Czy czuła się z tym źle? Może trochę. Nie obawiała się śmierci samej w sobie. Nie bała się nawet tego, że być może jej żywot zakończy się boleśnie. Cóż, pocierpi sobie przez kilka uderzeń serca, lecz później wieczność spędzi na polanach Klanu Gwiazdy, o ile sobie na to zasłużyła. Tam wreszcie będzie mogła zaczekać na wszystkich swoich bliskich, których pozostawiła na ziemi. Jedyne, co ją martwiło, to fakt, że zostawi Ośnieżony Kryształ i Zwęgloną Kukułkę same z ciężarem prawdy. Czy kotki poradzą sobie w tym okrutnym klanie bez niej? Może Brukselka powinna ten ostatni raz zebrać się w sobie i wraz z Wilczym Skowytem, Gwiazdnicowym Blaskiem i dwójką swoich najmłodszych córek obmyślić jakiś plan działania? W końcu nie mogła odejść bez huku, prawda? Nie chciała też opuszczać tego świata z myślą, że nie zrobiła wszystkiego, co w swojej mocy, by nawrócić Klan Wilka na właściwą ścieżkę. Choć im dłużej żyła, tym bardziej zdawała sobie sprawę z tego, że zawiodła Gwiezdnych Przodków. Nie wznieciła żadnego buntu. Nie przekonała reszty kotów wierzących w Klan Gwiazdy, by zostały w Klanie Wilka i postarały się go nawrócić, a nie z niego uciekać. Mimo wszystko przynajmniej wychowała trójkę córek, które były lojalne wobec Klanu Gwiazdy i nie uciekały od problemów. Może Przodkowie będą skłonni wybaczyć jej niewielkie zaangażowanie w nawracanie, gdy zobaczą, jak mocno starała się wbić wiarę do głowy Gwiazdnicy, Kryształki i Kukułki? Może po jej odejściu jej córki będą w stanie jakoś odpokutować winy, których się dopuściła?
Taką miała nadzieję, choć póki żyła, wolała się tym nie zadręczać bez przerwy. Miała w końcu inne rzeczy na głowie, którymi powinna się martwić. Na przykład to, że ostatnimi czasy Klan Wilka uzbrajał się w nowych, zmanipulowanych członków. Iglasta Łapa, Zamroczona Łapa i Koszmarna Łapa wydawali się bardzo zindoktrynowani przez swoich najbliższych. Zapowiadało się na to, że wyrosną na takich samych morderców jak ich matki czy babcia. W żłobku przyszli natomiast na świat Bryzka i Skowronek, a przynajmniej tak jej się wydawało. Sama nie zaglądała do żłobka, bo Ognikowa Słota chyba udusiłaby ją na wejściu, więc całą wiedzę czerpała jedynie z zasłyszanych pogłosek. Ta dwójka kociąt podobno należała do Nocnego Śpiewaka i Pszczelego Roju, toteż Brukselka nie mogła się do nich zbliżać na mniej niż kilka dobrych długości wąsa. Byli jeszcze Pyza i Bzyczek i to chyba w nich Brukselka pokładała największe nadzieje. Zostali podarowani Klanowi Wilka przez ich sojuszników, którzy wierzyli w Klan Gwiazdy, więc może już co nieco o nim słyszeli. Liliową niepokoił jednak trochę fakt, że szylkretowa mistrzyni, mimo ceremonii swoich kociąt, wciąż przebywała w kociarni. Czyżby Zalotna Gwiazda specjalnie kazała jej tam zostać, by mogła skutecznie wpajać nowym kociętom te ich krzywe przekonania? Być może. I być może dzięki tej decyzji kocięta Kwaśnej Kocanki, Miodowego Ula i Jesionowej Szadzi czekał dokładnie ten sam los, jaki spotkał wiele innych kociąt w Klanie Wilka.
Brukselka zrobiłaby z tym coś, gdyby tylko mogła. Prawda była jednak taka, że wszyscy już dawno ją przejrzeli i zaczęli nienawidzić. Tak samo zresztą, jak wszystkich jej bliskich. By w Klanie Wilka mógł zaistnieć ktoś, kto sekretnie nawracałby kocięta i starsze koty na prawidłową ścieżkę, musiałby to być ktoś, komu najpierw zaufaliby kultyści — a co za tym idzie, nie mógł to być nikt z grona znajomych Brukselki. To musiałby być ktoś nowy, świeży. Lecz wtedy musiałby sam wyjść z inicjatywą naprawy tego zepsutego miejsca lub zostać do tego pchnięty przez sam Klan Gwiazdy, dokładnie tak, jak to było z Brukselką, Omenem, Kosaćcem i Głupią Łapą. Choć po ostatnim niewypale Gwiezdni Przodkowie być może postanowili się już poddać, wreszcie przyjmując do świadomości, że Klan Wilka jest miejscem zbyt zepsutym od środka, by niewielka grupka kotów mogła go naprawić.
W końcu, w którym normalnym klanie swoi pobratymcy mordują się nawzajem? Kilka wschodów słońca temu na środek azylu zostało wywleczone ciało Trzcinniczkowej Dziupli. Martwe. Wszyscy z początku zakładali, że starszy kocur umarł z przyczyn naturalnych, lecz po tym, jak Cętkowany Tęgosz dostał karę zaraz po czuwaniu nad zmarłym, można się było spodziewać, że śmierć Trzcinniczka nie była przypadkowa. Rudofutry nie został nawet publicznie oskarżony o morderstwo, a jedyną karą, którą otrzymał, było opiekowanie się starszymi. Przynajmniej tak wywnioskowała Brukselka, widząc, jak Tęgosz nieraz zanurza się w półmroku legowiska, w którym przebywali emerytowani wojownicy Klanu Wilka.
Myśląc o tym, Brukselka sama postanowiła udać się do starszych na plotki. Być może Gąsiorkowy Trzepot będzie miała do powiedzenia co nieco o śmierci swojego brata, która odciągnęła uwagę kotów od tego, że niedawno z Klanu Wilka uciekli Cykoriowy Cykor i Wilgowa Gorycz. Brukselka niespecjalnie interesowała się tą dwójką, lecz zdawała sobie sprawę z tego, że czekoladowa kocica była przybraną córką Roztargnionego Koperka. Ciekawe, jak liliowe się z tym czuło. Pewnie nie było zachwycone, że jego wychowanka opuściła klan bez ani jednego słowa pożegnania. Choć Cykoria akurat odkąd została uczniem, zachowywała się tak, jakby wstąpiła w nią dusza z Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd. To dziwne, jak bardzo się zmieniła. Brukselkowa Zadra zaczęła teraz żałować, że nigdy nie spróbowała z nią o tym porozmawiać. Może Cykoria również darzyła nienawiścią Wilczaki i ich brutalne zwyczaje? Może jej nienawiść była na tyle silna, że zaczęła robić wszystko, by się im sprzeciwić? Ciężko stwierdzić, gdyż czekoladowa była całkiem zamknięta w sobie, jeśli można to tak ująć. Raczej unikała interakcji z innymi kotami, o ile to one pierwsze nie zaczęły unikać jej.
Wtem Brukselka weszła do legowiska starszyzny, a wszystkie jej wcześniejsze przemyślenia zeszły na dalszy plan. Skupiła wzrok na Gąsiorkowym Trzepocie, która z posępną miną siedziała w kącie pomieszczenia, wpatrując się w puste legowisko, które najpewniej należało do Trzcinniczka. Wojowniczka bez słowa podeszła do starszej i usiadła obok niej. Kotce chwilę zajęło, nim przeniosła wzrok na przybyszkę.
— Witaj, Gąsiorkowy Trzepocie — przywitała się wreszcie Brukselka, skinąwszy głową. — Przyszłam sprawdzić, czy wszystko u ciebie w porządku, a przede wszystkim dowiedzieć się, czy wiesz coś o śmierci Trzcinniczkowej Dziupli. Uważam, że to całkiem… dziwna sytuacja — dodała, nie chcąc zabrzmieć niedelikatnie. — Ale oczywiście, jeśli nie chcesz się ze mną niczym dzielić, to nie musisz. Nie będę cię przecież do niczego zmuszać, prawda? — kontynuowała swoje gadanie.
Na pysku Gąsiorek zagościł grymas, a w oczach pojawiła się frustracja.
— Wiem, Brukselkowa Zadro. Wiem na pewno, że to Cętkowany Tęgosz był mordercą — prychnęła, kręcąc głową. — Chwilę przed tym, jak zmarł Trzcinniczkowa Dziupla, przyszedł tu z Blednącym Szalejem i wręczyli nam zwierzynę. Jak się domyślasz, już po chwili było jasne, że była zatruta — kontynuowała, chętnie dzieląc się informacjami o sprawie. Brukselka zastanawiała się, czy może liczyła na to, że Tęgosza spotka za ten czyn jakaś większa kara niż tylko opiekowanie się starszymi. — Byłam z tym u liderki… — dodała nagle, mrużąc ślepia. — A chwilę potem? Cętkowany Tęgosz został przez nią zawołany. Jeszcze później? Wyszedł z tego legowiska, nie wyglądając na zachwyconego. To… to nie może być przypadek — tłumaczyła, aż w końcu Brukselka zauważyła, że kotka wbiła pazury w ziemię. — Tylko dlaczego Cętkowany Tęgosz otrzymał tak lekką karę? Co mu po wyciągnięciu kilku kleszczy z futra starszych i zrobieniu nowych posłań? No co? Może jednak próbował się tego wyprzeć, a Zalotna Gwiazda nie miała na to dowodów? Może… może trzeba by go zagonić w jakiś kąt, a potem wyciągnąć od niego całą prawdę. Jeśli naprawdę przyczynił się do śmierci Trzcinniczkowej Dziupli, powinien za to srogo zapłacić! Mój brat był Powiernikiem Cienia! Był szanowany!
Liliowa wsłuchiwała się w słowa starszej z niepokojem. Cała ta sprawa wydawała się całkiem pogmatwana. Brukselka wiedziała, że być może Zalotka poznała już całą prawdę, lecz mimo wszystko nie chciała karać Cętkowanego Tęgosza, ponieważ był jej wnukiem. Nie było żadną tajemnicą, że w tym klanie miała miejsce faworyzacja. Przywódczyni z całą pewnością pobłażałaby każdemu mordercy, gdyby tylko był jej bliski. Nie chciała jednak mówić o tym Gąsiorkowemu Trzepotowi, by jeszcze bardziej jej nie dobijać.
— Przykro mi, naprawdę… Trzcinniczkowa Dziupla nie zasługiwał na to, by teraz umrzeć. Niewątpliwie miał przed sobą jeszcze kilka księżyców życia, lecz teraz przynajmniej nie musi już odczuwać bólu, jaki spotykał go za życia. Możemy mieć nadzieję, że Przodkowie byli na tyle łaskawi, by w zaświatach przywrócić mu wzrok… — westchnęła.
Jeszcze chwilę posiedziała przy starszej, aż w końcu zdecydowała się podnieść z miejsca i opuścić legowisko, by nie przeszkadzać jego mieszkańcom. Miała nadzieję, że Gąsiorek jakoś poradzi sobie z odejściem brata, zamiast popadać w obłęd.
Korzystając z tego, że ze względu na swój wiek nie została jeszcze uziemiona w obozie, postanowiła wybrać się na krótki spacer. Czuła w kościach, że już niedługo Zalotna Gwiazda będzie chciała posłać ją na emeryturę — i, ku własnemu zaskoczeniu, wcale nie czuła się z tym źle. Wręcz przeciwnie, podobała jej się wizja zaprzestania pracowania dla Wilczaków. Nareszcie mogłaby odpocząć i pasożytować na zasobach tych idiotów, o ile oczywiście żaden odważny młodzik nie spróbowałby jej wcześniej otruć. Chyba będzie musiała zadbać o to, by samodzielnie wybierać sobie zwierzynę ze stosu, bo nigdy nie wiadomo, kiedy ktoś uzna starego kota za balast dla klanu. Choć Brukselka chyba już nim była, zważywszy na to, że zupełnie nie wpisywała się w ideał Wilczaka i nie popierała tych wszystkich chorych rzeczy, które się tutaj działy. W ich oczach była zagrożeniem, a jednocześnie sama znajdowała się w niebezpieczeństwie. Wszystko przez to, że dostrzegła prawdę.
Udało jej się dotrzeć aż na granicę z Klanem Burzy, gdzie postanowiła na chwilę przysiąść. Lata robiły swoje, a stawy coraz częściej dawały o sobie znać. Powoli traciła siły i umiejętności. Nie biegała już tak sprawnie, nie walczyła, a przede wszystkim coraz gorzej szło jej polowanie. Znacznie trudniej było jej złapać cokolwiek podczas patroli, choć zazwyczaj wciąż udawało jej się przynieść jakąś piszczkę na stos. Różnica między jej obecną kondycją a czasami młodości była jednak aż nazbyt wyraźna.
Na szczęście umysł wciąż miała całkiem sprawny. Przesiadywanie na granicy szybko przywiodło jej na myśl pewną białofutą kotkę — Wełnistą Mszycę. Brukselka zastanawiała się, jak radziła sobie burzacka medyczka. Czy wciąż w ogóle żyła? Może coś jej się stało, a liliowa nawet o tym nie wiedziała, bo od wielu księżyców nie została wybrana na żadne zgromadzenie? Ciężko było stwierdzić.
Gdy jednak nagle usłyszała obok siebie kroki, w jej sercu pojawiła się iskierka nadziei. Rozejrzała się wokół, lecz zamiast albinoski dostrzegła szylkretową kotkę. Przynajmniej tak jej się wydawało, że kotkę, ze względu na jej zapach.
Gdy Burzaczka podeszła bliżej, Brukselka podniosła się z miejsca i wyprostowała nieznacznie, chcąc wyglądać pewniej. Przez chwilę stała z kotką pysk w pysk, aż w końcu zdecydowała się odezwać.
— Dzień dobry… — przywitała się krótko, poruszając wibrysami. — Nie jestem za blisko granicy? Zresztą, nieważne… — Machnęła łapą. — Jeśli mogłabym spytać, chciałabym się dowiedzieć, co u Wełnistej Mszycy. Na pewno ją znasz, to w końcu wasza medyczka, prawda? — kontynuowała, strzygąc uchem. Zaczęła się zastanawiać, czy nie była zbyt bezpośrednia. — Ach i… byłabym zapomniała. Na imię mi Brukselkowa Zadra.
Taką miała nadzieję, choć póki żyła, wolała się tym nie zadręczać bez przerwy. Miała w końcu inne rzeczy na głowie, którymi powinna się martwić. Na przykład to, że ostatnimi czasy Klan Wilka uzbrajał się w nowych, zmanipulowanych członków. Iglasta Łapa, Zamroczona Łapa i Koszmarna Łapa wydawali się bardzo zindoktrynowani przez swoich najbliższych. Zapowiadało się na to, że wyrosną na takich samych morderców jak ich matki czy babcia. W żłobku przyszli natomiast na świat Bryzka i Skowronek, a przynajmniej tak jej się wydawało. Sama nie zaglądała do żłobka, bo Ognikowa Słota chyba udusiłaby ją na wejściu, więc całą wiedzę czerpała jedynie z zasłyszanych pogłosek. Ta dwójka kociąt podobno należała do Nocnego Śpiewaka i Pszczelego Roju, toteż Brukselka nie mogła się do nich zbliżać na mniej niż kilka dobrych długości wąsa. Byli jeszcze Pyza i Bzyczek i to chyba w nich Brukselka pokładała największe nadzieje. Zostali podarowani Klanowi Wilka przez ich sojuszników, którzy wierzyli w Klan Gwiazdy, więc może już co nieco o nim słyszeli. Liliową niepokoił jednak trochę fakt, że szylkretowa mistrzyni, mimo ceremonii swoich kociąt, wciąż przebywała w kociarni. Czyżby Zalotna Gwiazda specjalnie kazała jej tam zostać, by mogła skutecznie wpajać nowym kociętom te ich krzywe przekonania? Być może. I być może dzięki tej decyzji kocięta Kwaśnej Kocanki, Miodowego Ula i Jesionowej Szadzi czekał dokładnie ten sam los, jaki spotkał wiele innych kociąt w Klanie Wilka.
Brukselka zrobiłaby z tym coś, gdyby tylko mogła. Prawda była jednak taka, że wszyscy już dawno ją przejrzeli i zaczęli nienawidzić. Tak samo zresztą, jak wszystkich jej bliskich. By w Klanie Wilka mógł zaistnieć ktoś, kto sekretnie nawracałby kocięta i starsze koty na prawidłową ścieżkę, musiałby to być ktoś, komu najpierw zaufaliby kultyści — a co za tym idzie, nie mógł to być nikt z grona znajomych Brukselki. To musiałby być ktoś nowy, świeży. Lecz wtedy musiałby sam wyjść z inicjatywą naprawy tego zepsutego miejsca lub zostać do tego pchnięty przez sam Klan Gwiazdy, dokładnie tak, jak to było z Brukselką, Omenem, Kosaćcem i Głupią Łapą. Choć po ostatnim niewypale Gwiezdni Przodkowie być może postanowili się już poddać, wreszcie przyjmując do świadomości, że Klan Wilka jest miejscem zbyt zepsutym od środka, by niewielka grupka kotów mogła go naprawić.
W końcu, w którym normalnym klanie swoi pobratymcy mordują się nawzajem? Kilka wschodów słońca temu na środek azylu zostało wywleczone ciało Trzcinniczkowej Dziupli. Martwe. Wszyscy z początku zakładali, że starszy kocur umarł z przyczyn naturalnych, lecz po tym, jak Cętkowany Tęgosz dostał karę zaraz po czuwaniu nad zmarłym, można się było spodziewać, że śmierć Trzcinniczka nie była przypadkowa. Rudofutry nie został nawet publicznie oskarżony o morderstwo, a jedyną karą, którą otrzymał, było opiekowanie się starszymi. Przynajmniej tak wywnioskowała Brukselka, widząc, jak Tęgosz nieraz zanurza się w półmroku legowiska, w którym przebywali emerytowani wojownicy Klanu Wilka.
Myśląc o tym, Brukselka sama postanowiła udać się do starszych na plotki. Być może Gąsiorkowy Trzepot będzie miała do powiedzenia co nieco o śmierci swojego brata, która odciągnęła uwagę kotów od tego, że niedawno z Klanu Wilka uciekli Cykoriowy Cykor i Wilgowa Gorycz. Brukselka niespecjalnie interesowała się tą dwójką, lecz zdawała sobie sprawę z tego, że czekoladowa kocica była przybraną córką Roztargnionego Koperka. Ciekawe, jak liliowe się z tym czuło. Pewnie nie było zachwycone, że jego wychowanka opuściła klan bez ani jednego słowa pożegnania. Choć Cykoria akurat odkąd została uczniem, zachowywała się tak, jakby wstąpiła w nią dusza z Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd. To dziwne, jak bardzo się zmieniła. Brukselkowa Zadra zaczęła teraz żałować, że nigdy nie spróbowała z nią o tym porozmawiać. Może Cykoria również darzyła nienawiścią Wilczaki i ich brutalne zwyczaje? Może jej nienawiść była na tyle silna, że zaczęła robić wszystko, by się im sprzeciwić? Ciężko stwierdzić, gdyż czekoladowa była całkiem zamknięta w sobie, jeśli można to tak ująć. Raczej unikała interakcji z innymi kotami, o ile to one pierwsze nie zaczęły unikać jej.
Wtem Brukselka weszła do legowiska starszyzny, a wszystkie jej wcześniejsze przemyślenia zeszły na dalszy plan. Skupiła wzrok na Gąsiorkowym Trzepocie, która z posępną miną siedziała w kącie pomieszczenia, wpatrując się w puste legowisko, które najpewniej należało do Trzcinniczka. Wojowniczka bez słowa podeszła do starszej i usiadła obok niej. Kotce chwilę zajęło, nim przeniosła wzrok na przybyszkę.
— Witaj, Gąsiorkowy Trzepocie — przywitała się wreszcie Brukselka, skinąwszy głową. — Przyszłam sprawdzić, czy wszystko u ciebie w porządku, a przede wszystkim dowiedzieć się, czy wiesz coś o śmierci Trzcinniczkowej Dziupli. Uważam, że to całkiem… dziwna sytuacja — dodała, nie chcąc zabrzmieć niedelikatnie. — Ale oczywiście, jeśli nie chcesz się ze mną niczym dzielić, to nie musisz. Nie będę cię przecież do niczego zmuszać, prawda? — kontynuowała swoje gadanie.
Na pysku Gąsiorek zagościł grymas, a w oczach pojawiła się frustracja.
— Wiem, Brukselkowa Zadro. Wiem na pewno, że to Cętkowany Tęgosz był mordercą — prychnęła, kręcąc głową. — Chwilę przed tym, jak zmarł Trzcinniczkowa Dziupla, przyszedł tu z Blednącym Szalejem i wręczyli nam zwierzynę. Jak się domyślasz, już po chwili było jasne, że była zatruta — kontynuowała, chętnie dzieląc się informacjami o sprawie. Brukselka zastanawiała się, czy może liczyła na to, że Tęgosza spotka za ten czyn jakaś większa kara niż tylko opiekowanie się starszymi. — Byłam z tym u liderki… — dodała nagle, mrużąc ślepia. — A chwilę potem? Cętkowany Tęgosz został przez nią zawołany. Jeszcze później? Wyszedł z tego legowiska, nie wyglądając na zachwyconego. To… to nie może być przypadek — tłumaczyła, aż w końcu Brukselka zauważyła, że kotka wbiła pazury w ziemię. — Tylko dlaczego Cętkowany Tęgosz otrzymał tak lekką karę? Co mu po wyciągnięciu kilku kleszczy z futra starszych i zrobieniu nowych posłań? No co? Może jednak próbował się tego wyprzeć, a Zalotna Gwiazda nie miała na to dowodów? Może… może trzeba by go zagonić w jakiś kąt, a potem wyciągnąć od niego całą prawdę. Jeśli naprawdę przyczynił się do śmierci Trzcinniczkowej Dziupli, powinien za to srogo zapłacić! Mój brat był Powiernikiem Cienia! Był szanowany!
Liliowa wsłuchiwała się w słowa starszej z niepokojem. Cała ta sprawa wydawała się całkiem pogmatwana. Brukselka wiedziała, że być może Zalotka poznała już całą prawdę, lecz mimo wszystko nie chciała karać Cętkowanego Tęgosza, ponieważ był jej wnukiem. Nie było żadną tajemnicą, że w tym klanie miała miejsce faworyzacja. Przywódczyni z całą pewnością pobłażałaby każdemu mordercy, gdyby tylko był jej bliski. Nie chciała jednak mówić o tym Gąsiorkowemu Trzepotowi, by jeszcze bardziej jej nie dobijać.
— Przykro mi, naprawdę… Trzcinniczkowa Dziupla nie zasługiwał na to, by teraz umrzeć. Niewątpliwie miał przed sobą jeszcze kilka księżyców życia, lecz teraz przynajmniej nie musi już odczuwać bólu, jaki spotykał go za życia. Możemy mieć nadzieję, że Przodkowie byli na tyle łaskawi, by w zaświatach przywrócić mu wzrok… — westchnęła.
Jeszcze chwilę posiedziała przy starszej, aż w końcu zdecydowała się podnieść z miejsca i opuścić legowisko, by nie przeszkadzać jego mieszkańcom. Miała nadzieję, że Gąsiorek jakoś poradzi sobie z odejściem brata, zamiast popadać w obłęd.
* * *
Udało jej się dotrzeć aż na granicę z Klanem Burzy, gdzie postanowiła na chwilę przysiąść. Lata robiły swoje, a stawy coraz częściej dawały o sobie znać. Powoli traciła siły i umiejętności. Nie biegała już tak sprawnie, nie walczyła, a przede wszystkim coraz gorzej szło jej polowanie. Znacznie trudniej było jej złapać cokolwiek podczas patroli, choć zazwyczaj wciąż udawało jej się przynieść jakąś piszczkę na stos. Różnica między jej obecną kondycją a czasami młodości była jednak aż nazbyt wyraźna.
Na szczęście umysł wciąż miała całkiem sprawny. Przesiadywanie na granicy szybko przywiodło jej na myśl pewną białofutą kotkę — Wełnistą Mszycę. Brukselka zastanawiała się, jak radziła sobie burzacka medyczka. Czy wciąż w ogóle żyła? Może coś jej się stało, a liliowa nawet o tym nie wiedziała, bo od wielu księżyców nie została wybrana na żadne zgromadzenie? Ciężko było stwierdzić.
Gdy jednak nagle usłyszała obok siebie kroki, w jej sercu pojawiła się iskierka nadziei. Rozejrzała się wokół, lecz zamiast albinoski dostrzegła szylkretową kotkę. Przynajmniej tak jej się wydawało, że kotkę, ze względu na jej zapach.
Gdy Burzaczka podeszła bliżej, Brukselka podniosła się z miejsca i wyprostowała nieznacznie, chcąc wyglądać pewniej. Przez chwilę stała z kotką pysk w pysk, aż w końcu zdecydowała się odezwać.
— Dzień dobry… — przywitała się krótko, poruszając wibrysami. — Nie jestem za blisko granicy? Zresztą, nieważne… — Machnęła łapą. — Jeśli mogłabym spytać, chciałabym się dowiedzieć, co u Wełnistej Mszycy. Na pewno ją znasz, to w końcu wasza medyczka, prawda? — kontynuowała, strzygąc uchem. Zaczęła się zastanawiać, czy nie była zbyt bezpośrednia. — Ach i… byłabym zapomniała. Na imię mi Brukselkowa Zadra.
<Burzaku?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz