Przeszłość
Biała kotka mając chwilę oddechu od leczenia chorych w Owocowym Lesie, opuściła dziuplę. Mimo zjedzenia czegoś na śniadanie czuła nieprzyjemne ssanie, świadczące o tym, że poprzednia piszczka najwidoczniej nie wystarczyła na długo. Wystarczył krótki moment, raptem parę uderzeń serca, gdy we wnętrzu drzewa nikogo nie było, a już przypałętała się tam dwójka kociąt Purchawki. Widząc czekoladowego kocurka przed wejściem, machnęła końcówką ogona i ruszyła w jego kierunku. Ten widząc nadchodzącą zielarkę, nieco się skulił, doskonale wiedząc, że prawie zrobił coś, czego nie powinien. Mistral jedynie ruchem głowy wskazała mu żłobek, a młodzik od razu zrozumiał przekaz i sprawnie wrócił pod opiekę matki.
Z Modrogończykiem jej szybko poszło, lecz inaczej mogła się sprawa mieć w przypadku czarnej młódki, która zdecydowanie śmielej zajrzała do wnętrza legowiska. Niebieskooka odłożyła po cichu piszczkę, by następnie niespodziewanie przemówić, zaskakując tym samym Łzę.
— Co ty tu robisz, kociaku? — Cudem powstrzymała się od syknięcia przy tym.
— My- — zaczęła, lecz musiała zdać sobie sprawę, iż jej brata już nie ma z nią. — Rozglądam się tylko po moim legowisku — odparła z lekkim chłodem, nie kryjąc też dumy, która zapewne wynikała z tego, że jest córką szamanki Owocowego Lasu i myśli, że wszystko jej wolno.
“Twoje legowisko? No raczej po moim robaczywy trupie” — prychnęła w myślach, gryząc się przy tym w język, by faktycznie tak koteczce nie odpowiedzieć.
— To nie jest miejsce dla kociąt. Wyjdź stąd.
— TAK SIĘ SKŁADA, że moja MAMA zarządza TYM miejscem. Więc TY stąd wyjdź.
— TAK SIĘ SKŁADA, że TWOJA mama mnie szkoliła i obecnie jestem ZIELARZEM — fuknęła i nie czekając na jakiekolwiek “ale” ze strony Łzy, złapała ją za skórę na karku i nie zwracając uwagi na jej protesty, zaniosła ją do Purchawki. Oczywiście Mistral nie szczędząc przy tym poinformowania szamanki o zaistniałej sytuacji, przez co starsza wyjaśniła kociakom, że nie można przeszkadzać w pracy innym kotom.
Może i jakoś bardzo nie usatysfakcjonowało to białej, lecz lepsze to niż nic. Nim opuściła kociarnię, odprowadziła krnąbrną kotkę swoim chłodnym wzrokiem, a następnie obróciła się na pięcie i wyszła.
❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜
Obecnie, przed opuszczeniem obozu przez Wiciokrzewa
Kotka cicho jęknęła pod nosem, gdy promienie słońca zaczęły się przebijać przez korony drzew, wpadając idealnie do dziupli. Zwinięta na posłaniu, zakryła oczy łapą z nadzieją, że to pozwoli jej na, choć chwilę snu, jednak próbę tę przerwało ciche krzątanie się Gołąbka. Ciężko westchnęła, podnosząc się końcowo z legowiska. Wciąż nie do końca obudzona, skierowała się do uzdrowiciela, który utykając na przednią łapę, próbował coś zrobić.
— Gołąbku… — mruknęła zaspana, czego potwierdzeniem było późniejsze ziewnięcie. —Wiesz, jaka jest pora?
— Przepraszam, nie chciałem Cię obudzić — wymruczał bury, na co zielarka przewróciła oczami.
— Lepiej powiedz, co Ci się stało z łapą.
— Ach! To nic takiego, serio — zaczął gorączkowo zapewniać. Po chwili jednak przestał, gdy dawna samotniczka zgromiła go wzrokiem. Kocur spuścił wzrok na swoje łapy, co biała wykorzystała, by lekko go popchnąć.
— Siadaj i pokazuj to. Nie jesteś już małym kociakiem Gołąbku, jeśli uzdrowiciel będzie chorować, to kto wyleczy innych w Owocowym Lesie? — spytała retorycznie, przyglądając się łapie zielonookiego. Rana zaczęła się sączyć, tworząc widoczny obrzęk w miejscu, gdzie występowała. Sięgnęła po zielę, które zaczęła przeżuwać na papkę w celu otrzymania soku. Ten bezpośrednio skapywał z jej pyska na zranioną kończynę młodszego.
— I kto to mówi? Kto ostatnio ciągle zmaga się z bezsennością?
— Ja to inna kwestia… — odparła nieco niewyraźnie.
— Daj spokój. Nie zgrywaj takiej twardzielki, która bierze wszystko na swoje barki. To nic takiego prosić o pomoc, szczególnie przy Wicio- — urwał, kiedy kotka niespodziewanie wypluła trybulę idealnie pod łapy chorego.
— Jak chcesz wtykać nos w nieswoje sprawy, to sam ogarnij tę infekcję — prychnęła.
Obróciła się na pięcie, czując, jak złość powoli w niej narasta. Za sobą usłyszała jedynie ciche westchnięcie uzdrowiciela, który był skazany na dalsze przeżuwanie papki, zapewne nie chcąc jeszcze bardziej denerwować niebieskooką. Machnęła rozwścieczona ogonem, przez co wywołała podmuch powietrza, który poderwał część lżejszych medykamentów, dotychczas równo ułożonych. Fuknęła na to pod nosem, zabierając się od razu do porządków.
Najgorzej było ze zbieraniem nasion maku, których część wylądowała niemal w każdym zakamarku dziupli.
— Widzisz? Byłabym lepsza od ciebie. — Nagle usłyszała głos kogoś, kogo już od dawna nie było w Owocowym Lesie.
— Zamknij się… — warknęła pod nosem, zwracając uwagę Gołąbka.
— Mówiłaś coś?
— Nie, zajmij się lepiej tym przeżuwaniem i idź po coś do jedzenia.
“Na Wszechmatkę, czemu jak muszę mieć halucynację to z tą zadufaną córką Purchawki…” — nie czekając dłużej na kolejne objawy bagatelizowanej bezsenności, sięgnęła po parę nasion maku. Gdy tylko je przełknęła, wzięła jeszcze liść macierzanki.
“Obym już nie musiała z tobą mieć więcej kontaktu, Łzo.”
Sesja wstrzymana
Wyleczeni: Gołąbek, Mistral
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz