Przeszłość
Rozciągnął się leniwie, co on taki energiczny? Żyli teraz bez żadnych obowiązków, musieli tylko mili dla dwunożnych i ładnie wyglądać, wtedy dwunożni dawali im jedzenie za nic. O zgrozo, gdyby stary Miodek usłyszał jego myśli, to by go udusił, ale za to stary Miodek też był bardziej naiwny i myślał, że jego życie będzie jednolite i nic się nie stanie. Mylił się, Klan Gwiazdy chciał inaczej.
— W Klanie Wilka tak, a tutaj teraz żyjemy inaczej. Powiem ci, że za szybko się przyzwyczaiłem do tego trybu życia, co starość robi z kotem na księżyce — zażartował sobie, jakoś sam nie wierzył, ale jakoś rozpromienił się w tym miejscu, bycie w Świetlikach naprawdę sprawiło, że prawie życie z niego ubywało. Czuł się tam bardziej odizolowany od świata niż tutaj, przynajmniej będąc tu, mógł swobodnie opuszczać farmę, by zwiedzać jej zakątki, choć i tak niezbyt daleko odchodził, jego wędrówka kończyła się, przy tych sieciach gdzie przyczepiały się małże.
Poruszył wąsami zamyślony.
— Jeśli dałoby radę, powinienem zainteresować się lokalnymi kotami. Z tego, co wiem, to Żółtka nie stawia granic swojego terytorium. Powinna to zmienić. Przynajmniej ja mogę o to zadbać. — stawianie granic może było bardziej klanowym zwyczajem i może dlatego Żółtka tego nie robiła? Choć to trochę dziwne patrząc na to, jaką mają posiadłość, czy kotka się nie bała, że inne koty mogą kraść małże? Lub inne rzeczy z ich terytorium, taka niepilnowana przestrzeń mogła przyciągać potencjalnych łobuzów, którzy mogliby wyrządzić szkody.
— Nie stawia? W takim razie pomożemy jej, ale z tego, co wiem, to chyba dwunożni nie chcą cię wypuścić, jeszcze na dwór. Może zrobimy to w nocy? Ty i ja na wyprawie samców ku nieznanemu. — To byłby pretekst, żeby zobaczyć większą część terenów, na razie jedynie co widział, to farmę ostryg z kamiennego klifu. Choć wydawała się naprawdę ogromna, to Żółtka wspominała, że teren jest jeszcze większy.
— Już udało mi się wymknąć z Żółtką. Pokazała mi co nieco — przyznał się i z zadowoleniem polizał swoja bujną kryzę.
— Brakuje mi walki. Chętnie bym przegonił jakiegoś samotnika albo włóczęgę. Dawno nie używałem pazurów do czegoś bardziej przydatnego.— To on już wyszedł z domu? Dwunożni mu nie ufali, może jednak się to zmieniło i przekonali się do niego po jakimś czasie.
— Skoro już nie więcej jesteś zorientowany no to nasz "patrol" pójdzie nam zgrabniej. — odparł Louis.
— Możemy wykorzystać naszą wycieczkę nie tylko do odstraszania kotów, ale i też do poznania okolicy. Przyznaje, że choć w domu jest wygodniej, to chętnie był sprawdził, jakie są jeszcze atrakcje w okolicy, może nawet takie gdzie moglibyśmy częściej wychodzić? — przydałoby się trochę ruchu, jeszcze od ciągłego siedzenia, straciłby kondycję.
— No coś w tym stylu. Chociaż ja tam wolę zagarnąć jak najwięcej terytorium dla nas. Im więcej, tym lepiej. — Leon wstał, rozciągając się leniwie.
— O ile lokalnych kotów nie będzie dużo do wyganiania — rzucił Liliowy, przecież patrząc na te morze, to mógłby być duży wysyp tych lokalnych kotów, jakoś u nich był spokój, nie to, co w klanach.
Przeszłość, noc
Słony wiatr wiał im do nozdrzy, a księżyc wyjątkowo świecił na okolicę. Pierwszy szedł Louis a za nim
Leon, tak się przyzwyczaił do ich nowych imion, że nawet nazywając ich w myślach, używał ich.
— Na razie nie czuje ich tropu albo powietrze jest tak słone a ich zapach jakoś słaby, albo są bardziej aktywni, gdy wschodzi słońce. Co za tchórze, niech się szybciej ujawnią, to od razu ich spiore! — jego syn był nawet w nocy żywy, co go cieszyło, on też nie wydawał się senny. Co było dość dziwne, bo z nadejściem nocy w klanie, każdy chciał tylko się ułożyć prędko na posłaniu.
— Musimy być cierpliwi, chyba dobrze się ukrywają — odparł Louis, stawiając kroki po trawie wymieszanej z piaskiem. Szli po równinach, która była większą częścią klifu, z ich lewej strony można było zobaczyć ze wzniesienia, wzburzone morze, a oni sami jednak nie byli blisko krawędzi i szli po trawie wymieszanej z piaskiem i różnymi drobnymi kamieniami, a już po ich prawej, jeszcze wyżej, mogli ujrzeć wysokie drzewa iglaste, ustawione ciasno w rzędzie. U starszego od razu pojawiło się wspomnienie o klanie wilka, o mało co nie uronił łzy szczęścia. Wiatr przestał wiać, a zapachy były bardziej wyraźnie, poczuli nawet świeży zapach, obcego kota.
— Mamy, nasz pierwszy intruz, którego wygonimy! — Leon od razu się rzucił do złapania intruza, a Louis nie zamierzał osłabiać jego zapału i biegł za nim. Biegli tak, przez morskie tereny, natrafiając na rudego vana, z pomarańczowymi oczami i krótkim futrem, który skubał trawę. Miał pulchne policzki, a sam też był trochę pulchny. Leon bez zastanowienia rzucił się ze znienacka na samotnika.
— To nasze tereny! Dlatego jak najszybciej się zwijaj! — Leon się wywyższył nad intruzem, rudy van zaś próbował odepchnąć masywnego pieszczocha.
— Wypraszam sobie! Nie widzisz, że byłem zajęty? A po drugie, od kiedy kanapowcy patrolują tereny i stawiają zapachy? Bo mi się wydaje, że to są tereny niczyje — Leon przekręcił oczami.
— Zajęty? Jedzeniem trawy jak królik? Lepiej zmykaj albo cię potłucze, że cała okolica będzie wiedziała, żeś taki wygadany — rudy van prychnął na to.
— Królik? Co to niby? Pewnie nie jesteście stąd, to wszystko wyjaśnia. Dzikusy! Zmywam się od was — rudy van, szybko uciekł, gdy tylko Leon go puścił. Louis mógł niby stanąć w obronie tego kota, ale zależało mu bardziej, by jego syn czuł się jak kiedyś, a nie na jakimś nieznajomym.
— Dobrze Ci poszło! Teraz na pewno staniemy się postrachem okolicy — Miodek zażartował sobie, może nie okolicy, ale na pewno tych terenów, które należały do farmy.
<Synu, przegonimy ich więcej?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz