Przeszłość
— Głowa mnie boli… Masz coś może na to? — zapytał niepewnie.
Gąbka zerknęła na zioła, które chwilę temu sortowała i na liść nałożyła kilka nasion maku. Podała mu je bez słowa.
— Mak, często zbierałem go ze Stroczkową Nadzieją… — powiedział ze słabym uśmiechem, po czym zlizał z liścia lek.
— Chcesz we mnie wywołać jakiś dziwny żal? — powiedziała kotka, nastroszając lekko futro. Jednak po chwili wygładziło się ono, a na jej pyszczku zagościło zastanowienie. — Poza tym… Nie wiedziałam, że interesuje się zielarstwem…
— Tak, bardzo. Chciał zostać medykiem w Świetlikach. — Jego ton ściszył się lekko. Spojrzał na medyczkę wyczekująco.
Wtem Gąbczasta Perła ponownie przybrała twardy wyraz pyska, a po wcześniejszym zastanowieniu nie pozostał już nawet ślad. Niezbyt wiedziała, czym są Świetliki ani o czym właściwie mówił Szczawiowe Serce — teraz nazywany już Błotem. No tak. W końcu był kotem o brzydkim, brązowym futrze, które aż nazbyt przypominało lepkie, zdradliwe błoto. W ogóle nie powinno go tu być. Nie przynosił Nocniakom żadnych korzyści, a jeśli już, to tylko szkodził Gąbczastej Perle. Cały czas chodziła przez niego na paluszkach, obawiając się, że pewnego dnia jej romans z czekoladowym kocurem wyjdzie na jaw.
— W Klanie Nocy nie ma dla niego miejsca na posadzie medyka — stwierdziła chłodno, po czym zmierzyła Szczawika wzrokiem pełnym gniewu i żalu. — Tak trudno było usiedzieć na tyłku? Nie rozumiem, po co ty w ogóle tutaj przylazłeś. Dobrze wiesz, że ze swoim czekoladowym futrem daleko nie zajdziesz — prychnęła, mrużąc oczy.
— Nie chciałem tu przyjść. Przyprowadzono nas tu wbrew naszej woli. Nawet nie wiem, co stało się z resztą grupy, poza tym okłamano was, jak i inne klany… Nie uciekliśmy bez powodu, nie byliśmy agresywni. A przedstawiono nas jak zdrajców, agresorów… — Kocur spojrzał na swoje łapy. — Nigdy nie chcieliśmy trafić do Klanu Nocy. Ani odejść z Klanu Wilka. Ale nie mieliśmy innego wyjścia. W dodatku ty zmieniłaś się, strasznie… Nienawidzisz mnie, a przecież tak bardzo mnie kochałaś… Tylko przez to, że mam to przeklęte czekoladowe futro…
Medyczka zmarszczyła brwi, coraz bardziej zirytowana gadaniem więźnia. Gdy tylko wspomniał o miłości, pazury same wysunęły jej się z łap, a futro na karku ponownie się najeżyło.
— Zamknij się! — warknęła, obnażając kły. Serce zabiło jej szybciej, bardziej z nerwów niż ze złości. Miała nadzieję, że nikt nie usłyszał słów Błota. — Gdybyście nie zbliżyli się do terenów Klanu Nocy, wcale nie zostalibyście do niego zabrani! To wszystko twoja wina, brudny czekocie! — oburzyła się, smagając powietrze ogonem. — To ty sprowadziłeś na siebie i Stroczka te wszystkie problemy! Gdybyś po prostu trzymał się z daleka, nic z tego by się nie wydarzyło!
Kocur patrzył na nią zdziwiony, a jego futro również, jak i jej, stanęło dęba.
— I ty naprawdę tylko przez to teraz udajesz, że mnie nie znasz? Przez moje futro? Gdyby nie ono nadal coś byś do mnie czuła...? — Spojrzał na moment na swoją łatkę w kształcie serca. — Gdyby nie to, kochałabyś mnie nadal...? — wyszeptał.
Dymna miała coraz większą ochotę przeorać mu pazurami po tym głupim, nieczystym pysku, lecz mimo wszystko się od tego powstrzymywała. Nie wiedziała, czy to dlatego, że może wciąż żywiła do niego coś innego niż nienawiść, czy dlatego, że medyczce nie wypadało.
— Nic nie rozumiesz! — warknęła w końcu, gdy Błoto skończył mówić. Przez moment wpatrywała się w jego pysk, aż w końcu postanowiła podejść bliżej i ściszyć głos, na wypadek, gdyby ktoś miał ich podsłuchiwać. — Nie wiesz, co by się stało, gdyby ktokolwiek dowiedział się, że kiedyś… — urwała, gdyż następne słowa nie chciały jej przejść przez gardło. — To byłby mój koniec! Koniec, rozumiesz? — dodała, a jej oczy zaszły łzami.
Nie, nie mogła się tak rozklejać… Odeszła od niego na kilka długości wąsów, po czym stanęła do niego tyłem i przetarła ślepia łapą.
Kocur spojrzał na nią zmartwiony. Chwilę tak siedział, niepewny, czy powinien do niej podejść. Jednak zdecydował się zaryzykować. Powoli zbliżył się do kotki, siadając obok.
— Myślę, że to okrutne oceniać kogoś po jego pochodzeniu, czy też kolorze futra. To coś, na co nawet nie mamy wpływu. Realnie mówiąc, nic nie zmienia fakt, że mam czekoladowe futro. Zmienia to jedynie mój wygląd. Chyba nigdy nie próbowałem ci zrobić nic złego z tego powodu, nieprawdaż? Czy kiedykolwiek czekoladowy kot skrzywdził cię? Lub czy gdyby zrobił to inny kot, wybaczyłabyś mu, ale mi nie? Po prostu… Nie potrafię tego zrozumieć… Ja tęskniłem za tobą, strasznie. Każdego wieczoru Stroczek mówił, że chciałby zobaczyć cię i swoją siostrę… Nie wiedziałem, co mu powiedzieć. Bo nie miałem odpowiedzi na to, czy będzie mu to dane. Gdybym miał wtedy wybór zatrzymałbym cię ze sobą w Klanie Wilka, ale… Tam nie było bezpiecznie. I nigdy nie będzie. Dlatego musieliśmy odejść.
Gąbczasta Perła przewróciła oczami z frustracji, choć w rzeczywistości czuła ogromny ucisk na klatce piersiowej. Zwróciła się w stronę Błota, który do niej podszedł, obserwując go przez kilka uderzeń serca. Targały nią naprawdę mieszane emocje. Z jednej strony tęskniła za chwilami spędzonymi w jego towarzystwie w Klanie Wilka, a z drugiej wiedziała, że one nigdy nie mogłyby zaistnieć w Klanie Nocy.
— Powiedz to Mandarynkowej Gwieździe i reszcie rodu… — westchnęła, po czym odwróciła wzrok od czekoladowego. — Nie życzę ci źle, Szczawiku. Chciałabym, byś był szczęśliwy, ale… nie tutaj. Nie możemy być blisko. Nie możemy ze sobą rozmawiać. Nie jesteś dla mnie nikim więcej, jak zwykłym więźniem o brązowym kolorze futra — oznajmiła, chowając pazury. — Proszę cię, odejdź… Zanim ściągniesz problemy zarówno na siebie, jak i na mnie.
Czekoladowy przez chwilę patrzył na nią.
— A czy ty naprawdę tego chcesz? Żebym odszedł? Tego właśnie pragniesz...?
Gąbka nie mogła już znieść tej interakcji. Nie chciała teraz o tym wszystkim myśleć. Żyło jej się w miarę spokojnie. Dobrze. Póki Szczawik nie postanowił tego wszystkiego zburzyć.
— Nikogo w tym klanie nie interesuje to, czego ja chcę — stwierdziła, marszcząc brwi. — Ważne jest, bym przestrzegała Kodeksu Medyka i nie miała partnera. A tym bardziej nie takiego o czekoladowym futrze. W tym momencie najbardziej pragnę żyć, dlatego nie zamierzam się wychylać.
— Ale mnie interesuje. Chciałbym, żebyś… Żebyś była szczęśliwa. Tak jak wtedy, te księżyce temu. Żebyśmy ty, ja, Stroczek i Łza znów mogli być rodziną…
Medyczka westchnęła ciężko. Nie mogła uwierzyć w to, że niegdyś go kochała. Rozmowa z nim była jak rozmowa ze ścianą legowiska.
— Czego nie rozumiesz, Szczawiku? Tamte księżyce już minęły. Nie jestem już głupią, młodą kotką, która wylądowała w Klanie Wilka na szkoleniu. Teraz jestem medyczką w Klanie Nocy. Mam obowiązki, pracę do wykonania, pacjentów do wyleczenia. Nie mogę już bawić się w zakochaną po uszy. Dlatego proszę cię, byś wreszcie sobie odpuścił, bo tamte czasy już nie wrócą. Nie mogą wrócić.
Kocur spojrzał teraz na ziemię. Skinął głową, po czym wstał powoli.
— Dobrze. Przepraszam, że zabrałem ci niepotrzebnie czas — odpowiedział jej jedynie cicho, po czym ruszył w stronę wyjścia do czekającego na niego wojownika, który miał odprowadzić go do wysepki.
* * *
Przynajmniej nie urodziły jej się żadne czekoladowe szkarady, przez co dymna mogła być pewna, że nikt nie będzie jej ani jej kociąt zaczepiał. Niestety, w żłobku ostatnio zrobiło się całkiem sporo czekoladowych kociaków, co Gąbkę niepokoiło. Już dawno zapowiadała wszystkim, że kiedyś wreszcie narodzi się taki czekot, który zgładzi ich wszystkich, a oni z każdym kolejnym pokoleniem byli coraz bliżej spełnienia tej ponurej przepowiedni. Mysiomózga Łapa o mało nie sprowadziła na nich zagłady, przynosząc do azylu borsucze szczenię. Mimo iż czekoladowa szylkretka już nie żyła, Gąbczasta Perła wiedziała, że tragedia, którą wywołała, była jedynie rozgrzewką. Medyczka mogła tylko zastanawiać się, które z kociąt będzie najgorsze. Pyza, Bzyczek, a może Komar? Ten ostatni wydawał się szczególnie niebezpieczny. Gąbka za każdym razem, gdy znajdowała się w jego obecności, czuła straszny niepokój. Kocurek mało co mówił i głównie wpatrywał się w nicość swoimi wielkimi, przerażającymi ślepiami.
Czarnofutra potrząsnęła głową, chcąc na razie odciągnąć od siebie te myśli. Jeszcze miała czas. Jeszcze mogła wymyślić, jak pozbyć się tej czekoladowej zarazy z Klanu Nocy i tym samym uratować go od zagłady. Na razie musiała jednak skupić się na Sennej Łzie i jej kociętach. Chciała być w końcu dobrą babcią. Najlepszą!
Gdy tak o tym myślała, do głowy przyszedł jej jeszcze jeden pomysł, który sprawił, że żołądek wywrócił jej się do góry nogami. Co, jeśli Łezkę spotkał ten sam los co Świteziankowe Jezioro? Co, jeśli jakiś samotnik skrzywdził ją wbrew jej woli? Gąbczastej Perle zebrało się na wymioty na samą tę myśl. To już wolałaby, żeby jej córka zdradziła klan, niż żeby posiadała Fiołka i Jasność bez uprzedniego wyrażenia zgody na zajście w ciążę!
Dymna postanowiła nie zgadywać. Jej córeczka dotąd nie chciała zdradzić jej, kto był ojcem, lecz tym razem Gąbka nie zamierzała odpuścić. Musiała się dowiedzieć, czy te kocięta na pewno były chciane! W końcu kto wie. Jeśli Senna Łza naprawdę ich nie kochała, to w końcu mogło jej odbić, a tym kociętom mogła stać się krzywda. Wszyscy zbyt dobrze wiedzieli, jak może zachowywać się zdesperowana matka, tym bardziej po ostatnich wydarzeniach, kiedy to szylkretowa kocica zagryzła połowę swoich młodych. Co prawda była ona czekoladowa, a Senna Łza raczej nie zniżyłaby się do jej poziomu, ale Gąbka wolała być ubezpieczona. W końcu Fiołek i Jasność zapowiadały się na naprawdę obiecujące wojowniczki!
Medyczka w końcu opuściła lecznicę i wsadziła łeb do żłobka, wyszukując wzrokiem znajomych, żółtych oczu. Nim jednak je odnalazła, złapała kontakt wzrokowy z Komarem, który niemal wyżerał jej duszę spojrzeniem. Czarnofutra wzdrygnęła się na jego widok i szybko go zignorowała, następnie podchodząc do swojej córki.
— Hej, Łezko. Jak sobie radzisz? — mruknęła cicho, siadając obok karmicielki. Miała wrażenie, że zaraz zjawi się tu bura wojowniczka, która niemal chodziła przyklejona do Gąbki.
Szylkretka przeniosła wzrok ze swoich śpiących kociąt na medyczkę, a na jej pysku zagościł ciepły uśmiech.
— Bardzo dobrze. Wszystko jest tak, jak powinno być — oznajmiła, na co dymna poczuła ciepło na sercu.
Senna Łza naprawdę była dla niej jak córka, mimo iż Klan Nocy nie uznawał jej za członkinię rodu. Zwykle adoptowane potomstwo przynależało do królewskiej rodziny, ale tym razem nie mogło tak być. Gąbczasta Perła nie mogła mieć w końcu kociąt, nawet tych przybranych, więc gdyby szylkretka naprawdę miała zostać księżniczką, byłoby to równoznaczne z tym że Gąbka złamała Kodeks Medyka.
— No, a skoro… skoro twoje kocięta śpią, to może przejdziesz się ze mną na spacer? Myślę, że sobie poradzą. Tym bardziej że będzie ich pilnował Złocisty Widlik — mruknęła, kątem oka spoglądając na kremowego kocura.
Młodsza wahała się przez moment, lecz ostatecznie skinęła głową.
— Dobrze… Chcesz o czymś porozmawiać? — spytała Senna Łza, domyślając się już, że coś się święci.
Gąbka jedynie się uśmiechnęła, nie odpowiadając jej na pytanie. Zamiast tego podniosła się z miejsca i powolnym krokiem ruszyła do wyjścia ze żłobka.
Wraz z córką przekroczyły rzekę i zaczęły przemierzać tereny Klanu Nocy bez większego celu. Szły w ciszy, lecz atmosfera między nimi stawała się coraz bardziej napięta. Jakby już się ze sobą kłóciły, nawet jeśli żadna z nich jeszcze nie odezwała się słowem.
— Więc… co chciałaś mi powiedzieć? Miejmy to już za sobą, mamo. Boję się, że kociaki się obudzą i Widlik będzie musiał im tłumaczyć, że mama ich zostawiła… — westchnęła szylkretka, poruszając smutno wibrysami.
Gąbka cały czas zastanawiała się nad tym, jak powinna ugryźć temat tego, kto jest ojcem. Przecież już wcześniej próbowała do tego dociec, lecz każda próba kończyła się fiaskiem. Dlaczego tym razem miałoby być inaczej?
— Łezko, chodzi o to, że… bardzo się o ciebie martwię. O ciebie i o Fiołka oraz Jasność. Fakt, że nie wiem, kto jest ojcem, nie daje mi spokoju. Musisz mi powiedzieć, kto nim jest. Proszę, Łezko… Nie będę na ciebie zła, nawet jeśli okaże się z Klanu Burzy lub Klanu Klifu — zaczęła.
Wraz z jej słowami pysk szylkretki spochmurniał, dokładnie tak, jak przypuszczała.
— Mamo, nie… Nie chcę ci mówić i nie jestem do tego zobowiązana — oznajmiła twardo żółtooka, nawet nie patrząc na swoją matkę.
Starsza poczuła rozczarowanie.
— To prawda, Łezko. Nie jesteś zobowiązana do tego, by wyjawić klanowi ojca swoich kociąt. Ale ja jestem twoją matką i należy mi się wiedzieć, kto jest rodzicem moich wnuków. Nie po to wychowywałam cię, gdy byłaś małym szkrabem, byś teraz-
Senna Łza westchnęła ciężko, przerywając przemowę Gąbki.
— Ja jestem ich rodzicem. Czy to ci nie wystarcza? Czy musisz wiedzieć, kto jest ich ojcem, by móc je pokochać? — zapytała karmicielka, na co Gąbka aż wstrzymała oddech ze zdumienia.
— Nie wygaduj takich bzdur, Łezko! Wiesz dobrze, że kocham Fiołek i Jasność całym swoim sercem i traktuję je jak najprawdziwsze wnuczki. Czy gdybym ich nie kochała, to przychodziłabym do nich codziennie, żeby sprawdzić, jak sobie radzą? Czy gdybym ich nie kochała, próbowałabym utrzymywać z nimi dobre relacje? Nie oskarżaj mnie o takie straszne rzeczy, córeczko. Po prostu chciałabym znać ich ojca, żeby lepiej je zrozumieć… Je i ciebie także, Łezko. Te kocięta nie wzięły się przecież znikąd. Ty musiałaś się w kimś zakochać, z kimś się spotykać… a ja nic o tym nie wiem. No chyba, że-
Żółtooka znowu jej przerwała, zatrzymując się nagle. Gdy dymna spojrzała na jej pysk, zauważyła, że w jej oczach kręciły się łzy.
— Dobrze. Chcesz wiedzieć, kto jest ich ojcem? — mruknęła drżącym głosem.
Przez moment jej pysk wygiął się w nieodgadnionym wyrazie, lecz zaraz potem Senna Łza zmarszczyła brwi, jakby zmieniła zdanie.
— No… ojcem tych kociąt jest… — zamilkła na moment, wlepiając wzrok w swoje łapy. — Ojcem jest Morszczynowy Wąs… — mruknęła, na co medyczka rozdziawiła pysk w szoku.
Nim jednak zdążyła słowami wyrazić swoje zdumienie, karmicielka dodała:
— Tylko proszę, nie mów nikomu. Ani tym bardziej nie zaczepiaj Morszczyna — miauknęła głosem pełnym żalu, lecz medyczka przestała już jej słuchać. W jej głowie echem odbijało się teraz jedno imię. Morszczynowy Wąs.
— Łezko, ale… Ja nigdy nie widziałam was razem. Czy ty go kochasz? Czy ty w ogóle chciałaś zachodzić w ciążę? Jeśli ten lisi bobek cię skrzywdził, to wąsy mu pourywam! — zagroziła medyczka, jeżąc futro na karku.
Żółtooka szybko pokręciła głową.
— Nie, mamo! Nie skrzywdził mnie. Nic mu nie rób. Ja… chciałam kociąt, tylko nie miałam z kim ich mieć i… — zaczęła wyjaśniać, jednak w pewnym momencie urwała. Spojrzała wzrokiem pełnym żalu i skruchy na medyczkę, która wciąż nie rozumiała zachowania swojej córki.
— Łezko… Ja nic nie rozumiem. Dlaczego wstydziłaś się mi to powiedzieć? Przecież bym zrozumiała. Nie musiałaś tego przede mną ukrywać — odparła starsza, kładąc po sobie uszy.
Miała dziwne wrażenie, że Senna Łza coś przed nią ukrywała, ale jeszcze nie wiedziała co. Z drugiej strony nie sądziła, że jej własna córka mogłaby ją okłamać. To wszystko było takie… dziwne.
— No… tak jakoś… wyszło — odparła szylkretka, po czym przetarła oczy łapą. — Możemy już wracać do obozu? Proszę… Chcę wrócić do kociąt — mruknęła i, nie czekając na reakcję medyczki, ruszyła w stronę azylu.
Gąbczasta Perła stała w szoku, przyglądając się sylwetce córki, która z każdą chwilą coraz bardziej się oddalała. Chciała iść za nią. Dogonić ją, dokończyć rozmowę. A mimo wszystko zdecydowała się odpuścić. Karmicielka jasno wyraziła, że nie ma teraz ochoty na interakcje z własną matką.
Dymna czuła się tym zraniona, ale próbowała więcej o tym nie myśleć. Westchnęła tylko ciężko i zaczęła włóczyć się do obozu ze wzrokiem wbitym w kołyszącą się na wietrze trawę.
Czarnofutra potrząsnęła głową, chcąc na razie odciągnąć od siebie te myśli. Jeszcze miała czas. Jeszcze mogła wymyślić, jak pozbyć się tej czekoladowej zarazy z Klanu Nocy i tym samym uratować go od zagłady. Na razie musiała jednak skupić się na Sennej Łzie i jej kociętach. Chciała być w końcu dobrą babcią. Najlepszą!
Gdy tak o tym myślała, do głowy przyszedł jej jeszcze jeden pomysł, który sprawił, że żołądek wywrócił jej się do góry nogami. Co, jeśli Łezkę spotkał ten sam los co Świteziankowe Jezioro? Co, jeśli jakiś samotnik skrzywdził ją wbrew jej woli? Gąbczastej Perle zebrało się na wymioty na samą tę myśl. To już wolałaby, żeby jej córka zdradziła klan, niż żeby posiadała Fiołka i Jasność bez uprzedniego wyrażenia zgody na zajście w ciążę!
Dymna postanowiła nie zgadywać. Jej córeczka dotąd nie chciała zdradzić jej, kto był ojcem, lecz tym razem Gąbka nie zamierzała odpuścić. Musiała się dowiedzieć, czy te kocięta na pewno były chciane! W końcu kto wie. Jeśli Senna Łza naprawdę ich nie kochała, to w końcu mogło jej odbić, a tym kociętom mogła stać się krzywda. Wszyscy zbyt dobrze wiedzieli, jak może zachowywać się zdesperowana matka, tym bardziej po ostatnich wydarzeniach, kiedy to szylkretowa kocica zagryzła połowę swoich młodych. Co prawda była ona czekoladowa, a Senna Łza raczej nie zniżyłaby się do jej poziomu, ale Gąbka wolała być ubezpieczona. W końcu Fiołek i Jasność zapowiadały się na naprawdę obiecujące wojowniczki!
Medyczka w końcu opuściła lecznicę i wsadziła łeb do żłobka, wyszukując wzrokiem znajomych, żółtych oczu. Nim jednak je odnalazła, złapała kontakt wzrokowy z Komarem, który niemal wyżerał jej duszę spojrzeniem. Czarnofutra wzdrygnęła się na jego widok i szybko go zignorowała, następnie podchodząc do swojej córki.
— Hej, Łezko. Jak sobie radzisz? — mruknęła cicho, siadając obok karmicielki. Miała wrażenie, że zaraz zjawi się tu bura wojowniczka, która niemal chodziła przyklejona do Gąbki.
Szylkretka przeniosła wzrok ze swoich śpiących kociąt na medyczkę, a na jej pysku zagościł ciepły uśmiech.
— Bardzo dobrze. Wszystko jest tak, jak powinno być — oznajmiła, na co dymna poczuła ciepło na sercu.
Senna Łza naprawdę była dla niej jak córka, mimo iż Klan Nocy nie uznawał jej za członkinię rodu. Zwykle adoptowane potomstwo przynależało do królewskiej rodziny, ale tym razem nie mogło tak być. Gąbczasta Perła nie mogła mieć w końcu kociąt, nawet tych przybranych, więc gdyby szylkretka naprawdę miała zostać księżniczką, byłoby to równoznaczne z tym że Gąbka złamała Kodeks Medyka.
— No, a skoro… skoro twoje kocięta śpią, to może przejdziesz się ze mną na spacer? Myślę, że sobie poradzą. Tym bardziej że będzie ich pilnował Złocisty Widlik — mruknęła, kątem oka spoglądając na kremowego kocura.
Młodsza wahała się przez moment, lecz ostatecznie skinęła głową.
— Dobrze… Chcesz o czymś porozmawiać? — spytała Senna Łza, domyślając się już, że coś się święci.
Gąbka jedynie się uśmiechnęła, nie odpowiadając jej na pytanie. Zamiast tego podniosła się z miejsca i powolnym krokiem ruszyła do wyjścia ze żłobka.
Wraz z córką przekroczyły rzekę i zaczęły przemierzać tereny Klanu Nocy bez większego celu. Szły w ciszy, lecz atmosfera między nimi stawała się coraz bardziej napięta. Jakby już się ze sobą kłóciły, nawet jeśli żadna z nich jeszcze nie odezwała się słowem.
— Więc… co chciałaś mi powiedzieć? Miejmy to już za sobą, mamo. Boję się, że kociaki się obudzą i Widlik będzie musiał im tłumaczyć, że mama ich zostawiła… — westchnęła szylkretka, poruszając smutno wibrysami.
Gąbka cały czas zastanawiała się nad tym, jak powinna ugryźć temat tego, kto jest ojcem. Przecież już wcześniej próbowała do tego dociec, lecz każda próba kończyła się fiaskiem. Dlaczego tym razem miałoby być inaczej?
— Łezko, chodzi o to, że… bardzo się o ciebie martwię. O ciebie i o Fiołka oraz Jasność. Fakt, że nie wiem, kto jest ojcem, nie daje mi spokoju. Musisz mi powiedzieć, kto nim jest. Proszę, Łezko… Nie będę na ciebie zła, nawet jeśli okaże się z Klanu Burzy lub Klanu Klifu — zaczęła.
Wraz z jej słowami pysk szylkretki spochmurniał, dokładnie tak, jak przypuszczała.
— Mamo, nie… Nie chcę ci mówić i nie jestem do tego zobowiązana — oznajmiła twardo żółtooka, nawet nie patrząc na swoją matkę.
Starsza poczuła rozczarowanie.
— To prawda, Łezko. Nie jesteś zobowiązana do tego, by wyjawić klanowi ojca swoich kociąt. Ale ja jestem twoją matką i należy mi się wiedzieć, kto jest rodzicem moich wnuków. Nie po to wychowywałam cię, gdy byłaś małym szkrabem, byś teraz-
Senna Łza westchnęła ciężko, przerywając przemowę Gąbki.
— Ja jestem ich rodzicem. Czy to ci nie wystarcza? Czy musisz wiedzieć, kto jest ich ojcem, by móc je pokochać? — zapytała karmicielka, na co Gąbka aż wstrzymała oddech ze zdumienia.
— Nie wygaduj takich bzdur, Łezko! Wiesz dobrze, że kocham Fiołek i Jasność całym swoim sercem i traktuję je jak najprawdziwsze wnuczki. Czy gdybym ich nie kochała, to przychodziłabym do nich codziennie, żeby sprawdzić, jak sobie radzą? Czy gdybym ich nie kochała, próbowałabym utrzymywać z nimi dobre relacje? Nie oskarżaj mnie o takie straszne rzeczy, córeczko. Po prostu chciałabym znać ich ojca, żeby lepiej je zrozumieć… Je i ciebie także, Łezko. Te kocięta nie wzięły się przecież znikąd. Ty musiałaś się w kimś zakochać, z kimś się spotykać… a ja nic o tym nie wiem. No chyba, że-
Żółtooka znowu jej przerwała, zatrzymując się nagle. Gdy dymna spojrzała na jej pysk, zauważyła, że w jej oczach kręciły się łzy.
— Dobrze. Chcesz wiedzieć, kto jest ich ojcem? — mruknęła drżącym głosem.
Przez moment jej pysk wygiął się w nieodgadnionym wyrazie, lecz zaraz potem Senna Łza zmarszczyła brwi, jakby zmieniła zdanie.
— No… ojcem tych kociąt jest… — zamilkła na moment, wlepiając wzrok w swoje łapy. — Ojcem jest Morszczynowy Wąs… — mruknęła, na co medyczka rozdziawiła pysk w szoku.
Nim jednak zdążyła słowami wyrazić swoje zdumienie, karmicielka dodała:
— Tylko proszę, nie mów nikomu. Ani tym bardziej nie zaczepiaj Morszczyna — miauknęła głosem pełnym żalu, lecz medyczka przestała już jej słuchać. W jej głowie echem odbijało się teraz jedno imię. Morszczynowy Wąs.
— Łezko, ale… Ja nigdy nie widziałam was razem. Czy ty go kochasz? Czy ty w ogóle chciałaś zachodzić w ciążę? Jeśli ten lisi bobek cię skrzywdził, to wąsy mu pourywam! — zagroziła medyczka, jeżąc futro na karku.
Żółtooka szybko pokręciła głową.
— Nie, mamo! Nie skrzywdził mnie. Nic mu nie rób. Ja… chciałam kociąt, tylko nie miałam z kim ich mieć i… — zaczęła wyjaśniać, jednak w pewnym momencie urwała. Spojrzała wzrokiem pełnym żalu i skruchy na medyczkę, która wciąż nie rozumiała zachowania swojej córki.
— Łezko… Ja nic nie rozumiem. Dlaczego wstydziłaś się mi to powiedzieć? Przecież bym zrozumiała. Nie musiałaś tego przede mną ukrywać — odparła starsza, kładąc po sobie uszy.
Miała dziwne wrażenie, że Senna Łza coś przed nią ukrywała, ale jeszcze nie wiedziała co. Z drugiej strony nie sądziła, że jej własna córka mogłaby ją okłamać. To wszystko było takie… dziwne.
— No… tak jakoś… wyszło — odparła szylkretka, po czym przetarła oczy łapą. — Możemy już wracać do obozu? Proszę… Chcę wrócić do kociąt — mruknęła i, nie czekając na reakcję medyczki, ruszyła w stronę azylu.
Gąbczasta Perła stała w szoku, przyglądając się sylwetce córki, która z każdą chwilą coraz bardziej się oddalała. Chciała iść za nią. Dogonić ją, dokończyć rozmowę. A mimo wszystko zdecydowała się odpuścić. Karmicielka jasno wyraziła, że nie ma teraz ochoty na interakcje z własną matką.
Dymna czuła się tym zraniona, ale próbowała więcej o tym nie myśleć. Westchnęła tylko ciężko i zaczęła włóczyć się do obozu ze wzrokiem wbitym w kołyszącą się na wietrze trawę.
* * *
Gąbka, pogrążona w myślach, wyszła przed lecznicę i usiadła, omiatając cały azyl wzrokiem. Nie skupiała się na żadnym kocie, a przynajmniej do czasu. W pewnym momencie jej wzrok zatrzymał się na burym kocurze — Morszczynowym Wąsie. Pręgowany rozmawiał teraz z Czosnkową Krewetką, lecz dymna była zbyt daleko, by ich usłyszeć. Widziała tylko uśmiech na pysku szylkretowej wojowniczki.
Gdy na nich spoglądała, czuła, jak krew się w niej gotuje. Może i Morszczyna i Łezkę nie łączyły więzy krwi, ale kocur mógłby się chociaż zainteresować własnymi dziećmi! Medyczka ani razu nie widziała, by wojownik zaglądał do żłobka, żeby zobaczyć, jak mają się jego pociechy. Nie pomagał w ich wychowaniu ani opiece, a zamiast tego flirtował sobie z innymi kotkami! Tak, na pewno flirtował. O czym innym miałby rozmawiać z Czosnkową Krewetką, żeby tak ją rozśmieszyć?
Gąbczasta Perła postanowiła do niego zagadać. Przybrała neutralny wyraz pyska, z pozoru wyglądając na spokojną, i żwawym krokiem podeszła do dwójki rozmawiających ze sobą kotów. Gdy tylko znalazła się w ich pobliżu, Czosnkowa Krewetka poruszyła uszami i przestała mówić, wlepiając spojrzenie w medyczkę.
— Cześć, Gąbko! Dawno nie rozmawiałyśmy. Chcesz mnie o coś spytać? — zaczęła, wciąż się uśmiechając.
Dymna uniosła brew. To prawda. Kiedyś były właściwie koleżankami, lecz ostatnimi czasy nie miały okazji, by porozmawiać.
— Właściwie to nie. Akurat chciałam porozmawiać z Morszczynowym Wąsem — mruknęła, uśmiechając się sztucznie do Krewetki.
Wojowniczka musiała zrozumieć, że taka mina zwiastowała kłopoty, toteż strzepnęła ogonem i zrobiła krok w tył.
— W takim razie może zostawię was samych! Tylko umówmy się kiedyś na spotkanie, dobrze, Gąbko? — miauknęła, powoli odchodząc od medyczki i pręgowanego wojownika.
Dymna skinęła głową, po czym zwróciła pysk w stronę burasa, który wyglądał na zakłopotanego. Pewnie wydawało mu się, że nie zrobił nic złego. No tak. Zgodził się pomóc Sennej Łzie w posiadaniu kociąt i myślał, że to tyle z jego roli ojca. W takim razie srogo się mylił.
— Wyjdziemy poza obóz? — zaproponowała, choć nawet kociak wiedziałby, że swoim tonem nie pozostawiała miejsca na sprzeciw.
Morszczyn nie miał wyboru, musiał się zgodzić. Nie mógł przecież odmówić księżniczce.
W końcu wspólnie wyszli poza azyl, a Gąbka już zastanawiała się nad tym, jak skutecznie zastraszyć burasa, by wreszcie zajął się swoimi dziećmi. Fiołek i Jasność potrzebowały ojcowskiego autorytetu. Potrzebowały kogoś, kto nauczy je walczyć i polować oraz kto raz na jakiś czas pogrozi im palcem, jeśli będą za bardzo brykać.
— Gąbczasta Perło… Czy zrobiłem coś źle? — zapytał w pewnym momencie buras, wyrywając medyczkę z zamyślenia.
— No raczej. Gdybyś nie zrobił, to przecież nie wyciągałabym cię poza obóz w biały dzień — fuknęła, przewracając oczami. — Na szczęście nie jest dla ciebie jeszcze za późno i jesteś w stanie się odkupić — dodała, na co futro stanęło Morszczynowi dęba.
— O czym ty mówisz, Gąbczasta Perło? — zapytał, chyba ledwo powstrzymując głos od drżenia. Mięśnie miał spięte, jakby w każdej chwili był gotowy do ucieczki, gdyby dymnej coś odbiło. Czy myślał, że go zaatakuje? Że spróbuje go zabić? Cóż, ona nie była Niedźwiedziówkowym Pyłem. Nie planowała odbierać nikomu życia.
— Nie udawaj, że nie wiesz! — zezłościła się starsza, smagając powietrze ogonem. — Nie jesteś przecież nowonarodzonym kociakiem, żeby mieć pamięć sięgającą dwóch dni wstecz! Lepiej domyśl się, czego mogę od ciebie wymagać, i miejmy to już z głowy — miauknęła, mrużąc oczy. Miała nadzieję, że nie będzie musiała zbyt długo dyskutować z wojownikiem i ten szybko zgodzi się na to, by zająć się swoimi kociętami.
— Przysięgam, że nie mam pojęcia. Przecież prawie z tobą nie rozmawiam! Nie wiem, czego mogłabyś ode mnie chcieć — oburzył się, przyjmując sfrustrowany wyraz pyska.
— Naprawdę chcesz się w to bawić? Senna Łza, mówi ci coś to imię? — zapytała zirytowana. Nie sądziła, że mieli w Klanie Nocy takich ćwoków.
Morszczyn przechylił głowę na bok.
— Co? Nie, nie mówi. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek rozmawiał z kotem o imieniu Senna Łza — przyznał, marszcząc brwi. Jego głosem nie targała żadna emocja, lecz mimo wszystko medyczka doszukała się w nim arogancji i fałszu.
— Nie kłam! — wrzasnęła zirytowana zachowaniem kocura. Łatwo mu było zgrywać niewiniątko, podczas gdy Łezka samotnie musiała wychowywać swoje pociechy. — Przestań udawać głupka i zajmij się swoimi kociętami! Myślisz, że możesz tak sobie uciekać od obowiązków? Nie na mojej warcie! Fiołek i Jasność potrzebują ojca, a ty sobie tutaj zarywasz do innych kotek! — prychnęła.
Wojownik zrobił wielkie oczy i przez moment kompletnie zaniemówił.
— Ja? Że niby ja? Że niby jestem ojcem jakiegoś Fiołka i Jasności? Wypraszam to sobie! Pierwszy raz w życiu słyszę te imiona! — oburzył się, chyba trochę zapominając o tym, z kim rozmawia.
— Oczywiście, że pierwszy raz, ponieważ w ogóle się nimi nie opiekujesz! Radzę ci dobrze, żebyś w końcu zaczął zachowywać się jak przykładny tatusiek, albo poproszę Mandarynkową Gwiazdę, żeby wysłała cię do Klanu Wilka na przymusowe wykonywanie prac roboczych! — zaczęła mu grozić.
Morszczynowy Wąs nie wyglądał na zadowolonego, ale raczej nie widziało mu się dyskutować z upartą księżniczką.
— Dobrze, dobrze. Będę opiekować się tymi dzieciakami — rzucił od niechcenia, szybko poddając się w kłótni z medyczką. — Ale nie chcę mieć z nimi nic do czynienia, gdy już zostaną uczniami — oznajmił.
Czarnofutra była oburzona, że w ogóle śmiał stawiać jakieś warunki, lecz mimo wszystko postanowiła mu odpuścić. Ważne było to, że przynajmniej zgodził się zająć nimi, gdy wciąż były kociakami.
— Świetnie. Cieszę się, że doszliśmy do porozumienia — mruknęła, uśmiechając się do niego sztucznie.
Po chwili odwróciła się na pięcie i prędkim krokiem ruszyła w stronę obozu.
— No, na co czekasz?! Nie będę ryzykować tym, że jeszcze ani razu nie zajrzysz do żłobka, więc zrobisz to teraz, pod moim nadzorem!
* * *
Teraźniejszość
Ostatnio obiło jej się o uszy, że ktoś w legowisku starszyzny narzekał na swój stan zdrowia. Nie było to oczywiście niesłychane, gdyż starsi cały czas narzekali na bolące stawy i mięśnie, lecz tym razem chodziło o coś innego. Coś, czemu mogła zaradzić medyczka. W wolnym czasie dymna postanowiła wstąpić do oazy dla emerytowanych Nocniaków i sprawdzić, kto taki zachorował.
— Dzień dobry! Słyszałam ostatnio dobiegające stąd lamenty. Czyżby komuś działa się jakaś krzywda? — mruknęła, wchodząc do środka.
Od razu spojrzała w jej stronę jej matka — Spopielona Alga. Gąbce nie podobało się jej nowe imię. Mandarynkowa Gwiazda zapewne nadała je tylko po to, by uprzykrzyć jej życie! To w końcu nie wina Algi, że się starzała, a na jej pysku pojawiały się siwe włoski. Niemiło było jej tak wypominać, że życie nie trwa wiecznie i za niedługo dołączy do Klanu Gwiazdy…
Dymna przełknęła głośno ślinę na tę myśl. Nie chciała tracić kolejnego członka rodziny, po tym, jak straciła już siostrę. Przynajmniej już niedługo Mątwie Marzenie będzie mogła ponownie przytulić swoją matkę, a potem już wspólnie przyjdzie im czekać na dołączenie Gąbczastej Perły.
— Och, tak, Gąbko. Ja zraniłam się ostatnio w łapę — odezwała się w końcu była zastępczyni, uśmiechając się do swojej córki.
Brązowooka skinęła głową i natychmiast podeszła bliżej starszej kotki, która wyciągnęła kończynę w jej stronę. Futro na niej było wyraźnie splamione krwią, a pod sklejonymi szkarłatem włosami rozpościerała się rana.
— Mamo! Siedzisz całymi dniami w legowisku starszych, a potem kończysz z takim czymś na łapie… Gdzie sobie to zrobiłaś? — zdziwiła się. Nie można jej było zostawić nawet na uderzenie serca… Ktoś powinien ją cały czas obserwować, bo zaraz jeszcze skończy bez nogi!
— Cóż, długa historia… — westchnęła starsza, odwracając wzrok od córki. — Ale zaradzisz coś na to, prawda? Chyba jeszcze nie wdała się infekcja — stwierdziła, przekrzywiając głowę na boki.
Dymna skinęła łebkiem.
— Oczywiście. Przecież od tego są medycy, nie? Te mordercze treningi u Ró- — przerwała nagle, przypominając sobie, że przecież jej była mentorka również przebywała teraz w legowisku starszyzny. — No, nieważne. Pójdę po jakieś zioła i zaraz wrócę, by ci to opatrzyć.
Pędem czmychnęła w stronę lecznicy, by ze składziku wyciągnąć jakieś zioła, które pomogłyby zapobiec infekcji. Przy składziku przecisnęła się przez Klekoczącego Bociana, który akurat opatrywał ugryzienie przez szczura, i spojrzała na półki. W oczy rzucił jej się szczaw, lecz ten od razu przywiódł jej na myśl Szczawiowe Serce. Gąbczasta Perła przesunęła powoli wzrokiem po reszcie roślin i wreszcie zdecydowała się wziąć ze sobą skrzyp.
Szybko wróciła z lekarstwem do swojej matki, przy okazji już przeżuwając je na papkę. Gdy wkroczyła do legowiska starszych, Alga ponownie wysunęła swoją łapę, którą wcześniej musiała nieco wylizać, gdyż teraz wyglądała już lepiej. Gąbka nałożyła na nią papkę, a potem owinęła ją pajęczyną, którą zabrała razem ze skrzypem.
— No, do kolejnego ślubu się zagoi — stwierdziła medyczka, uśmiechając się do Spopielonej Algi.
— Po tym, co wydarzyło się ostatnio, to nie wiem, czy Mandarynkowa Gwiazda zgodzi się przeprowadzić jakikolwiek ślub. Tamten był naprawdę… tragiczny — westchnęła starsza, odwracając wzrok od czarnofutrej.
— Och, był… Szkoda mi Ulewnego Szkwału, wydawał się taki obiecujący. Pamiętam, gdy opowiadałam mu o tym, że czekoladowe koty zostały stworzone z błota. Nie wierzę, że zakochał się w kotce, która spoufalała się z kimś tak brudnym… — prychnęła brązowooka, po czym polizała się po piersi. — W każdym razie muszę już iść. Ostatnio, jak rozmawiałam z Senną Łzą, powiedziała mi, że Pyza i Bzyczek zachowują się jakoś dziwnie, lecz mimo wszystko Fląderka milczy na ten temat. Nie wiem, może próbuje wyleczyć ich siłą własnego umysłu — stwierdziła, przewracając oczami. — Nie, żeby mnie jakoś nadto interesował los tych czekociaków, ale nie mogę przecież pozwolić im umrzeć. Jeszcze tak zła nie jestem… raczej.
Po tych słowach skinęła Aldze głową na pożegnanie i wybyła z legowiska starszych, nim czarno-biała zdążyła cokolwiek powiedzieć.
Właściwie… czy ktoś miałby jej za złe, gdyby pozbyła się tych dwóch czekoladowych kociaków? Oprócz Fląderki oczywiście, która zdawała się przywiązać do Pyzy i Bzyczka. To jednak nic dziwnego. W końcu dziwaki muszą wspierać innych dziwaków.
Gąbczasta Perła zajrzała niechętnie do żłobka. Tym razem nie po to, by odwiedzić Senną Łzę, Fiołkę i Jasność, a po to, by zająć się jakimiś brudasami. Nieszczególnie ją to cieszyło, ale mimo wszystko zmusiła się do wyszczerzenia ząbków i podejścia do Fląderki, przy której leżała dwójka kociąt. Przeklętych. Nieszczęsnych. Ale wciąż kociąt.
— Słyszałam, że prócz czekoladowego futra coś jeszcze jest z nimi nie tak — zagaiła medyczka, wpatrując się wprost w odrzutka.
Fląderka bez słowa trąciła nosem wpierw Pyzę, a potem Bzyczka, zmuszając ich do przybliżenia się do Gąbki. Na pierwszy rzut oka można było dostrzec, iż czekoladowy kocurek miał zwichniętą tylną łapę. Pyza z pozoru wyglądała dość zwyczajnie — to znaczy, nie miała żadnych szczególnych oznak choroby. Wyuczone oko, takie jak Gąbki, dostrzegłoby jednak, że kociczka wygląda na słabą i odciętą od rzeczywistości.
— Och. Czyżby twoje mleko im szkodziło? Cóż, widzę, że wyżywasz się nie tylko na swoich biologicznych kociętach, ale też i na tych przybranych. Jeszcze chwila, a Pyza i Bzyczek także stracą głos, jak Centuria — prychnęła.
Fląderka zniżyła głowę, jakby myślała, że jeśli nie widzi Gąbki, to ona jej też nie widzi.
— Pyza… prawie nie śpi… od kilku dni — wyjaśniła w końcu, po czym zamilkła.
Brązowooka pokręciła głową. Świetnie. Będzie musiała marnować zioła na te pokraki.
— Pewnie przestraszyła się twojego pyska. Dobrze, że mi jeszcze nie zaczęłaś się śnić po nocach — odburknęła.
Może była zbyt ostra? Pewnie tak. Lecz ostatnio wszystko ją denerwowało. Odkąd tylko zobaczyła na własne oczy morderstwo Mewiego Puchu, a potem przeżyła grożenie Niedźwiedziówki, często chodziła spięta. Te resztki cierpliwości, które niegdyś w sobie miała, już dawno z niej wyparowały.
— Zaraz wrócę tu z ziołami — zapowiedziała po jakimś czasie stania w ciszy i od razu ruszyła do składziku. Na bezsenność jak zwykle mak. Nad tym nawet nie musiała się zastanawiać. Na zwichnięcie… korzeń żywokostu.
Wzięła z lecznicy oba te zioła i wróciła do kociarni, by zająć się Pyzą i Bzyczkiem. Z czekoladową szylkretką poszło szybciej, gdyż nawet nie musiała nic przeżuwać. Z kocurkiem było trochę gorzej, gdyż musiała przeżuwać korzeń na papkę. W końcu jednak wysmarowała łapę Bzyczka przygotowanym lekarstwem.
Nie żegnając się nawet, odwróciła się od kociąt i Fląderki, lecz nim postawiła choćby jeden mały kroczek w stronę wyjścia, zamarła w bezruchu.
W progu stał Błoto, a za nim można było dostrzec sylwetkę Niedźwiedziówkowego Pyłu. Gąbczasta Perła zmarszczyła brwi i przepchnęła się przez wyjście, ignorując obecność czekoladowego więźnia.
— Niedźwiedziówko! — fuknęła do buraski. — Miałaś pilnować więźniów! Co ty tu robisz? — zdenerwowała się, lecz gdy tylko wojowniczka przybrała poważny wyraz pyska, nieco ochłonęła. Odwróciła od niej wzrok, obawiając się, że za ten wybuch Niedźwiedziówka będzie chciała wymierzyć jej jakąś karę. Czy zabije ją za to? A co, jeśli spełni swoje groźby i zrobi krzywdę Sennej Łzie lub jej kociętom?
— To nie moja wina! Błoto twierdził, że źle się czuje i musisz go obejrzeć — odparła buraska, przewracając oczami. — Poza tym nie nerwuj się tak, Gąbko. Złość piękności szkodzi — oznajmiła, uśmiechając się głupkowato.
Czarnofutra strzepnęła ogonem.
— Dobrze… rozprawię się z nim, a ty wracaj do pilnowania reszty więźniów… — mruknęła, próbując zachować spokój i nie pozwolić na to, by jej głos zadrżał. — Jeśli Bagno odważy się uciec pod twoją nieobecność, to Mandarynkowa Gwiazda ci nie odpuści — dodała, próbując przekonać samą siebie, że Niedźwiedziówka jest tylko zwykłą członkinią Klanu Nocy, a nie najprawdziwszą morderczynią.
— Niech ci będzie. Ale jeśli ten czekot zacznie ci podskakiwać, to krzycz. Można powiedzieć, że mam kilka pomysłów na to, jak go-
— Dobra, dobra! Chyba słyszę, jak Bagno próbuje wydostać się poza wyspę! Lepiej to sprawdź! — pośpieszyła ją.
Gdy Niedźwiedziówka zniknęła w wyjściu z azylu, Gąbka odwróciła się w stronę czekoladowego więźnia.
— No proszę, a miałeś już zostawić mnie w spokoju. Możesz mi wyjaśnić, co ty tu znowu robisz? Jakoś ciężko mi uwierzyć w to, że na tym odludziu tak często chorujesz — prychnęła.
<Błoto?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz