– Przestań wreszcie wszędzie za mną łazić!!! Co jest z tobą NIE TAK?!
Wzdrygnąłem się. Po raz pierwszy w ciągu naszej rozmowy spojrzałem na niego.
Nie zatrzymałem go, gdy odchodził.
***
Gdybym miał opisać jednym słowem, co działo się od czasu mojego ostatniego patrolu ze Świergotkiem, powiedziałbym - niezręczność.
Poprzednim razem dość jasno zakomunikował mi, że zawsze mogę po prostu podejść do niego i porozmawiać o czymkolwiek. Jak to robią niemal wszyscy. Czy ja również podążyłem za tym powszechnym trendem? Nie. Oczywiście, że nie. Zamiast tego postąpiłem jak zwykle.
Całą moją energię skupiłem na jednej czynności - chodzeniu na patrole. Wszystkie. Udawało mi się dostawać na każdy, wyjaśniając to tym, że jestem wybitnym myśliwym o oku niczym jastrząb… albo sokół…? Jak i tym, że jeszcze nie mam ucznia, co owocuje dużą ilością niezagospodarowanego czasu w stosunku do innych zwiadowców. Nie robiłem już prawie nic innego, opuszczałem moje rutynowe treningi i inne zadania zwiadowcy. Dlaczego? Bo te patrole to jedyne działanie, które w jakiś sposób sprawiło, że udało mi się z rudym kocurem porozmawiać. Liczyłem, że samoistnie nastąpi to ponownie, bez potrzeby zagadywania do niego… ale to już się nie powtórzyło. Więc najczęściej po prostu… szedłem za nim lub przed nim. Czekałem. Zignorowałem zupełnie wszystkie inne znaki na niebie i ziemi, mówiące mi wówczas - co zrozumiałem dopiero teraz - że… być może zachowuję się tak nielogicznie i przytłaczająco, jak jeszcze nigdy dotąd.
Logiczne więc, że Świergotek w końcu się zdenerwował.
Ugh.
No dobra, wściekł się.
W końcu, jakby nie patrzeć… chodziłem za nim cały czas. I gapiłem się w dość mało subtelny sposób. Nie wiem dlaczego. Nie wiem, co się dzieje… Najgorsze, że inni również zaczęli to zauważać, nie tylko rudy… i to chyba musiał być jeden z głównych czynników, które do tego wybuchu doprowadziły…
Tego dnia, chwilę wcześniej…
Wróciłem właśnie z kolejnego patrolu. Poranne słońce świeciło mi dość nieprzyjemnie w oczy ostrym blaskiem. W nozdrzach wyczuwałem drażniący zapach kurzu i suchej ziemi, której ziarenka wdarły mi się do nosa. Drobinki roślin, liści i mchu pokrywały moje futro - nie miałem czasu dokładnie wylizać się od jakiegoś czasu. Mimo nadejścia wiosny, wszystko wokół wydawało mi się zbyt intensywne, oślepiające, głośne i nieprzyjemne…
Nie spotkałem dziś Świergotka.
W ostatnich dniach wyrobiłem sobie nawyk chodzenia jak najwolniej, by być w stanie wypatrzeć jak najwięcej szczegółów… a przede wszystkim charakterystyczne futro rudego. I tym razem udało mi się go dostrzec, a nawet złapać kontakt wzrokowy. Jednak, zamiast machnąć mi ogonem, jak to robił dotychczas już cztery razy lub chociaż kiwnąć (co zrobił aż sześć razy), on… zmarszczył brwi i ruszył w przeciwnym kierunku.
Huh.
To był jeden z pierwszych sygnałów, że coś było nie tak. Że coś mi nie wyszło. Tylko co?
Ruszyłem niepewnie jego śladem, ostrożnie stawiając łapy na płowym piasku, czując, jak zaciska mi się gardło. W moje skronie uderzyła fala gorąca, przelewająca się przez zatoki do gardła, cofająca się przez piekące mnie teraz gałki oczne.
Wstyd. Wstyd. Tylko dlaczego?
Gdy byłem już kilka kroków za nim, on nagle odwrócił się do mnie.
– O co ci chodzi? – wycedził, mierząc mnie chłodnym spojrzeniem niebieskich oczu.
Zatrzymałem się wpół kroku. Potrząsnąłem lekko głową. Nagle wszystko zaczęło mnie swędzieć…
– Uh… Jak to “o co”…? Po prostu… szedłem sobie… – zacząłem, przyciskając barki bliżej do siebie, spoglądając nieco w bok.
– Weź! – przerwał mi. – Dobrze wiem, że nie. Non stop za mną chodzisz, gapisz się, czuję się, jakbyś mnie śledził! Już naprawdę straciłem do tego cierpliwość!
Przełknąłem ciężko, drapiąc jedną łapę drugą.
– Uh. Ja… ja cię nie śledzę przecież… To… to by było dziwne… Po prostu… no, za kim innym mam chodzić…? Znaczy… znaczy, tak chodzę po prostu, a ty jesteś jednym z możliwych kotów, za którymi mogę podążać, akurat… akurat tak się trafiło, że… zrobiłem to kilka razy pod rząd… Statystycznie jest to całkowicie możliwe…
Ugh.
Było już za późno. Wpadłem. Udawanie nieświadomego jest już chyba moim ostatnim bastionem… Z reguły to działa, nikt się nie złości, gdy widzi, że rozmawia z tą wersją mnie, rzuca tylko coś w stylu “szkoda gadać” i…
Świergotek zrobił kilka kroków w moją stronę. Poczułem, jakby żebra zacisnęły się żelaznym uchwytem na moich płucach niczym ptasie szpony na przejrzałej śliwce. Spojrzał prosto na mnie.
– Nie wiem, co ci siedzi w głowie, Borowiku. Nie wiem, co sobie myślałeś. Ale chcę, żebyś wiedział, że nie podoba mi się twoje zachowanie. Jest dziwne i… niepokojące. – powiedział stanowczo, a po chwili wahania dodał. – Nie tylko… nie tylko dla mnie, okej? Więc… albo mi powiesz, o co chodzi, albo po prostu się ode mnie odczep, jasne? Nie mam siły na jakieś twoje… podchody.
Kocur patrzył na mnie, domagając się odpowiedzi.
Czułem, jak przyspiesza mi serce, a grunt osuwa się spod łap.
Wahałem się.
Miałem dwie opcje - skłamać i dalej skupiać się na uwydatnianiu mojej naiwnej strony w dialogu albo powiedzieć prawdę… Tylko co ja miałem powiedzieć, gdy jej nie znałem? Nie znam powodu mojego zachowania, które… najwyraźniej kogoś zraniło. Uprzedziło do mnie. Nie rozumiem moich własnych motywacji.
Zamrugałem.
– Ja… – zacząłem, rozglądając się dookoła, czując suchość w gardle. – Nie, nie, ja nie… nie nazwałbym tego podchodami, raczej… uh… zbiegiem okoliczności, chyba że ty wziąłeś to za celowe działanie, ale to… to nie do końca tak, chyba że coś źle zrozumiałem, nie wiem do końca… znaczy… twój komunikat nie był… wystarczająco klarowny i… –
***
No i koniec. To by było na tyle.
Nie mam pojęcia, co się tu stało. Co kierowało mną przez ten cały czas. A teraz Świergotek jest smutny... Nie tego chciałem. Nie wiem, czego chciałem, ale na pewno nie tego.
Czułem, jakby żebra przebijały mi się przez płuca, dźgając nieprzyjemnie mój brzuszek. Jakby moje organy wypłynęły z wnętrza przez zatoki i otoczyły mnie niczym pancerz.
Z reguły niczego nie rozumiem, ale teraz jest to nawet mniej niż nic…
Już po ptakach. Więc chyba czas na ryby.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz