Złamana Łapa obudził się pewnego ranka, a bardziej obudziła go Morświniowa Płetwa. Jego mentorka.— Złamana Łapo, idziemy na trening. Nauczysz się dzisiaj aż trzech rzeczy! — mruknęła radośnie liliowa kotka, a czarny uczeń powoli wstał z legowiska i otrząsnął się z mchu. Morświn wyszła już z legowiska uczniów i czekała przy wejściu do obozowiska. Złamana Łapa niezgrabnie do niej podreptał, prawie wywalając się na pysk przed swoją mentorką.
— Uważaj! Złamana Łapo, naprawdę kiedyś będziesz złamany… Ah i zapomniałam powiedzieć, zaprosiłam Cichą Łapę na nasz trening. Wyglądał na dość samotnego. — mruknęła liliowa mentorka do kocura. Ten nic nie odpowiedział i po prostu powolnymi krokami do niej doszedł. Nie obchodziło go to, co ma ona w sumie do powiedzenia. Jedyne co chciał to się czegoś nauczyć i mieć spokój resztę dnia. Gdy Cicha Łapa do nich podszedł, Złamanek zauważył jego podobieństwo do Morświniowej Płetwy i się skrzywił na samą myśl. Dwa liliowe koty to już za wiele dla niego. Cicho westchnął, po czym się odezwał z grymasem. — Czy możemy już wyruszać? Nie chcę mi się tu stać cały dzień. — Burknął, a jego mentorka i drugi liliowy kot wyruszyli pierwsi.
***
— Okej! W takim razie zaczniemy od wspinaczki na drzewa! Te wszystkie drzewa, które widzicie na naszych terenach, służą nam podczas walk, polowań albo obserwacji… albo wypoczynku…? No nieważne! Najpierw musicie wysunąć pazury i zrobić dokładnie to, co ja, więc patrzcie uważnie. — Miauknęła Morświniowa Płetwa i jednym zgrabnym ruchem znalazła się na drzewie, wbijając w nie swoje pazury i powoli z gracją skacząc do góry. Czarny kocur spojrzał na liliowego, siedział on cicho i mu nie gadał nad uchem, więc jego obecność mu nie przeszkadzała. Jest najwidoczniej podobnym niemową jak Złamanek. Gdy liliowa zakończyła swą prezentację, Cicha Łapa wskoczył na drzewo, za pierwszym razem upadł na ziemię z hukiem, a za kolejnym już mu wychodziło to idealnie!
— Zlamana Łapo, twoja kolej! — Mruknęła jego mentorka, a ten powtórzył kroki i wyczyny Morświniowej Płetwy. Kotka skinęła łbem i powiedziała Złamanej Łapie, aby spróbował jeszcze raz. Czarny kocurek zeskoczył z drzewa i nagle poczuł piekący ból w łapie. Podniósł łapę, a na posadzkę zaczęły kapać burgundowe krople krwi. Liliowe koty zamarły, po czym jednak Morświn się odezwała — Złamana Łapo! Co się stało?! — Mruknęła spanikowana mentorka.
— Nic mi nie jest. Możemy kontynuować trening. — Burknął Złamana Łapa, mimo iż czuł żar w łapie przez to zielone ostre coś… Postanowił, że sam się tym zajmie i próbował wyrwać to coś z łapy zębami, ale każda próba kończyła się coraz większym bólem i większą kałużą krwi. Co prawda miał jeszcze jeden odłamek szkła w łapie, ale on skupił się tylko na tym największym.
— Złamana Łapo lepiej to zostaw! Przerywamy trening, idziemy do medyczki. — Mruknęła mentorka, a czarny kocur po prostu stanął i się po nich rozejrzał. W końcu uległ i podniósł łapę do góry, po czym zaczął się kierować z nimi do legowiska medyczki.
***
Gdy trójka kotów dotarła do obozowiska Cicha Łapa odszedł gdzieś w kąt, a Złamana Łapa wraz z Morświniową Płetwą udali się do lecznicy. Do nozdrza obu kotów dotarł słodki zapach zmieszany z ziołami.
— Już idź Morświniowa Płetwo, poradzę sobie. Nie jestem kociakiem. — Burknął Złamana Łapa, a jego mentorka odeszła gdzieś tam… — Dzień Dobry Jagnięcy Ukłonie i Aldrowandowa Łapo. Podczas treningu wbiło mi się coś… w łapę. Mogłybyście mi… Ehm… no wiecie… pomóc? — Mruknął zawstydzony tym, że musi prosić kogoś o pomoc. Medyczka i jej uczennica skinęła głową i zabrały się do pracy.
— Aldrowandowa Łapo! Wyjmij mu proszę szkło z łapy, ja w tym czasie przygotuję mieszankę z ziół! — mruknęła ruda uzdrowicielka, a jej uczennica zaprowadziła Złamaną Łapę na jedno wolne legowisko i zaczęła powoli i ostrożnie wyjmować mu szkło. Czarny kocur skrzywił pysk, a jego poduszki w lewej łapie zaczęły „pulsować”. Jagnięcy Ukłon nałożyla na łapę kocura opatrunek ziołowy z trybuli, skrzypu a na koniec owinęła wszystko pajęczyną.
— Gotowe! Staraj się nie stawać na razie na tej łapie i nie używać jej. Przyjdź do mnie za dwa dni, jeśli wszystko będzie dobrze, będziesz mógł kontynuować treningi! — Mruknęła medyczka, na co Złamana Łapa tylko skinął łbem i wyszedł w ciszy, kulejąc na przednią łapę. Nagle do jego ucha dobiegło wołanie. Niby jakiś znajomy głos, ale coś jednak nie świtało. Złamana Łapa się odwrócił i ujrzał Cichą Lapę, który definitywnie czegoś od niego chciał.
— Złamana Łapo? Jak twoja łapa? Wszystko w porządku? — Mruknął cicho liliowy.
— A my się przyjaźnimy? Znaczy… No dziwne pytanie. Nic mi nie jest, nie udawaj matki Teresy. — Czarny kocur usiadł przed nim i razem z zaleceniami medyczek nie kładł łapy płasko na ziemi.
— No okej… W takim razie to eh…? Może, gdy wyzdrowiejesz, pójdziemy razem otwierać kraby? Jest to… Dosyć łatwe! Albo coś zjemy? Teraz albo potem…? — Zaproponował liliowy kocurek, na co Złamana Łapa przewrócił tylko oczami — Wy to byście tylko jeść wszyscy chodzili. — Pół żartem pół serio mu odpowiedział. Jednak zgodził się na zjedzenie czegoś teraz, bo poranny trening i wizyta u medyczki sprawiła, że zgłodniał. Podeszli razem do stosu ze zwierzyną i Złamana Łapa wybrał przyzwoitej wielkości mysz, nie za bardzo go obchodziło, co wziął do jedzenia liliowy kocur.
— Jak zjemy, to chcesz się przejść? Pokażę ci jak otwierać kraby — zaproponował liliowy, a czarny kocur wzruszył ramionami, lecz po chwili uległ i się zgodził. Nie będzie przecież siedzieć całymi dniami w obozie. Gdy obydwoje ukończyli swoje posiłki, Cicha Łapa wstał, po czym Złamana Łapa również zrobił to samo i obydwoje zaczęli dreptać nad rzekę, w której były kraby.
— Złamana Łapo, czemu wyszedłeś taki zawstydzony od medyczek? Coś ci zrobiły albo powiedziały nie tak? — Zapytał nagle Cicha Łapa, na co wyższy kocur syknął pod nosem.
— Nie, ale nienawidzę, gdy ktoś się nade mną trzęsie i majaczy o tym, czego to ja sobie nie zrobiłem! Można dostać przy tym do głowy. — Odpowiedział mu Złamana Łapa, na co Cicha Łapa tylko kiwnął łbem. Po niedługiej podróży dotarli, a liliowy od razu dorwał kraba, którego szybkim cięciem pazura otworzył. Zadowolony uczeń z siebie odwrócił się do kolegi.
— Nie ciesz się tak, każdemu może się to udać! Mnie pewnie też. — Mruknął i podszedł do wody, po czym wyciągnął z niej kraba. Powtórzył ruchy Cichej Łapy i otworzył kraba.
— Panowie! Wybaczcie, że przeszkadzam w randce, ale Złamana Łapa raczej nie powinien był opuszczać obozowiska na czas kurowania łapy! — Mruknęła donośnie — Serdeczna Naparstnica mi powiedział, że widział waszą dwójkę opuszczających obóz, a ja nie mogłam stanąć obojętnym! — Dodała Morświniowa Płetwa, machając nerwowo ogonem. Mimo wszystko przyjrzała się krabom i uśmiechnęła się do uczniów.
— Wy to zrobiliście? Świetna robota, skoro już tu jestem, to może obydwoje mi pokażecie, jak to robicie? — Zapytała, a uczniowie ponownie wzięli i otworzyli po jednym krabie. Zadowolona z nich mentorka skinęła łbem, ale mimo wszystko postanowiła, że zabierze ich do obozu na poważną pogawędkę o tym, że uczniowie nie powinni wychodzić sami z obozowiska. Tym Bardziej, gdy mają skaleczone części ciała! Cała trójka dotarła już do obozu. Wojowniczka wysłała Cichą Łapę do zajęcia się starszyzną, a czarnemu kocurowi urządziła niezłą pogawędkę. — Złamana Łapo! Jagnięcy Ukłon chyba zabroniła Ci nadużywać tej łapy, a ty chodzisz na tej łapie jakby nigdy nic! Jeszcze wychodzisz z obozu, a nie daj Klanie Gwiazdy, coś by Ci się stało! — Warknęła nerwowo jego mentorka, na co ten tylko wygrzebał coś w ziemi i odszedł do swojego legowiska. Kompletnie nie rozumiał, dlaczego jego mentorka robi mu takie problemy o wyjście na spacer! No ale cóż. Co zrobi? Jest uczniem, więc praw ma mało.
— I co ja mam tu niby robić? Głupie stare zapchlone babsko! I co? Mam tu siedzieć przez księżyce? Ja jej pokaże, że nic mi nie jest. — Po tych słowach ułożył swoje posłanie i poszedł spać.
***
Nastał już ranek, kocur się obudził i wychylił łeb za legowisko uczniów. Rozejrzał się czy na pewno w okolicy nie ma żadnego wojownika, który mógłby przypadkiem naskarżyć do tej okropnej mentorki. Wyszedł po cichu z nory uczniów i czmychnął do wyjścia z obozu, jeszcze raz oglądając się za siebie, czy na pewno nikogo nie ma. Pognał do terenów treningowych, gdzie dzień wcześniej trenował wspinaczkę na drzewie i otwieranie krabów. Ujrzał wielką dużą sosnę i wysunął pazury. Przecież to była idealna okazja do treningu bez żadnych przeszkód i rozmów obok! Nikogo oprócz niego! Wskoczył na drzewo i szybkimi ruchami znalazł się na grubej gałęzi z jakimś opuszczonym ptasim gniazdem. Pachniało jak truchło, więc po prostu je zrzucił na ziemię. Zeskoczył z drzewa, a raczej zsunął się po nim na pazurach, zrywając z niego kawałki kory. Gdy znalazł się na posadzce, zobaczył zioła wraz z pajęczyną, zaplątane w kawałek kory na drzewie. Nie za bardzo się tym przejmował, więc postanowił kontynuować samotną edukację.
— Chcę już umieć posługiwać się tunelami… Poczekam raczej z tym na Morświniową Płetwę. Nie chciałbym się zgubić. — Mruknął i poszedł w to samo miejsce, gdzie otwierał kraby wraz z liliowym uczniem. Gdy tam dotarł, zobaczył masę brudu z ziół na swej łapie. Postanowił, że wytrze to w trawę i wyłowił kraba z wody. Wysunął znowu pazury i go otworzył. Nie tak samo idealnie, jak wczorajszego popołudnia, lecz wciąż dobrze mu szło. Gdy widział, że słońce już powoli sięga zenitu, ziewnął i poczuł, jak jego pusty brzuch się odzywa. Zaczął zawracać już do obozowiska, aby zjeść i odpocząć i udawać przed każdym, że tak naprawdę cały ten czas spędził w legowisku, nudząc się lub śpiąc.
[1526 słów + wspinaczka na drzewa + otwieranie krabów]
wyleczeni: Złamana Łapa
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz