Każdy poranek wschodził spokojnie.
Nie było w tym nic niezwykłego. Słońce pojawiało się nad światem powoli, niemal leniwie, rozjaśniając kolejne fragmenty nieba i przesuwając blade promienie przez szklane powierzchnie. Dni następowały po sobie w niemal rytmicznym tempie, tak podobne do siebie, że z czasem trudno było rozróżnić jeden od drugiego.
Dla kotów mieszkających pod opieką Wyprostowanych nie miało to większego znaczenia.
Ich życie również podlegało własnemu rytmowi.
Pobudka. Jedzenie. Cisza. Kroki rozbrzmiewające gdzieś po drugiej stronie drzwi. Czasami czyjś głos, czasami odgłos otwieranych zamków. Później kolejne godziny spędzone w tych samych pomieszczeniach, wśród znajomych zapachów i przedmiotów, których kształty znało się niemal na pamięć.
A jednak świat się zmieniał.
Najłatwiej można było dostrzec to w ogrodach.
Ukryte za grubymi szybami, rosły cierpliwie i bez pośpiechu. Z każdym kolejnym porankiem ich zieleń stawała się coraz bardziej intensywna. Natura nie przejmowała się ścianami ani szybami. Nie znała godzin wyznaczanych przez karmienie, nie rozumiała zamków i nie potrzebowała pozwolenia, by rosnąć.
Po prostu trwała.
I właśnie ta zmiana sprawiała, że zamknięty świat kotów wydawał się jeszcze bardziej nieruchomy.
Diane przeciągnęła się powoli na swoim miękkim posłaniu.
Najpierw wyciągnęła przed siebie przednie łapy, rozprostowując opuszki łap, a potem wygięła grzbiet w leniwym łuku. Przez chwilę trwała w tej pozycji, rozkoszując się ciepłem materiału, który przez całą noc zatrzymywał jej ciepło.
W końcu ziewnęła i uniosła głowę.
Jej jasne, piaskowe oczy powoli przesunęły się po sporym pomieszczeniu.
Znała tu każdy kąt, każdą szczelinę, każdy przedmiot, który znajdował się w zasięgu jej wzroku. Wiedziała, gdzie światło pojawiało się rano, gdzie zatrzymywało się najdłużej i które miejsce na posłaniu było najwygodniejsze, kiedy chciała przespać popołudnie.
To tutaj spędziła całe swoje życie.
Czasami miała wrażenie, że zna to miejsce tak dobrze, iż potrafiłaby przejść przez nie z zamkniętymi oczami.
I chyba właśnie dlatego coraz częściej myślami uciekała gdzie indziej.
Do historii, którą opowiedział jej Celestyn.
O kocie, który zwiedził tyle pięknych miejsc. Niektóre opisy ojca wydawały się jej tak wyraźne, że niemal mogła poczuć pod łapami ziemię, której nigdy nie dotknęła.
Ten świat istniał naprawdę.
Celestyn nie opowiadał jej bajki.
Przynajmniej Diane bardzo chciała w to wierzyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz