Niebieski kocurek akurat wrócił z wieczornego polowania razem z tatą, przynosząc ze sobą parę gryzoni. Samemu Firletce udało się upolować wiewiórkę oraz ryjówkę! Był z siebie bardzo dumny, bowiem nigdy tak dobrze nie poszło mu polowanie. Trójoki Zając niósł zaś w pysku solidnie zbudowanego królika. Nim naje się co najmniej trójka kotów. Tak więc uczeń wziął zdobycz i od razu zaniósł do żłobka. Niedawno przecież nowe kocięta się urodziły, też ich matka potrzebowała dużo jedzenia. Gdy wrócił do ojca, ten polizał go czule między uszami.
— Jestem z ciebie tak bardzo dumny — wymruczał, a Firletkowa Łapa uśmiechnął się do niego.
— Staram się, jak mogę — odparł.
Wojownik posłał mu jeszcze czułe spojrzenie, po czym odszedł do odpoczywającej niedaleko Kukułczego Wdzięku, a młodzik wziął ze sterty pierwszą lepszą piszczkę i ruszył pod legowisko uczniów, gdzie położył się i zjadł swój posiłek. Następnie wykonał swoją wieczorną toaletę i zniknął w legowisku.
* * *
Następnego dnia obudził się z dziwnym uczuciem. Łapy mu zdrętwiały i miał wrażenie, że coś mu się śniło, ale nie mógł sobie skojarzyć, co dokładnie. Czuł się, jakby miał mgłę w mózgu. Otrząsnął się i wstał, rozciągając łapy. Gdy wyszedł z legowiska, okazało się, że nikt jeszcze nie wyszedł na centrum obozu. Gdy wyjrzał przez wodospad, to słońce dopiero co wyłaniało się zza morskiego horyzontu. Gdy zdał sobie sprawę z wczesnej pory, stwierdził, że może jednak wróci do legowiska i poczeka, aż wojownicy wstaną. Zanim jednak to zrobił, usłyszał okrzyki i śmiechy mew. Nastawił uszu i spróbował coś dojrzeć między wodospadem a jaskinią, ale jednak nie widział zbyt dużo. Tak więc szybko wślizgnął się do swojego posłania i zamknął oczy. Nawet nie wiedział, kiedy zasnął.
Jednak po paru dłuższych chwilach wyrwało go ze snu ziewanie kogoś gdzieś obok. Stęknął i przeciągnął łapy. Teraz coś mu zaświtało. Przyśniło mu się wcześniej, że latał razem z ptakami nad morzem! Bardzo mu się spodobał ten koncept, ale niestety to było niemożliwe.
Ziewnął, by się rozbudzić, po czym usiadł i umył łapy oraz głowę. Wyszedł z legowiska i podbiegł do taty, który akurat wychodził ze swojego posłania.
— Tato! — kzyknął szeptem. — Możemy dziś wcześnie wyjść na patrol? Bo chciałbym pooglądać mewy! — oznajmił, podczas gdy Trójoki Zając dopiero zaczynał kontaktować po śnie.
— Już, dobra, dobra — ziewnął.
— No, ale chyba nie sami? — spytała się zaspana Kukułczy Wdzięk, a zielonoocy spojrzeli się na nią. — Może przejdę się z wami? Dawno nie byłam z kimś z moich dzieci poza obozem. — Uśmiechnęła się, wstając z posłania, a potem wszyscy zeszli na dół.
Gdy cała trójka już była przy wyjściu z obozu, kremowy wojownik kiwnął głową i wyszli z jaskini. Firletkowa Łapa tak się cieszył, że poszła z nimi mama, że aż dodało mu to sił. Popędził przed siebie, pilnując się, by nie stanąć zbyt blisko krawędzi.
Truchtał wzdłuż klifu, bacznie obserwując wszystkie ptaki, szukając tych bardziej krępych i dłuższych ciał, bo w ten sposób można rozróżnić fulmary od mew. Wtedy — tam! Jest, nieco większy ptak od reszty! Zatrzymał się i z szeroko rozdziawionym pyskiem i niemal nie mrugając, obserwował te piękne zwierzę. Nawet nie zauważył, kiedy zbliżył się za mocno do krawędzi. Tylko krok go dzielił od upadku w przepaść. Zaciekle obserwował wiszącego w powietrzu fulmara, nieświadom niebezpieczeństwa, na którego skraju się znajdował. Wyciągnął łapę przed siebie, gotowy zrobić kolejny krok. Za nim rozległ się przeraźliwy głos:
— FIRLETKO!
I zanim się obejrzał, stracił grunt. Ześlizgnął się ze skraju, tracąc równowagę. Łyknął powietrze z nagłego przerażenia, a serce mu się niemal zatrzymało. Poleciał przodem w dół, lecz instynktownie ustawił się w pozycji lądowania, z wyprostowanymi pod siebie łapami i naprężonymi mięśniami gotowymi do bezpiecznego upadku. Jednak pech chciał, że zaraz pod nim znajdował się wysoki głaz na samej granicy plaży i morza. Uderzył w niego lewą łapą z impetem. Usłyszał trzask, w gardle zebrał mu się krzyk. Poczuł, jak krew mu wrzeje w lewej łapie na całej jej długości. Bark jakby mu się wybił. Po zderzeniu z głazem ciężar jego ciała przekierowany został w prawo, uderzając głową o ścianę klifu, a kamień leżący pod nią niczego nie polepszył. Natychmiast jego wizję zalała ciemność, w uszach zabrzmiał dziwny szum.
* * *
Otworzył oczy. Wszystko było spowite jakby mrokiem. Dźwięki były zniekształcone. Mrugnął. Nagle jego lewą stronę ciała oblał paraliżujący ból. Był półświadomy, a przed jego oczyma widział rozlany, kremowy kształt, a obok drugi, taki jakby szaro-kremowy. Stęknął, a jego ciało przeszły dreszcze. Było zimno, mokro, coś go oblewało po głowie. Próbował się poruszyć, ale na marne. Gdy w końcu trochę oprzytomniał, a rozlane kształty zaczynały nabierać sylwetki, wrzasnął z ogromnego bólu promieniującego od lewej łapy. Była cała zakrwawiona, gdzieś z boku głowy też ciekła ciepła, szkarłatna strużka. Próbował się jakoś podnieść, ale to powodowało więcej bólu. Obie sylwetki były dla niego nierozpoznawalne, jakby były tylko czymś, nie kimś. Cokolwiek do niego mówili, nie docierało. Jakby ktoś wyłączył mu zdolności poznawcze i rozumienia. Jęknął, po czym po prostu się poddał i przestał próbować się podnieść. Jedynym słowem, które wisiało w jego głowie, było:
<Tato…?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz