Od momentu, kiedy ostatnio widział się z albinoską, minęło dość dużo czasu, a na dodatek nie miała okazji ją spotkać, kiedy wraz z patrolem, na którym był Modrogończyk, odwiedzili Klan Burzy po wielkim pożarze. Właśnie wtedy dowiedział się od Burzaków, o zaginionej Wełnistej Mszycy. Nie zostało po niej ani śladu. Czyli nie została pochłonięta przez ogień, jednak Śnienie nie był pewien, czy czasem rebelianci jej nie oszczędzili i przypadkiem nie zabili i pozbyli się ciała. Nie mógł tego nikt wykluczyć, chociaż według wojowników sąsiedniego klanu, podobno albinoska uciekła.
Myśli zaprzątał wizerunek białej kotki, o fioletowych oczach. Śnienie obawiał się, że kotkę, mogło spotkać coś naprawdę niedobrego. Samej? W Porę Opadłych Liści? Miał nadzieję, że jej się nic nie stało.
— Śnienie? Czy coś się dzieje? Nie możesz iść spać? — spytał go Purpura, który niedaleko miał posłanie.
Czarny kocur swoim wzrokiem przejechał po śpiących kotach oraz po wojowniku, który o dziwo zainteresował się jego stanem.
— Ostatnio myślę o pewnej kotce… Jednak nie w taki sposób, jaki ty myślisz — od razu go uprzedził, kiedy zobaczył, jak na pysku liliowego zaczął się pojawiać uśmieszek. — Chodzi o Wełnistą Mszyce. Jest mi bardzo bliska. Od momentu, kiedy wybuchł pożar w Klanie Burzy, zaginął po niej ślad. Gdzieś zaginęła…
Purpura jedynie poruszył swoimi wąsami i wbił swoje spojrzenie gdzieś w przestrzeń między jego pazurami. Zaczął udawać, że przygląda się swojej łapie w poszukiwaniu cierni lub innych drzazg.
— Na robaczywe śliwki… Bardzo mi przykro Śnienie. Mam nadzieję, że się znajdzie i twój Klan Gwiazdy będzie się o nią troszczył i trzymał przy życiu.
Śnienie zauważył, że kocur nic nie powiedział o Wszechmatce do tej pory. Czyżby Purpura nie był wierzący? W nic? Dziwne…
— Dziękuje Purpuro…
— Postaraj się pójść spać, najwyżej możesz jeszcze odwiedzić Mistral, jeśli coś ci leży na sercu. Ona również pomoże ci poukładać sobie to w głowie. Może pod przykrywką Wszechmatki i wiary umie dbać o umysł kotów. Rozumie też, jak zioła działają.
— Może skorzystam, jeśli nie będę mógł usnąć… Dziękuje, że się martwisz.
Purpura skinął mu głową i zamruczał ciche “Dobranoc”. Śnienie odpowiedział mu tym samym i zwinął się w ciasny kłębek. Śpiąc w tych posłaniach, przypominające ptasie gniazdka, czuł się jak mały niesforny ptaszek. Niewinnie. Błogo. Ciepło. Zapach miękkiego, świeżego pierza. Przytulnie.
Nawet nie wiedział kiedy, jak zapadł w sen. "Był w ciemnym lesie. Tak ciemnym, że światło gwiazd ledwo co przebijało się przez gałęzie iglaków. Dokładnie tak samo, kiedy to pierwszy raz spotkał jeszcze wtedy Wełnistą Łapę, która zabłąkała się na terytorium Klanu Wilka. Tylko tym razem, zamiast nieskazitelnej białej sierści i rozmarzonych fioletowych oczu ujrzał tę samą kotkę, tylko ranną, wychudzoną i przestraszoną. Łkała cicho zwinięta w korzeniach drzewa, plecami do Śnienia.
— Wełnista Mszyco? Wełnista Mszyco! — zawołał, chciał pędzić w jej kierunku, jednak nogi wrosły mu się w ziemię. Nie mógł się nawet ruszyć.
— Proszę, pomóż mi Mglisty Śnie… Pomóż mi… — powiedziała albinoska swoim cichym głosikiem.
— Jak? Jak mogę ci pomóc? Wełnista Mszyco! Chodź do mnie! — Kotka nie usłyszała go. Nie odwróciła się nawet. — Wełnista Mszyco…
Z nocnych dźwięków lasu wyrwało się głośne szczekanie lisów. Bardzo bliskie. Przynajmniej, jakby drapieżnik był za którymś drzewem i czaił się na biedną skuloną wojowniczkę. Chciał jej pomóc. Chciał ruszyć biegiem i przeszukać krzewy, gdzie mógłby znajdować się lis. Myślał, że to kotka jest w niebezpieczeństwie, dopóki nie poczuł gorącego podmuchu na swoim karku.
— Śnie… Uważaj… — cichym mrożącym krew w żyłach głosem wymruczała albinoska."
Wzdrygnął się i otworzył oczy. Był wczesny ranek, a niebo powoli zmieniało kolor na bardziej szary, a z chmur sączył się chłodny deszczyk. Wszystkie Owocniaki miały wilgotne futro. Przeciągnął się na posłaniu i zeskoczył z drzewa. Pierwsze koty szykowały się na patrol graniczny, który mógłby sprawdzić, czy nie ma nigdzie niebezpieczeństwa w postaci lisa. Oczywiście wszystkie koty były zwiadowcami. Wojownicy mieli zakaz wychodzenia najwcześniejszym patrolem, gdyż zazwyczaj poruszali się tylko na ziemi. Jednak Śnienie nie bez powodu ostatnio ćwiczył pod czujnym okiem Wrony, skakanie z drzewa na drzewo.
— Czy mogę dołączyć do patrolu? — podszedł do grupki kotów.
Rohan, Hiacynt i Wrona spojrzeli na niego oceniająco i z powątpiewaniem. Niebieski point jedynie strzepnął ogonem, nie siląc się na jakiekolwiek mruknięcie, czy odpowiedzenie na jego pytanie. Natomiast Rohan wraz z Wroną miały zupełnie różne reakcje. Rohan na początku skinęła głową, jednak po krótkim pomyślunku zaczęła uciekać wzrokiem i kręcić nosem, a Wrona? Wronie zapaliły się iskierki w oczach i wyglądała, jakby omal nie miała zapiszczeć z radości.
— Wiem, że nie jestem zwiadowcą i nie będę tak dobrze poruszał się po drzewach, jak wy, jednak chciałbym sprawdzić moje umiejętności, a przy okazji nie myśleć o koszmarze…
— No nie wiem Śnienie… Nie jesteś jednak zwiadowcą, a to nie są przelewki. Raczej żadne z nas nie chce walczyć z lisami… — Rohan niepewnie stała za rozsądkiem.
— Rohan nie musisz się nim martwić, ja go będę pilnować! — zamruczała żywo Wrona, która od razu stanęła po jego stronie. — Pewnie moja mama również nie miałaby żadnego problemu. To ja go uczyłam skakania z drzewa na drzewo i rozpoznawanie dobrych gałęzi. Skoro dawał radę zimą, to pewnie rankiem Porą Nowych Liści również da.
Hiacynt nadal milczał. Rohan westchnęła krótko, a jej ogon drgnął niepewnie.
— Skoro tak mówisz Wrono… — miauknęła i wyruszyła na przedzie patrolu.
Śnienie zamruczał z wdzięcznością do młodszej i również wyszedł z obozu. Na początku był pod wrażeniem szybkości zwiadowców, którzy bezszelestnie przeskakiwali z drzewa na drzewo i przy tym jeszcze zdołali obserwować otoczenie. On nie był w tym tak płynny, zostawał z tyłu, skupiając się na zachowaniu balansu, co było trudne, skoro miał kikut zamiast ogona. Dymna zwiadowczyni natomiast pomagała mu dobierać gałęzie oraz cierpliwie na niego czekała. Szło mu całkiem nieźle. Mógł się pochwalić później Koniczynie, że nie dotykając ziemi, dotarł aż do Upadłej Gwiazdy. Patrol cierpliwie na niego zaczekał i wygodnie się rozsiadli się na gałęziach.
— Chwila wytchnienia? — spytał zmęczony pobratymców.
Hiacynt jedynie skinął głową, a Rohan zamruczała krótko, raczej nie podobała się im jego obecność. Spowalniał ich. Jedynie Wrona była uradowana jego obecnością.
Mając widok na strumień oraz Wrzosową Polanę, Śnieniu mignęło jakieś białe futro.
— Widzieliście to? — mruknął, zwracając uwagę reszty patrolu na biały punk między zielonymi trawami i pierwszymi po Porze Nagich Drzew kwiatami wrzosu. — Tam jest jakiś kot.
— Samotnik? — mruknął Hiacynt.
— Może ktoś z klanu? — zgadywała Wrona.
Ten sam biały kształt zaraz zniknął z ich pola widzenia, wchodząc w większy gąszcz traw.
— Powinniśmy to sprawdzić — podjął, chociaż nie był liderem patrolu.
Zwiadowcy popatrzyli się po sobie z nieukrywaną niechęcią. Sprawdzenie białego przybysza na ich terenach po drugiej strony strumienia oznaczało zejścia z drzewa. Jednak nie musiał ich do tego namawiać. Razem zbiegli z drzewa i susami ruszyli w stronę, gdzie ostatnio widziane było białe futro. Przekroczyli strumień po najpłytszym odcinku i puścili się biegiem przez wrzosy i wysokie trawy, które ograniczały widoczność. Polegając tylko na nosie, znaleźli trop owej samotniczki oraz świeży zapach lisa.
— Musimy się spieszyć — podjął Hiacynt. — Sam na sam z lisem, może się źle skończyć dla tego kota.
— Kotki, czuć zapach kotki — poprawiła go Wrona. Hiacynt na to nie zareagował. Machnął ogonem, poganiając resztę.
Biegli tak, aż do momentu ukazania się przed nimi lisa, który zaganiał brudną i wychudzoną białą kocicę. Z bojowymi okrzykami natarli na lisa, drapiąc go, gryząc i kopiąc. Rudzielec, widząc, że nie ma szans ani chęci na walkę z tyloma kotami, wycofał się i uciekł w tylko znanym mu kierunku z podkulonym ogonem.
Odwrócili się w stronę białej kocicy, która była ozdobiona lawendą oraz najróżniejszymi liśćmi. Normalnie stwierdziłby, że to wszystko z zaniedbania lub wplątały się kotce w sierść, gdy uciekała, jednak gdy tylko samotniczka podniosła fioletowe oczy, wpatrując się w niego oraz resztę patrolu.
— Mglisty Śnie… — powiedziała ochrypłym głosem, omal nie rzucając mu się na szyję.
— Wełnista Mszyco? Jednak żyjesz! — mruknął uradowany. Nie zwracał najmniejszej uwagi na to, że kotka nazwała go jego starym imieniem. I tak nie lubił Owocniakowych imion. — Co ci się stało… Wyglądasz na niedożywioną i potrzebujesz pomocy medycznej.
Wełnista Mszyca nie miała siły nawet odpowiedzieć mu na to pytanie.
— Musimy ją zaprowadzić do Gołąbka — mruknął Hiacynt.
— Jesteś w stanie iść, Wełnista Mszyco? — zapytał białej.
Kotka z trudem wstała na trzęsących się łapach i kiwnęła głową. Rohan i Śnienie podparli ranną, Hiacynt wyszedł na prowadzenie, a Wrona popędziła do obozu, by przekazać ważne informacje dla Gołąbka oraz Czereśni. Wełnista Mszyca żyje! I potrzebuje pomocy uzdrowiciela!
< Wełnista Mszyco?>
🌙
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz