Przystosowałem się już do nowej rutyny dnia. Nowych godzin wstawania. Nowego miejsca spania. Do długiego wysiłku fizycznego. Niestety, nie do tego, że nikt nie traktuje mnie już jak kociaka i że nie wolno mi wszystkiego…
Siedziałem więc tak sobie, próbując całą siłą woli zregenerować moje obolałe łapki, gdy podeszła do mnie Psianka.
Otworzyłem szeroko oczy i nagle skoczyłem na nią, ale w taki sposób, że w ostatniej chwili zmieniłem kierunek lotu i wylądowałem tuż przed nią.
– No hejka – mruknąłem, przyglądając się uważnie uczennicy. – Oh, dziękuję, dzięki! Psianko. Trening idzie… usz! Mówię ci! Jak krew z nosa, no! Ta czekoladowa. Co nie? Każe mi biegać w tę i we w tę, przełazić przez rzekę, atakuje mnie znienacka, by przetestować mój refleks i nie dość, że mam treningi codziennie, choćby się waliło i paliło, to do tego jeszcze czasem po dwa razy dziennie! Jak dziś! Twierdzi, że to zwiększa objętość moich płuc i przystosowuje mięśnie do wysiłku. Co jest faktem. Ale I TAK! USZ! – warknąłem, wysuwając moje małe pazurki i machając nerwowo ogonem. – I to się nazywa NAUKĄ! A wiesz, jak ja to nazywam? To jest… TO JEST NAPAŚĆ! PRZEŚLADOWANIE! Ja się tak nie dam, mówię ci, Psianko! Trzeba walczyć z opresyjnym systemem!
Przechyliłem lekko główkę, słuchając, co ona miała do powiedzenia na temat swoich pierwszych treningów z Rohan.
– No… no dobra. Wiesz co? Ale ty to mądrze mówisz. Wusz! Żałuję, że nie wybrałem ścieżki zwiadowcy. Co z tego, że nie wlazłbym na żadne drzewo z takimi małymi łapkami… Przynajmniej nikt by mi nie kazał robić zapasów w błocie! – pokręciłem główką na boki.
Zapasy w błocie były jedną z ulubionych metod Jaśminowiec przekazywania mi wiedzy. Robiliśmy to regularnie, co kilka treningów. Początkowo nie cierpiałem błota i na kontakt z nim autentycznie traciłem cierpliwość i mózg mi wybuchał. Metaforycznie. Ale teraz, gdy zbyt długo nie mam z nim kontaktu, to wariuję. Chyba do wszystkiego można się przyzwyczaić…
…oprócz wody. Wszystkiego, oprócz wody. Jej nadal nienawidzę.
– Fajnie brzmią te twoje treningi. Tak… głęboko! Moje to głównie… tarzanie się w bagnie. Nie ma tu żadnego drugiego dna! Nie-e! No i dziś to jeszcze próbowałem polować na króliki. Już miałem go capnąć, ale… nie uwierzysz. Zamiast tego wpadłem w błoto. Dlaczego wszędzie jest to zawszone BŁOTO! AGH! Nieee podoba mi się to, Psianko.
Psianka uniosła lekko jedną brew i uśmiechnęła się ciepło.
– Wiesz, zawsze możesz porozmawiać z Jaśminowiec o metodach treningu…
– A CO JA NIBY ROBIĘ ZA KAŻDYM RAZEM?! – odskoczyłem lekko do tyłu na dźwięk mojego własnego głosu. – Mówię jej przecież, ale ona "NIEEE, MUSISZ TRENOWAĆ GRONOSTAJU, CHYBA NIE CHCESZ WYGLĄDAĆ JAK DZIDZIA, GDY PÓJDZIESZ NA PATROL Z PRAWDZIWYMI WOJOWNIKAMI." A WIESZ, CO JA SĄDZĘ O TYCH TWOICH PATROLACH?
– Co? – za nami rozległ się czyjś spokojny głos.
Prychnąłem głośno, cały się zjeżyłem i odskoczyłem do tyłu, wpadając prosto w krzaki, wijąc się niczym dżdżownica wyciągnięta spod ziemi.
Jaśminowiec podeszła do nas.
– Witaj, Psianko. Niestety, Gronostaj musi już iść na trening.
No to mam przechlapane…
***
Teraźniejszość…
I znowu Jaśminowiec powaliła mnie na glebę. Zanim zdążyła trwale przygwoździć mnie do podłoża, udało mi się spod niej wyturlać i przypaść do ziemi w pozie gotowej do skoku. Czekoladowa skoczyła na mnie ponownie, a ja zrobiłem ciężki przewrót w przód, po czym sam zaatakowałem.
Moimi głównymi atutami w walce były dwa czynniki - stale zwiększająca się masa mięśniowa oraz zdolność chłodnej oceny sytuacji. Rosłem - mimo wciąż młodego wieku - z zawrotną prędkością.
Jaśminowiec nie zawahała się jednak po niecelnym ataku, gdy jeszcze nie całkiem odzyskałem równowagę po przewrocie, skoczyła na mnie i…
– WUSZ! ZŁAŹ ZE MNIE! AGHHH! PRAWIE WYGRAŁEM! – warknąłem, próbując się uwolnić.
Kotka zamruczała z rozbawieniem.
– Właściwie, to… jeszcze dosyć dużo brakuje ci, by choćby być dla mnie równym przeciwnikiem. Ale jasne, jasne, robisz postępy.
Kotka zeszła ze mnie i się otrzepała.
– UGH! – mruknąłem i uderzyłem z całej siły głową w mech pod moimi łapami.
Auć. Zabolało. Dlatego nie podniosłem się przez dobre kilkanaście uderzeń serca.
Mentorka nie odwróciła się ode mnie, skierowała się w stronę obozu i zaczęła iść.
– Choć, Pustogłówku. Już jesteś za duży, więc nie mogę cię nosić za kark, jak kiedyś.
Skrzywiłem się.
Pustogłówek.
Od zgromadzenia nazywała mnie tak… dość spora część kotów. Zresztą, za moim przyzwoleniem, a nawet… sam ich nakłaniałem, by to robili. No… trochę mi się należało, nie ukrywam…
***
Wróciliśmy do obozu. Byłem cały brudny od ziemi i piasku, w których się tarzaliśmy. Błota chwilowo w okolicy brak, ale już niedługo… Poczekamy, aż spadnie deszcz…
Myślę, że walka idzie mi coraz lepiej. Jaśminowiec też tak twierdzi. To dobrze. Bardzo dobrze. Jeśli prawidłowo rozumuję, jest to jedna z najważniejszych umiejętności. Można dzięki niej sprzeciwiać się woli innych i perswadować własną, chroniąc siebie. Chociaż nie wiem, jak to do końca działa. Właściwie, to… nigdy jeszcze nie widziałem walczących kotów tak na poważnie. Nie wiem, czemu tego nie robią, skoro to daje tyle możliwości…
Zauważyłem nieopodal Psiankę, chyba kierującą się w stronę stosu ze zwierzyną. Nie zważając na niedopuszczalny stan mojego futra… i całej reszty ciała, pognałem w jego stronę, chwyciłem pierwszą lepszą zdobycz i rzuciłem ją pod nogi kotki.
– PSIANKO! Psianko, hejka.
Kotka zatrzymała się, mierząc uważnym spojrzeniem mysz, którą jej przyniosłem.
– O, witaj, Gronostaju. Dziękuję za mysz. To miło z twojej strony.
Dobrze, że Pora Nagich Drzew się skończyła. Wreszcie możemy jeść normalnie… Nie ukrywam, że zauważyłem również u siebie dość znaczny spadek wagi przez ten czas, dlatego wszystkie następne pory zamierzam spędzić, jedząc do oporu.
– Fajnie, że już zwiadowcą jesteś – zagadnąłem. – Niefajnie, że się starzejesz. Ale I TAK GRATULACJE! Ja to też się nie mogę doczekać swojej ceremonii. – Zamachałem ogonem.
Usiadłem przed nią i zacząłem sobie wylizywać futerko.
– Co ty właściwie robisz, jak nie trenujesz? Da się tak w ogóle żyć? Ja nie wiem, jak. Ja to nie chcę być wojownikiem. Ledwo co ogarnąłem, jak być uczniem. To za szybko, wszystko za szybko. – Zmarszczyłem brwi. – USZ! Nie ważne! Wiesz, co jest ważne? Jedzonko.
Chwyciłem ze stosu drugą mysz, za którą zabrałem się sam.
[1075 słów]
<Psianko???>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz