— Dobra. To słuchaj. Kiedyś była ciemność. Jak oko sięgnęło i widziało, nic. Jak w nocy. Dopóki niebo nie zaczęło się kruszyć i opadać na ziemię. Z odłamków czarnego nieba powstały koty. Koty czarne jak czarny był świat wokół. Z okruchów Srebrnej Skórki powstały koty białe, a opadający na ziemię księżyc zamienił się w koty srebrne. Tak przyszli na świat nasi potomkowie na samym, samym początku. Czarny i biały, dwa kolory, które górowały nad wszystkimi i zapoczątkowały wszystko wokół. One dały krew i futro swoim dzieciom, czarno-białym dzieciom, które poniosły ich wiarę i nadzieję na lepszy świat dalej. Ale nadal było ciemno. Nie długo już jednak! Spomiędzy szczelin na niebie wydobywa się światło, a z nimi spadły złote koty. To one są powodem, dla którego istnieje tyle kocich maści! Liliowa powstała ze słońca i kwiatów, niebieska z błękitów okalających poranek, a kremowe kolory wyszły z kłosów oblanych złotem. Potem powstały koty cynamonowe, zrodzone z żyznej gleby i na końcu… czekoladowe. Ich przodkowie wyszły z mułu i błota, ich sierść ubrudzona od samego początku i świadcząca o ich miejscu na świecie. — Zerknęła kątem oka na jej mamę, a Wełnianka poczuła ukłucie w swoim małym serduszku. — Urodziły się nieczyste, brudne i niegodne. Nie były ani silne, ani odważne. Urodziły się jako zdrajcy lub problemy. — Żabie Oko westchnęła cichutko. — Jak ci się podobało? Chcesz usłyszeć coś jeszcze, czy wolisz może, żebym przyniosła wam kulkę mchu do zabawy?
Młódka przez chwilę siedziała cichutko, nie mogąc wykrztusić z siebie ani słowa. Czy to dlatego wszyscy inni w Klanie Nocy tak patrzyli na jej matkę? Na Komara, Bzyczka i Pyzę? Bo oni… byli brudni? Nieczyści? To dlatego Siwa Czapla uważał, że Fląderka wypchała ich pyszczki błotem? Przecież to nie mogła być prawda! Żadne z nich nie było złe! Wszyscy byli mili i kochani! Zresztą… jaki to miało sens? Przecież ona pochodziła z tej samej rodziny, ze skalanej linii, a jej futro nie miało brązowej barwy. Jak to miało niby działać? Od czego to zależało?
Siedziała przed swoją rozmówczynią zupełnie skołowana, nie mogąc wydusić z siebie słowa. Tak właściwie to nawet nie próbowała, nie chciała tego zrobić. Czuła, jakby przez ten czas trwała w zawieszeniu, w jakimś ulotnym, a jednocześnie nieskończonym stanie. Został on przerwany przez głos starszej kocicy.
— No, więc? Przynieść ci coś? — spytała nieco ponaglającym tonem. Wełnianka mogła zauważyć, że końcówka jej ogona drgała ze zniecierpliwieniem. Pewnie chciała już wracać do swoich super-ważnych, wojowniczych obowiązków.
— Nie… To znaczy… — Koteczka zaczęła niepewnie, drapiąc w piasku nerwowo łapką. Cała radość i energia z niej uleciały, a ona poczuła się jak więdnący, smutny kwiatek. — Czemu? Czemu tak jest… Że ja… Ja tak nie wyglądam, a moja… — Zawiesiła na chwilę głos, usilnie starając się przypomnieć sobie brakujące słowa. — … Moja mama. Komar. Czemu oni są przeklęci?
Wełnianka na chwilę zamilkła, wpatrując się w swoją rozmówczynię wyczekująco swymi ciemnymi, koralikowymi ślepkami. Zanim Żabie Oko zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, na ponów zaczęła jednak mówić sama, wstając z ziemi i chodząc dookoła, zataczając małe kółka.
— No bo… Przecież to nie ma sensu! Mamusia jest super! A Komar, Komar to mój… braciszek, tak? Zresztą… inni też są fajni? Czy ja jestem… też brudna? Ja nie chcę taka być! — pisnęła poddenerwowana, kopiąc leżący przy jej łapie otoczak. Kamień potoczył się gdzieś, znikając z jej pola widzenia, a ona jedynie fuknęła, jeszcze bardziej się irytując. — Ale oni pewnie też nie chcą! Bo kto by chciał? — zapytała, ale odpowiedziała jej głucha cisza. Ona sama chyba nie oczekiwała na to pytanie żadnej odpowiedzi.
Spojrzała z powrotem w stronę srebrnej, mrugając. Starała się nie rozpłakać, chociaż w jej oczy były zaszklone. W pewnym momencie tama pękła, sprawiając, że koteczka padła na ziemię, chlipiąc.
— Wytłumacz mi to! — miauknęła zapłakana.
< Żabie Oko? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz