⚜⚜⚜⚜┄┄Zgromadzenie┄┄ ⚜⚜⚜⚜
Dumnym krokiem szedł pomiędzy kotami, co jakiś czas skinając głową i witając się grzecznie z innymi. To było jego pierwsze zgromadzenie, więc chciał się dobrze zaprezentować. Na jego pyszczku gościł uśmiech, który był szczery. Może i był bardzo poważnym kocurkiem, ale był też miły i odczuwał szczęście (kto by pomyślał). Zatrzymał się, gdy przed jego pyszczkiem pojawił się rudy kocur. Poczuł jego zapach, wnioskując, z którego jest klanu.
— Och, witam. Jesteś z Klanu Burzy, prawda?
Urokliwy młodzieniec spojrzał na nieznajomego pustymi wzrokiem. Przyglądał mu się w długiej ciszy z jego strony. Głębokie niczym dziura ciemnogranatowe oko zatrzymało się na oczach Klifiaka.
— Dobry wieczór — wymamrotał cicho, bacznie go obserwując. — Tak, pochodzę z Klanu Burzy. Jestem uczniem przewodnika i nazywam się Kurza Łapa — rzekł nazbyt chłodno i oficjalnie, choć z pyska drugi kocur nie umiał wyczytać emocji. Burzak miał na sobie tę aurę tajemniczości, która wręcz kusiła, aby się zbliżyć do srebrzystego rudzielca. — Jak się zwiesz, Klifiaku? — zapytał, przekrzywiając główkę na bok. Huk zgromadzenia kompletnie przytłaczał Klifiaka, przez co nawet nie złapał w pełni tego, co mówił rozmówca.
— Mam na imię Firmamentowa Łapa, a ty? — zapytał grzecznie, przyglądając się rudemu. Zaciekawił go tym „przewodnikiem”, nie posiadają takiej roli w Klanie Klifu. Chętnie pozna jej szczegóły, może nawet o nie sam zapyta, gdy tylko ten mu się przedstawi. Zmrużył oczy i zmarszczył brwi.
— Powiedziałem już, jak się nazywam. Czyżbyś mnie nie słuchał? — miauknął, zachowując spokój. Westchnął ciężko i zanim Firmamentowa Łapa mógł się wybronić, wymamrotał: — Nazywam się Kurza Łapa.
— Przepraszam, jest tu strasznie głośno… — speszył się lekko. — Jeśli mogę zapytać, kim są przewodnicy? Zaciekawiłeś mnie tym.
— Nie ma u was przewodników? — zapytał, szczerze zdziwiony. Mimo to postanowił mu przybliżyć ową rangę Klanu Burzy. — Przewodnicy zajmują... Przewodnicy zajmują się znakomitą orientacją po terenie Klanu Burzy. To tyle. Czy u was jest coś również wartego uwagi?
— Mamy protektorów, którzy zajmują się zdrowiem psychicznym klanu. — odpowiedział kocurowi, patrząc na niego z zaciekawieniem.
— ...Czy coś jeszcze chcesz wiedzieć o nas, sojuszniku? — zapytał ciszej. — Może powinniśmy odejść od tłumu i zasiąść na brzegu Bursztynowej Skały. Tak będzie najłatwiej rozmawiać. Odwrócił się do niego wtedy tyłem i zaczął z gracją wymijać koty, idąc w stronę wymienionego wcześniej celu. Podążył za kocurem, skinając jeszcze głową, zanim się odwrócił. Faktycznie przydałoby się cichsze miejsce… Gdy dotarli w wyznaczone przez rudego miejsce, zastanowił się nad jego wcześniejszym pytaniem.
— Jakie jeszcze macie role w waszym klanie? Chętnie dowiedziałbym się o nich. Z tego, co słyszałem, to kilka ich jest.
Kurza Łapa usiadł na brzegu Bursztynowej Skały i przyjrzał się nowemu znajomemu.
— Są przewodnicy i kronikarze. Ci drudzy zajmują się gwiazdami, przeszłością klanów, poznawaniem świata... zagłębiają się też w wiary, jakie są tu powszechne. Są też Minarzy. Parszywi zdrajcy, odrzutki — wycedził urokliwy uczeń przez zaciśnięte szczęki, wbijając wzrok w kamień. Wyraźnie ostatnie dwa zdania wprawiły go w nie przyjemny nastrój.
— Gwiazdami? Zawsze się nimi interesowałem, mój ojciec wiele mi o nich opowiadał… Czy robią coś jeszcze? Wydaje się to być dość ciekawe…
— Tyle, ile ci powiedziałem, musi ci wystarczyć, Firmamentowa Łapo. Kronikarze są dosyć skryci. — Spojrzał w gwiazdy. — ... Również mamy własne "zodiaki", pod jakimi się rodzimy. Według ich prognoz ja z własną siostrą zostałem urodzony pod zodiakiem Sowy. A przynajmniej tak pamiętam... — wymamrotał, dzieląc się z nim większą ilością informacji.
— Jesteś w stanie stwierdzić, jaki ja mam zodiak? — przekręcił na bok łbem.
— ...Nie. Aby ustalić zodiak, trzeba znać twój dzień urodzenia i w ogóle... kronikarskie sprawy... — wymamrotał niechętnie, patrząc na niego kątem oka.
— Domyślam się, pytam, czy jeśli ci ją podam, to czy będziesz w stanie stwierdzić, jaki mam.
— Hm... jasne. — Rudy odpowiedział widocznie niechętnie, ale nie zniechęciło to pointa. Chciał dowiedzieć się jak najwięcej.
— Urodziłem się osiem księżyców temu, o świcie. Była zima, chyba dość słonecznie jak na nią. — odpowiedział kocurowi.
— Aha... bardzo dokładnie. Może chciałbyś zostać Klifiackim kronikarzem? — zapytał. — Może jesteś Ćmą. Istotą obserwującą, unikającą konfliktu. Ćmy... one chyba używają sprytu.
— Zazwyczaj jestem dość dokładny, staram się. Co do zostania kronikarzem, gdybym tylko mógł, to zostałbym nim, tak szczerze. — wtedy właśnie podeszła do nich kotka z innego klanu. Uśmiechnął się do niej.
— Cześć, jestem Psianka, z Owocowego Lasu. A wy? — Kotka z uśmiechem na pyszczku podeszła do nich, więc point odpowiedział tym samym.
— Och, witam. Miło poznać. Jestem Firmamentowa Łapa.
— Dobry wieczór, Psianko, sojuszniczko — miauknął, nie wysilając się na jakiekolwiek czułe gesty. — Nazywam się Kurza Łapa i pochodzę z Klanu Burzy...
— O jeju to super! A znasz może moje rodzeństwo? Łza i Zew odeszli tak dawno… długo ich nie widziałam! Co u nich? Jakie rolę obrali? — zadała masę pytań Burzakowi, spoglądając na Firmamenta. Trzeba było przyznać, miała… Dużo energii. Nie był tego fanem, jednak nadal miał zamiar pozostać miłym. — Frina… Firanentowa? Firankowa? Trudne masz imię… Możesz powtórzyć? — zapytała zakłopotana.
— Firmamentowa Łapa. Wiem, łamie język. Ale podoba mi się, to inaczej niebo. Nawiązuje do Klanu Gwiazdy, w pewien sposób.
— Ach, tak... Łzawa Łapa i Milknąca Łapa. Oczywiście. To moi przyjaciele — odparł z nerwowym uśmiechem, po tym, jak cofnął się trochę zalany falą pytań. Następnie przysłuchiwał się rozmowie Psianki z Firmamentową Łapą.
— Oh jakże piękne mają imiona! Będę musiała wkrótce ich odnaleźć… Są tutaj prawda? — zadała kolejne pytanie, po czym spojrzałam na kocura o ciężkim imieniu. — Firmamentowa Łapa… Bardzo ładne, prawie zapomniałam, że wy nie wierzycie we Wszechmatkę! Na kogo się szkolicie? Ja właśnie zdałam test na Zwiadowczynię, a mam tylko 10 księżyców!
— Wszechmatkę? Nie miałem pojęcia, że są inne wiary od Klanu Gwiazdy. Brzmi ciekawie. — Może i był bardzo wierzący, jednak szanował poglądy innych kotów i chętnie dowiadywał się o nich więcej. Chyba że są krzywdzące… — Ja szkolę się na wojownika. — choć wolałbym na kogoś innego… Dodał w myślach. Nie czuł się wcale dobrze w tej roli… Rudy kocur zdecydował się odezwać.
— Ja za niedługo skończę swój trening. Łzawa Łapa szybko się uczy, natomiast wasz Zew... — cmoknął. — Cóż, radzi sobie. Jakoś.
— O, cieszę się. Wszechmatka dba o wszystkich Owocniaków, jest dla nas tym samym, co dla was Klan Gwiazdy. — odparła, nie siląc się na dłuższe opowieści.
— Fascynujące… Cóż, może kiedyś jak będzie więcej czasu, może uda się bardziej o tym porozmawiać. Chętnie usłyszę więcej. — Firmament uśmiechnął się ciepło.
— Też mam taką nadzieję, a teraz wybaczcie, idę poszukać swojej rodziny. — Po tych słowach kotka odeszła, a rudy kocur poszedł w jej ślady, po pożegnaniu się z pointem. Firmamentowa Łapa został sam, jednak nie przeszkadzało mu to wielce. Zdecydował się zwrócić się do liderów, słuchając ich przemówień.
⚜⚜⚜⚜┄┄Dzień śmierci Jastrzębiego Zewiu┄┄ ⚜⚜⚜⚜
Obudził się z samego rana, gdyż wcześniej został wybrany do porannego patrolu łowieckiego, co przekazał mu jego mentor. Wyszedł z legowiska, uważając na uczniów, którzy jeszcze słodko chrapali. Trochę im zazdrościł, jednak wiedział, że zwierzyna sama się nie złowi. Czekał jako pierwszy przy wyjściu z obozu, a gdy zobaczył go wstający dopiero Wzburzony Kormoran, na jego pyszczku dało się zauważyć lekkie zdziwienie.
— Firmamentowa Łapo, wstałeś tak wcześnie?
— Tak. Wolę być wcześnie niż późno na miejscu zbiórki. — odpowiedział kocur, skinając mu głową na przywitanie.
— Cóż, racja… — Kocur odwrócił się, widząc, że w ich stronę zmierza reszta patrolu, czyli Tygrysi Język i Słoneczne Oko. Gdy już dotarli, jednogłośnie zdecydowali się na wcześniejsze wyjście z obozu, skoro już wszyscy zdążyli się zebrać tak szybko. Najwyraźniej żadne z nich nie chciało się spóźnić… Po dość krótkiej wędrówce dotarli na Kacze Bajorko, gdzie zdecydowali się zapolować. Firmamentowa Łapa przyglądał się dziwnemu ptactwu, którego nigdy wcześniej nie miał okazji zaobserwować. Wyglądało całkiem inaczej niż mewy, które spotykał o wiele częściej na ich terytorium. Wzburzony Kormoran stanął obok niego, wskazując na kaczki.
— Możemy spróbować na nie zapolować. Nie będzie łatwo, ale myślę, że dasz sobie radę. — Firmament spojrzał na mentora niepewnie, gdy wypowiedział te słowa. Jeśli miał być szczery, to nie był wcale jakiś dobry w polowaniu, w sumie w walce też nie. Jednak westchnął, przybierając uśmiech, po czym skinął głową kocurowi. Podeszli bliżej bajora, aby móc znaleźć dobrą ofiarę. Gdy już kocur wypatrzył młodszą kaczkę, zaczął się skradać. Powoli zbliżał się do ptaka, aż gdy tylko wyczuł według siebie dobry moment, wyskoczył. Cóż, dobry moment faktycznie był tylko według niego, gdyż wylądował na ziemi tuż po tym, jak kaczka odleciała spod jego łap. Kocur otrzepał się, patrząc na swoje puste łapy. Między palcami miał jedynie pióro, które z niej wypadło. Westchnął, po czym zwiesił głowę. Nie robił żadnych postępów, jeśli chodzi o polowanie czy też walkę, co łatwo dało się zauważyć. Może i to pierwszy raz, gdy próbuje złapać większą zwierzynę, jednak z małą również ma problemy… Usłyszał, jak jego mentor podchodzi do niego, więc podniósł się, siadając na trawie. Odwrócił łeb w jego stronę ze słabym uśmiechem, na co starszy stanął w miejscu.
— Cóż, nie tym razem… Może następnym mi się uda. — Chciał chyba bardziej pocieszyć samego siebie niż mentora. Jednak ten następny raz nie nadszedł. Nie udało mu się złapać kaczki, więc Wzburzony Kormoran odpuścił, pocieszając go. Finalnie udało mu się zanieść do obozu nędzną mysz, jednak i to było dobre w jego przypadku. Gdy dotarli do obozu, odłożył mysz na ziemię, patrząc na mentora. — Czy mogę zanieść tę mysz Jastrzębiemu Zewowi? — Nadzieja pojawiła się na jego pysku. Być może karmicielka będzie z niego dumna, w końcu była dla niego lepszą matką, niż Truskawkowe Pole.
— Tak, jasne. Jeśli jesteś w stanie, to zanieś coś potem jeszcze do starszyzny. — odpowiedział mu mentor, na co kocurek skinął głową. Podniósł znów swoją zdobycz, zmierzając teraz do legowiska karmicielek. Jastrzębi Zew na pewno będzie zadowolona nawet i z tej myszy, a przecież zawsze może jej przynieść coś więcej. Opowie jej o dzisiejszym szkoleniu, a potem zobaczy, jak mają się kocięta w żłobku. Pomimo braku zainteresowania zabawami, interesowały go kocięta. Być może po prostu widział w nich młodszego siebie, jednak… Miały one kochającą ich matkę, z czego cieszył się, choć sam chciałby tego zaznać. Idąc usłyszał, jak z legowiska dociera do niego rozmowa kotek. Nastawił uszu. Wydawały się być zdruzgotane. Czyżby coś się stało? Pojawił się w wejściu do legowiska.
— Wszystko okej? Czy coś się stało? Jastrzębi Zewie, przyniosłem ci… — Nie dokończył, a mysz wypadła z jego pyska. Rozżarzona Pieśń i Psotny Nietoperz siedziały teraz nad kotką, która… Nie ruszała się. On sam zastygł. Przez chwilę świat przestał się ruszać. Czas stanął, a on widział tylko ją. — Jastrzębi Zewie..? — Wydusił z siebie w końcu, z szokiem wpatrując się na kotkę. Do legowiska weszła Księżycowa Aldrowanda, zawołana zapewne przez jedną z kotek. Podeszła szybko do ciała, przechodząc obok ucznia, jakby był duchem. Uspokoiła kotki, mówiąc im, żeby zajęły się kociętami. On sam powoli, czując, jakby jego łapy stały się nagle cięższe, podszedł obok.
— Czy ona… — zaczął cicho pomimo tego, że znał już odpowiedź. Kotka schyliła się, wąchając Jastrzębi Zew, sprawdzając po chwili, czy oddycha. Uniosła łeb, spoglądając na kocura.
— Tak mi przykro, Firmamentowa Łapo. Jastrzębi Zew dożyła bardzo wielu księżyców. Niech Klan Gwiazdy ma ją teraz w opiece… Czy mógłbyś zawołać kogoś, kto pomoże ci wynieść jej ciało..? — Firmament spojrzał na medyczkę. Czuł się tak, jakby miał zaraz wylać z siebie morze łez. Jednak nie miał zamiaru się przed nią rozklejać. Skinął głową, po chwili ruszając w stronę legowiska wojowników. Zajrzał do środka, widząc Wzburzonego Kormorana.
— Wzburzony Kormoranie..? — Głos lekko załamał mu się, na co mentor odwrócił się od razu.
— Firmamentowa Łapo? Coś się stało?
— Jastrzębi Zew, ona… Nie żyje… — powiedział cicho. — Czy… Czy pomożesz mi wynieść jej ciało na środek obozu..?
— Dobrze, ja… Już idę. — odpowiedział mu zszokowany lekko wojownik. On sam najwyraźniej nie spodziewał się, że kotka nagle odejdzie. Podążył za uczniem do legowiska karmicielek, gdzie te nadal próbowały odwrócić swoją uwagę od tragedii, opiekując się kociętami. Księżycowa Aldrowanda już podała im zioła uspokajające, aby pomóc im choć trochę. Spojrzała na kocura, który wszedł teraz do legowiska.
— Pójdę po któregoś z protektorów… — Nie zdążyła nawet się ruszyć, gdy do środka szybkim, nerwowym krokiem wszedł Puszysta Nerina, szukając wzrokiem swojej partnerki. Westchnął z ulgą, widząc, że nic jej nie jest. Spojrzał na medyczkę, zapewne słysząc jej wcześniejsze słowa.
— Ja się nimi zajmę. — Gdy to powiedział, medyczka skinęła mu głową i wyszła z legowiska, aby pójść do Lśniącej Gwiazdy. Natomiast on i jego mentor zajęli się wyciągnięciem ciała z legowiska i przygotowaniem go na czuwanie.
»»————- ⚜ ————-««
— Dzisiejszego dnia musimy pożegnać się z kotką, która od wielu księżyców zajmowała się kociętami w naszym żłobku. Jastrzębi Zew odeszła spokojnie w nocy, dołączając do naszych przodków na srebrnej skórze. Niech Klan Gwiazdy ma ją w opiece. O świcie jej ciało zostanie zaniesione na Pogrzelisko, a dzisiejszej nocy odbędzie się czuwanie. — obwieścił Lśniąca Gwiazda klanowi. Firmamentowa Łapa patrzył na swoje łapy przez cały czas, nadal mając obraz kotki przed sobą. A miał przecież spędzić przy niej jeszcze czuwanie. Gdy wszyscy się rozeszli, niektórzy zebrali się na wieczorny patrol, a niektórzy udali się do legowisk. Przy samej kotce zostało jednak wiele pobratymców, którzy przyszli jej złożyć pożegnanie. Firmamentowa Łapa powoli udał się również w jej stronę, kładąc się przy jej ciele. Zanurzył w jej futrze swój pysk, aby nikt nie widział, jak z jego oczu uciekały łzy… Nie chciał, aby pobratymcy uważali go za słabego. Ani duch Jastrzębiego Zewiu. Miał nadzieję, że spogląda na niego i że być może jest jeszcze w stanie okazać mu ostatni raz dumę…
»»————- ⚜ ————-««
Z rana zdeklarował się do wyruszenia razem z patrolem, który miał pogrzebać kotkę. Szedł za wojownikami, którzy nieśli ją na Pogrzelisko. Nie odzywał się całą drogę. Nie czuł się na siłach. Nie potrafił w sumie wydusić z siebie ani słowa. Gdy dotarli, wojownicy zaczęli kopać dziurę. Przeciągneli jej ciało do dołu, po czym zakopali ją, a on do ostatniej sekundy patrzył na nią z tęsknotą. Na jej grobie ułożyli pióra oraz kamienie, które zebrali od jej bliskich. Zwrócili się po chwili ciszy w stronę obozu. Jeden z nich odwrócił się, patrząc na Firmamenta.
— Firmamentowa Łapo, choć, wracamy do obozu. — Nie odezwał się na miękki głos wojownika. Podeszedł bliżej pochówku, zostawiając na nim złapaną wcześniejszego dnia mysz.
— Niech Klan Gwiazdy ma cię w opiece, Jastrzębi Zewie. — wyszeptał cicho, po czym powoli odwrócił się w stronę dwójki wojowników, idąc razem z nimi powoli do obozu.
[2410 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz