety, bez możliwości patrzenia na odsłonięte, gwieździste niebo. Biło się to z jego naturą, z ognistą sierścią i wszystkim, w co wierzył. Gdy usłyszał szmer, najpewniej spowodowany ruchem strażnika, skręcił raptownie w bok, wybierając nieco dłuższą, ale bezpieczniejszą drogę. Gdy natomiast jego nos zetknął się z ciepłym, nocnym powietrzem, poczuł gwałtowną ulgę.
,,Nie, jeszcze nie teraz. Nie jesteś bezpieczny" przemknęło mu przez myśl akurat w momencie, w którym zrobił dwa kroki skierowane w stronę granicy tylko po to, by zetknąć się z obliczem własnej siostry, która patrzyła na niego uważnie. Zaklął w myślach. Przeprowadzali tą rozmowę, o ile rozmową to można było nazwać, jeśli pomyślimy o wyżynach możliwości polonistycznych rudzielca. Każdy zdrowo myślący i z nieco wyższą oceną, nazwałby tą "rozmowę" krótkim poinformowaniem. Zapewne w ten sam sposób odczytała to Żywica.
- Postanowiłem. Zawsze możesz iść ze mną - rzekł, nie dostrzegając, jak mięśnie na jej pysku podrygują w napięciu. Otworzyła i zamknęła pysk, oczami wędrując po okolicy, jakby nie mogła ich nigdzie bezpiecznie osadzić.
- Tata zostanie sam... złamiesz mu serce.
- Mógłby iść z nami.
- I wtedy nagle trzy koty znikną z klanu... i co z mamą? - poruszył nerwowo ogonem na wspomnienie o kotce. Akurat Żywica doskonale wiedziała, że o Pożar martwił się najmniej.
- Słuchaj, nigdy nie chciałem żeby to się potoczyło w ten sposób... a tam, na zewnątrz są koty, które autentycznie mnie doceniają! Widzą coś we mnie, słyszysz? Nie tak, jak niemal każda osoba w tym klanie! Nie tak jak matka, przecież widzisz, co zrobiła. Nie jesteśmy dla niej wystarczający, tata nie był i my też nie. Zastąpiła nas! - kotka położyła po sobie uszy, wreszcie uspokajając spojrzenie, które utkwiła w podłożu. Nagle poczuł wyrzuty sumienia, które napłynęły mu do gardła. Miał kotkę bronić i naprawdę miał nadzieję, że z nim pójdzie, jednak wizja nieograniczonej wolności...
- Posłuchaj, naprawdę nie chciałem nikogo zranić...
- To zostań. - wyszeptała, nie podnosząc wzroku z kołysanej lekko przez wiatr trawy. Teraz to on poczuł się zdołowany. Milczeli przez chwilę, w ciężkiej ciszy.
- Na pewno jeszcze się zobaczymy, dasz radę beze mnie przez ten czas, prawda? Szybko wszystko to minie i zanim się obejrzysz, będziemy razem siedzieć na jakimś słonecznym wzgórzu, nawet o tym nie pamiętając. Potrzebuję rozciągnąć łapy, zobaczyć kawałek świata, wyrwać się z tego parszywego, zakłamanego miejsca! Zostaniesz wspaniałą wojowniczką, jestem pewien - wygłosił swój najdłuższy "monolog" w życiu, przytulając zesztywniałą siostrę, która odwróciła wzrok i nie spojrzała za nim, gdy ten, jak zbieg, skierował się w stronę swojej upragnionej wolności i kawałku nowego świata.
<618 słów>
na tym szkolenie bym zakończyła
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz