Do tej pory nie potrafiła nawet spojrzeć w stronę któregokolwiek z tych kotów. Miała tylko nadzieję, że Pomrok nie dowiedziała się skądś o tym, że Kryształka podjęła nieudaną próbę przeproszenia jej. Choć… może to i lepiej, że biało-niebieska nie rzuciła się pod stopy szylkretki z płaczem, bo mogłaby jeszcze bardziej stracić w jej oczach. To było… niezwykle głupie zagranie z jej strony.
Powinna zacząć się już powoli przyzwyczajać do tego, że cały czas wpakowywała się w jakieś żenujące sytuacje. Dlaczego nie mogła ich po prostu unikać? Nie rozumiała tego. Nigdy nie słyszała o innym kocie, który tak często odwalałby jakieś akcje, jak ona. No, może poza Cykoriowym Cykorem. Czekoladowa kotka była w Klanie Wilka wrogiem publicznym najwyższego sortu. Ale ona przynajmniej nie przejmowała się tym, jak patrzą na nią pobratymcy. A może jednak się przejmowała? Ciężko stwierdzić, gdyż wydawała się bardzo… nonszalancka. Z pozoru niczym niewzruszona, lecz w środku? Może naprawdę była kotem o złotym sercu? Owcą w wilczej skórze?
Kryształka pewnie zastanawiałaby się nad tym dłużej, gdyby nie nagły ból brzucha. Taki sam, jaki odczuwała te kilka dni temu, chwilę przed tragedią. Aż ją to zestresowało, ponownie przywodząc na myśl tamten okrutny dzień. A przez chwilę było tak dobrze… Zajęła się myśleniem o Cykoriowym Cykorze i przez kilka uderzeń serca skóra przestała palić ją ze wstydu. Teraz czuła się jednak tak samo, jak wtedy. Czuła, że śniadanie już cofa jej się do gardła, ale tym razem nie mogła pozwolić na to, by wydostało się na światło dzienne. Wiedziała już, że nie są to żadne przelewki ani wytwór jej wyobraźni. Musiała się czymś zatruć, a teraz te wymioty chodziły za nią jak czarne chmury. Prędko musiała przedostać się do lecznicy, by wyprosić medyków o jakieś zioła albo cokolwiek innego, byle tylko uratować Kryształkę od kolejnego upokorzenia.
W trybie natychmiastowym zerwała się z posłania i zaczęła biec do legowiska medyków, o mało się przy tym nie wywracając. Wleciała do lecznicy jak burza, od razu skupiając na sobie wzrok Cisowego Tchnienia, Roztargnionego Koperka i Chudego Grzbietu. Jej przerażone oczy mówiły wszystko.
— Ja… ja chyba zaraz zwymiotuję! — rzuciła wprost, a w jej oczach wbrew jej woli zakręciły się łzy. Czuła się tak potwornie! Znowu traciła całą siłę w łapach i miała wrażenie, jakby świat wokół niej wirował.
Usłyszała czyjeś kroki. Szylkretowa medyczka podeszła do Kryształki, przyglądając się jej przez dłuższą chwilę.
— To jakieś zatrucie? — zapytała po jakimś czasie, próbując odkryć powód, dla którego Kryształka była o włos od zwymiotowania zjedzonego posiłku.
Wojowniczka nie znała jednak podłoża swojego problemu z wymiotami.
— Nie… nie wiem. Kilka dni temu też tak miałam, a teraz znowu! Proszę, pani Cisowe Tchnienie, nie chcę już więcej rzygać! — przeraziła się.
Czyżby znowu się ośmieszała? Być może. Jednak w obliczu takiej katastrofy każdy zacząłby panikować.
— Ja mogę jej podać zioła przeciwwymiotne! — krzyknął gdzieś z tyłu Chudy Grzbiet, po czym podszedł do Ośnieżonego Kryształu z kilkoma listkami w pysku.
Wojowniczka chwyciła je łapczywie i zaczęła szybko przeżuwać. Przełknęła je za jednym razem, po czym odetchnęła z ulgą, wierząc, że to już koniec jej przygody z wymiotami.
— Dziękuję! — miauknęła w pierwszej chwili, uśmiechając się do medyków, wobec których była naprawdę wdzięczna. — Naprawdę doceniam waszą pracę. Klan nie poradziłby sobie bez was! — kontynuowała, poruszając wibrysami z radości.
Cisowe Tchnienie, Roztargniony Koperek i Chudy Grzbiet wpatrywali się w nią trochę zakłopotani.
Z jej mordki uciekło jeszcze kilka pochwał i słów podzięki, aż w końcu Kryształka skinęła głową na pożegnanie medykom i wybyła z lecznicy, pozostawiając ich w zdumieniu.
Skoro rewolucje w żołądku miała już za sobą, mogła powrócić do myślenia o Klanie Gwiazdy, Mrocznej Puszczy i sprawach z nimi związanych. Zastanawiała się tylko, czy powinna w ogóle starać się jakoś nawracać Klan Wilka, skoro ostatnia próba okazała się absolutną tragedią. Kto wie, jeśli dalej będzie jej szło tak fatalnie, to w końcu informacje o herezjach, które rozpowiada, dotrą do Zalotnej Gwiazdy. A szylkretowa liderka nie wyglądała na taką, która puściłaby to mimo uszu. Właściwie to Kryształka już mogła wyobrazić sobie szpony przywódczyni na swojej gardle. Aż się wzdrygnęła. Czy Zalotna Gwiazda za wiarę w Gwiezdnych Przodków byłaby w stanie dokonać publicznej egzekucji na wojowniczce? Jeśli tak, to… chyba lepiej byłoby, gdyby niebieskooka jak najszybciej czmychnęła do innego klanu.
Właściwie… nawet całkiem spodobał jej się ten pomysł. Gdy tylko wpadł jej do głowy, wybyła z azylu Klanu Wilka i skierowała się w stronę granicy z inną przynależnością. Do wyboru miała Klan Klifu bądź Klan Burzy i jeszcze nie wiedziała, dokąd poprowadzą ją łapy. Właściwie z nikim z tych dwóch klanów nie miała jakiejś istotnej relacji, toteż mogłaby uciec do któregokolwiek. Naprawdę uważała, że wszędzie byłoby lepiej niż w tym okrutnym Klanie Wilka, w którym posyłano kocięta na śmierć, a uczniom kazano walczyć o awans. Tak nie powinno być! Przemoc była doprawdy ohydna, a zarazem tak bardzo znormalizowana w miejscu, w którym żyła Kryształka.
Podczas podróży niebieskooka zaczęła zastanawiać się nad tym, jak mogłoby wyglądać jej życie w innej przynależności. Czy nareszcie polubiłby ją ktoś inny, oprócz jej własnej siostry? Wtedy zaczynałaby z czystą kartą. Nikt z jej nowych pobratymców nie wiedziałby o tym, skąd była blizna nad jej nosem ani o tym, że prawie się przed kimś zrzygała. Czy nie brzmiało to pięknie? Ponadto w innym klanie mogłaby znaleźć miłość swojego życia i założyć z nią rodzinę. Tak bardzo o tym marzyła! Lecz w Klanie Wilka nie miała co liczyć na taki obrót spraw. Nie sądziła, by ktokolwiek nadawał się na zostanie jej drugą połówką. Niby uważała Rozbitego Księżyca za całkiem urokliwego, lecz ten zdawał się wierzyć w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd, co Kryształkę nieco odrzucało. Niegdyś była też zauroczona w Kalinowym Powiewie, a może wciąż była? W każdym razie z nią nie mogłaby posiadać biologicznych kociąt. No, a poza tym piękna wojowniczka o oklapniętych uszach raczej nie odwzajemniała marnych zalotów Kryształki.
W końcu Wilczaczka stwierdziła, że nie będzie się ograniczać do istniejących kotów. Zaczęła wyobrażać sobie idealnego partnera, którego mogłaby spotkać na granicy i zakochać się w nim od pierwszego wejrzenia. Na pewno byłby wysoki i bardzo elegancki. Poruszałby się dostojnie, miałby długie, czyste futro i oczy pełne ciepła. Wspierałby Kryształkę w trudnych chwilach, aż do momentu, w którym finalnie namówiłby ją do dołączenia do swojej przynależności i życia długo i szczęśliwie.
Wojowniczka tak bardzo się rozmarzyła, że nawet nie zauważyła, iż wyrósł przed nią jakiś intruz. Zatrzymała się kilka długości wąsów od niego, a wtedy czar prysł. Spodziewała się tu spotkać ideał kocura, a temu koledze… było do niego daleko. Przede wszystkim był to jakiś dzieciak, a Kryształka w takich nie gustowała! Poza tym był wysoki, ale niestety nie szczupły ani elegancki. Miał przerażające, kobaltowe oczy i zabawne, wywinięte uszy. Tylko co on tu właściwie robił?
Wyleczeni: Ośnieżony Kryształ
Powinna zacząć się już powoli przyzwyczajać do tego, że cały czas wpakowywała się w jakieś żenujące sytuacje. Dlaczego nie mogła ich po prostu unikać? Nie rozumiała tego. Nigdy nie słyszała o innym kocie, który tak często odwalałby jakieś akcje, jak ona. No, może poza Cykoriowym Cykorem. Czekoladowa kotka była w Klanie Wilka wrogiem publicznym najwyższego sortu. Ale ona przynajmniej nie przejmowała się tym, jak patrzą na nią pobratymcy. A może jednak się przejmowała? Ciężko stwierdzić, gdyż wydawała się bardzo… nonszalancka. Z pozoru niczym niewzruszona, lecz w środku? Może naprawdę była kotem o złotym sercu? Owcą w wilczej skórze?
Kryształka pewnie zastanawiałaby się nad tym dłużej, gdyby nie nagły ból brzucha. Taki sam, jaki odczuwała te kilka dni temu, chwilę przed tragedią. Aż ją to zestresowało, ponownie przywodząc na myśl tamten okrutny dzień. A przez chwilę było tak dobrze… Zajęła się myśleniem o Cykoriowym Cykorze i przez kilka uderzeń serca skóra przestała palić ją ze wstydu. Teraz czuła się jednak tak samo, jak wtedy. Czuła, że śniadanie już cofa jej się do gardła, ale tym razem nie mogła pozwolić na to, by wydostało się na światło dzienne. Wiedziała już, że nie są to żadne przelewki ani wytwór jej wyobraźni. Musiała się czymś zatruć, a teraz te wymioty chodziły za nią jak czarne chmury. Prędko musiała przedostać się do lecznicy, by wyprosić medyków o jakieś zioła albo cokolwiek innego, byle tylko uratować Kryształkę od kolejnego upokorzenia.
W trybie natychmiastowym zerwała się z posłania i zaczęła biec do legowiska medyków, o mało się przy tym nie wywracając. Wleciała do lecznicy jak burza, od razu skupiając na sobie wzrok Cisowego Tchnienia, Roztargnionego Koperka i Chudego Grzbietu. Jej przerażone oczy mówiły wszystko.
— Ja… ja chyba zaraz zwymiotuję! — rzuciła wprost, a w jej oczach wbrew jej woli zakręciły się łzy. Czuła się tak potwornie! Znowu traciła całą siłę w łapach i miała wrażenie, jakby świat wokół niej wirował.
Usłyszała czyjeś kroki. Szylkretowa medyczka podeszła do Kryształki, przyglądając się jej przez dłuższą chwilę.
— To jakieś zatrucie? — zapytała po jakimś czasie, próbując odkryć powód, dla którego Kryształka była o włos od zwymiotowania zjedzonego posiłku.
Wojowniczka nie znała jednak podłoża swojego problemu z wymiotami.
— Nie… nie wiem. Kilka dni temu też tak miałam, a teraz znowu! Proszę, pani Cisowe Tchnienie, nie chcę już więcej rzygać! — przeraziła się.
Czyżby znowu się ośmieszała? Być może. Jednak w obliczu takiej katastrofy każdy zacząłby panikować.
— Ja mogę jej podać zioła przeciwwymiotne! — krzyknął gdzieś z tyłu Chudy Grzbiet, po czym podszedł do Ośnieżonego Kryształu z kilkoma listkami w pysku.
Wojowniczka chwyciła je łapczywie i zaczęła szybko przeżuwać. Przełknęła je za jednym razem, po czym odetchnęła z ulgą, wierząc, że to już koniec jej przygody z wymiotami.
— Dziękuję! — miauknęła w pierwszej chwili, uśmiechając się do medyków, wobec których była naprawdę wdzięczna. — Naprawdę doceniam waszą pracę. Klan nie poradziłby sobie bez was! — kontynuowała, poruszając wibrysami z radości.
Cisowe Tchnienie, Roztargniony Koperek i Chudy Grzbiet wpatrywali się w nią trochę zakłopotani.
Z jej mordki uciekło jeszcze kilka pochwał i słów podzięki, aż w końcu Kryształka skinęła głową na pożegnanie medykom i wybyła z lecznicy, pozostawiając ich w zdumieniu.
* * *
Właściwie… nawet całkiem spodobał jej się ten pomysł. Gdy tylko wpadł jej do głowy, wybyła z azylu Klanu Wilka i skierowała się w stronę granicy z inną przynależnością. Do wyboru miała Klan Klifu bądź Klan Burzy i jeszcze nie wiedziała, dokąd poprowadzą ją łapy. Właściwie z nikim z tych dwóch klanów nie miała jakiejś istotnej relacji, toteż mogłaby uciec do któregokolwiek. Naprawdę uważała, że wszędzie byłoby lepiej niż w tym okrutnym Klanie Wilka, w którym posyłano kocięta na śmierć, a uczniom kazano walczyć o awans. Tak nie powinno być! Przemoc była doprawdy ohydna, a zarazem tak bardzo znormalizowana w miejscu, w którym żyła Kryształka.
Podczas podróży niebieskooka zaczęła zastanawiać się nad tym, jak mogłoby wyglądać jej życie w innej przynależności. Czy nareszcie polubiłby ją ktoś inny, oprócz jej własnej siostry? Wtedy zaczynałaby z czystą kartą. Nikt z jej nowych pobratymców nie wiedziałby o tym, skąd była blizna nad jej nosem ani o tym, że prawie się przed kimś zrzygała. Czy nie brzmiało to pięknie? Ponadto w innym klanie mogłaby znaleźć miłość swojego życia i założyć z nią rodzinę. Tak bardzo o tym marzyła! Lecz w Klanie Wilka nie miała co liczyć na taki obrót spraw. Nie sądziła, by ktokolwiek nadawał się na zostanie jej drugą połówką. Niby uważała Rozbitego Księżyca za całkiem urokliwego, lecz ten zdawał się wierzyć w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd, co Kryształkę nieco odrzucało. Niegdyś była też zauroczona w Kalinowym Powiewie, a może wciąż była? W każdym razie z nią nie mogłaby posiadać biologicznych kociąt. No, a poza tym piękna wojowniczka o oklapniętych uszach raczej nie odwzajemniała marnych zalotów Kryształki.
W końcu Wilczaczka stwierdziła, że nie będzie się ograniczać do istniejących kotów. Zaczęła wyobrażać sobie idealnego partnera, którego mogłaby spotkać na granicy i zakochać się w nim od pierwszego wejrzenia. Na pewno byłby wysoki i bardzo elegancki. Poruszałby się dostojnie, miałby długie, czyste futro i oczy pełne ciepła. Wspierałby Kryształkę w trudnych chwilach, aż do momentu, w którym finalnie namówiłby ją do dołączenia do swojej przynależności i życia długo i szczęśliwie.
Wojowniczka tak bardzo się rozmarzyła, że nawet nie zauważyła, iż wyrósł przed nią jakiś intruz. Zatrzymała się kilka długości wąsów od niego, a wtedy czar prysł. Spodziewała się tu spotkać ideał kocura, a temu koledze… było do niego daleko. Przede wszystkim był to jakiś dzieciak, a Kryształka w takich nie gustowała! Poza tym był wysoki, ale niestety nie szczupły ani elegancki. Miał przerażające, kobaltowe oczy i zabawne, wywinięte uszy. Tylko co on tu właściwie robił?
<Kolego?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz