Tyle że szylkretka nie potrzebowała, by ktoś się nią zajął. Była zdrowa jak ryba w wodzie! Przyszła tu jedynie dlatego, że miała nadzieję na rozmowę z Purchawką. Ta głupia szamanka! Powiedziała jej o jakimś kocie, który nazywał się Wilczomlecz, ale takiego wcale nie było w Owocowym Lesie! Smok pytała już innych Owocniaków i każdy z nich tylko wzruszał ramionami, przyznając, że nie ma pojęcia o istnieniu żadnego Wilczomlecza. Wychodziło na to, że Purchawka musiała ją po prostu perfidnie okłamać! W żywe oczy! Jak ona w ogóle śmiała przekazać szylkretowej uczennicy fałszywe informacje! Mogła się chociaż przyznać, że nie potrafi lisiej mowy i nie wie, czy ktokolwiek inny ją zna, zamiast opowiadać kotce o nieistniejącym kocie i niepotrzebnie robić jej nadzieję!
W dodatku samopoczuciu Smoka nie pomagał fakt, że w lecznicy przebywał jej nieznośny brat — Pierścień. Nie mogła nawet na niego patrzeć, tym bardziej teraz, gdy była sfrustrowana na Purchawkę i w ogóle cały świat wokół. Widząc jego głupiutki pyszczek, miała ochotę wysunąć pazury i przejechać nimi po tej jego mordce! Wiedziała, że musi się jednak powstrzymać. Nie mogła przecież zaatakować Pierścienia na oczach Modrogończyka i szamanki, bo tylko przyniosłaby sobie wstyd i problemy. A tego nie chciała, bo mogłoby to wydłużyć jej czas trwania treningu. Czereśnia pewnie za karę kazałby jej znacznie dłużej kisić się na posadzie ucznia, co byłoby dla niej istnym koszmarem. W końcu co, gdyby w międzyczasie Mordor lub Pierścień zdążyli się mianować? Nie mogła do tego za żadne skarby dopuścić!
— Hej, już zająłem się twoim bratem — odezwał się nagle czekoladowy uczeń, wyrywając tym samym szylkretkę z zamyślenia. — Mów śmiało, co ci dolega. Wiem już całkiem sporo o chorobach i ziołach, więc jestem pewny, że będę w stanie ci pomóc — dodał jeszcze, uśmiechając się ciepło do swojej starszej koleżanki.
Ta jednak go zignorowała. Skoro już została wyrwana z zamyślenia, odnalazła wzrokiem Purchawkę i szybko do niej podeszła, zostawiając Gończyka bez odpowiedzi. Może i było to niemiłe z jej strony, ale czy można ją za to winić, gdy jest w tak złym humorze? Uczeń szamana powinien użyć swojego szóstego zmysłu i wykryć, że Smok nie ma ochoty na rozmowę z nim.
— Pulchawko! — burknęła szylkretka, gdy w końcu znalazła się przed szamanką.
Ta spojrzała na nią ze zdziwieniem, po czym przeniosła wzrok na Modrogończyka. Nie obserwowała go jednak zbyt długo i po chwili znów wlepiła spojrzenie w Smoka.
— Tak? Coś ci dolega? Jeśli tak, Modrogończyk może się tobą zająć. Zapewniam cię, że wie, co robi — oznajmiła.
W uczennicy krew zagotowała się jeszcze bardziej. Czemu wszyscy w tym Owocowym Lesie byli takimi idiotami! Zapchlone mysie papki! Głupie lisie bobki! Smok czuła się tak, jakby powoli traciła już poczytalność, gdy miała rozmawiać z tymi kotami, które chyba zamieniły się z gołębiami rozumem.
— Nic mi nie dolega! — warknęła przez zęby, jeżąc sierść na karku z poirytowania.
Purchawka zdziwiła się zirytowanym tonem uczennicy.
— Jesteś pewna? Wydajesz się całkiem spięta, słoneczko. Może źle spałaś? Mogę podać ci nasiona maku — zaproponowała szamanka, wyglądając na szczerze przejętą.
Smok rozluźniła się nieco, po czym przewróciła oczami.
— Nie chcę żadnych ziół! — stwierdziła i odwróciwszy się tyłem do Purchawki, strzepnęła ogonem. — Chodź za mną — poleciła, nawet nie siląc się na grzeczny ton. Miała już dość tych wszystkich głupków w Owocowym Lesie!
Szamanka, wciąż nieco zdziwiona, podążyła za uczennicą na środek azylu. Na jej pysku widniało zdumienie, a także może sfrustrowanie tym, jak niemiła była dziś Smok.W dodatku samopoczuciu Smoka nie pomagał fakt, że w lecznicy przebywał jej nieznośny brat — Pierścień. Nie mogła nawet na niego patrzeć, tym bardziej teraz, gdy była sfrustrowana na Purchawkę i w ogóle cały świat wokół. Widząc jego głupiutki pyszczek, miała ochotę wysunąć pazury i przejechać nimi po tej jego mordce! Wiedziała, że musi się jednak powstrzymać. Nie mogła przecież zaatakować Pierścienia na oczach Modrogończyka i szamanki, bo tylko przyniosłaby sobie wstyd i problemy. A tego nie chciała, bo mogłoby to wydłużyć jej czas trwania treningu. Czereśnia pewnie za karę kazałby jej znacznie dłużej kisić się na posadzie ucznia, co byłoby dla niej istnym koszmarem. W końcu co, gdyby w międzyczasie Mordor lub Pierścień zdążyli się mianować? Nie mogła do tego za żadne skarby dopuścić!
— Hej, już zająłem się twoim bratem — odezwał się nagle czekoladowy uczeń, wyrywając tym samym szylkretkę z zamyślenia. — Mów śmiało, co ci dolega. Wiem już całkiem sporo o chorobach i ziołach, więc jestem pewny, że będę w stanie ci pomóc — dodał jeszcze, uśmiechając się ciepło do swojej starszej koleżanki.
Ta jednak go zignorowała. Skoro już została wyrwana z zamyślenia, odnalazła wzrokiem Purchawkę i szybko do niej podeszła, zostawiając Gończyka bez odpowiedzi. Może i było to niemiłe z jej strony, ale czy można ją za to winić, gdy jest w tak złym humorze? Uczeń szamana powinien użyć swojego szóstego zmysłu i wykryć, że Smok nie ma ochoty na rozmowę z nim.
— Pulchawko! — burknęła szylkretka, gdy w końcu znalazła się przed szamanką.
Ta spojrzała na nią ze zdziwieniem, po czym przeniosła wzrok na Modrogończyka. Nie obserwowała go jednak zbyt długo i po chwili znów wlepiła spojrzenie w Smoka.
— Tak? Coś ci dolega? Jeśli tak, Modrogończyk może się tobą zająć. Zapewniam cię, że wie, co robi — oznajmiła.
W uczennicy krew zagotowała się jeszcze bardziej. Czemu wszyscy w tym Owocowym Lesie byli takimi idiotami! Zapchlone mysie papki! Głupie lisie bobki! Smok czuła się tak, jakby powoli traciła już poczytalność, gdy miała rozmawiać z tymi kotami, które chyba zamieniły się z gołębiami rozumem.
— Nic mi nie dolega! — warknęła przez zęby, jeżąc sierść na karku z poirytowania.
Purchawka zdziwiła się zirytowanym tonem uczennicy.
— Jesteś pewna? Wydajesz się całkiem spięta, słoneczko. Może źle spałaś? Mogę podać ci nasiona maku — zaproponowała szamanka, wyglądając na szczerze przejętą.
Smok rozluźniła się nieco, po czym przewróciła oczami.
— Nie chcę żadnych ziół! — stwierdziła i odwróciwszy się tyłem do Purchawki, strzepnęła ogonem. — Chodź za mną — poleciła, nawet nie siląc się na grzeczny ton. Miała już dość tych wszystkich głupków w Owocowym Lesie!
— O czym chciałaś mi powiedzieć, słoneczko? — zapytała dymna, wyginając swój pysk w wymuszonym uśmiechu.
Wtem uczennica zmierzyła morderczym wzrokiem starszą szamankę.
— Co chciałam powiedzieć? — powtórzyła, patrząc na Purchawkę tak, jakby chciała ją unicestwić samym spojrzeniem. — To, że mnie okłamałaś, ty oszukistko! — prychnęła, jeżąc sierść na karku. — W Owocowym Lesie nie ma żadnego Wilczomlecza! Wymyśliłaś go, kłamco! — dodała, marszcząc nos.
Dymna zamrugała kilka razy ze zdumienia.
— Jak to nie ma? — wydukała, po czym przekręciła głowę. — Przecież nie słyszałam, by umarł. Jestem pewna, że gdyby coś mu się stało, to wiedziałabym o tym jako jedna z pierwszych! — uparła się, mierząc Smoka podejrzliwym wzrokiem.
— Nie obchodzi mnie to! Przeszukałam cały obóz i spytałam każdego kota o jakiegoś Wilczomlecza, ale nikt nie wiedział, o kogo chodzi! — fuknęła, strzepując ogonem ze złości.
To, co wyprawiała Purchawka, było po prostu żałosne. Wymyślała sobie jakiegoś nieistniejącego kota, a potem próbowała wkręcić biedną uczennicę w to, że jednak istnieje. A teraz, zamiast przyznać się do bycia okrutnikiem, brnęła w to kłamstwo dalej! To było naprawdę nie do pomyślenia. Tak nie powinna się zachowywać kotka, która miała w Owocowym Lesie tak dużo władzy! Smok lepiej by się spisała na jej miejscu. Albo nawet i ten głupi Modrogończyk.
— Mam nadzieję, że twój synalek szybko zajmie twoje miejsce — wymamrotała pod nosem, na co Purchawka wyciągnęła w jej stronę szyję.
— Co mówiłaś? — spytała, lecz szylkretka jedynie przewróciła oczami. — No, nieważne… Ale wracając do Wilczomlecza, to jestem pewna, że żyje! Nie wiem, czy ma się dobrze, biorąc pod uwagę jego stan psychiczny… ale na pewno żyje! — zapewniła uczennicę.
Smok wciąż jednak nie była przekonana. Przecież to niemożliwe, by nikt poza Purchawką nigdy nie słyszał o żadnym Wilczomleczu. Spytała tyle kotów — starszych i młodszych — i żaden nie wiedział, o kogo mogło jej chodzić. Sama też nie wiedziała, jak powinna opisać kota, którego szuka. Nawet jeśli Purchawka kiedyś jej go opisywała, to już tego nie pamiętała. Jedyne, co miała, to tę imię, którego nikt nigdy nie zdawał się słyszeć.
— Skoro jesteś taka pewna, że ten cały Wilczomlecz istnieje, to mnie do niego zaprowadź — zażądała, strosząc futro na karku. Tak będzie najłatwiej zagiąć Purchawkę i wywlec jej kłamstwo na światło dzienne.
— Teraz? — zapytała szamanka, oglądając się w stronę lecznicy.
— No laczej, że telaz.
Nie zamierzała ani chwili dłużej robić z siebie głupka i pytać kotów o kota, który był tylko wytworem bujnej wyobraźni szamanki. Smok nie mogła przecież przynosić sobie wstydu! Ona była wszechwiedząca i nieomylna, a takim pytaniem o nieistniejącego Wilczomlecza pewnie sprawiła, że koty patrzyły teraz na nią jak na obłąkaną. Miała tylko nadzieję, że szybko zapomną o tym incydencie.
W końcu starsza skinęła głową, przerywając spiralę myśli uczennicy.
— Dobrze. Powinien przebywać w legowisku starszych — oznajmiła, od razu zmierzając w tamtą stronę.
Szylkretka zdziwiła się, że szamanka wyglądała na taką pewną istnienia Wilczomlecza. Czyżby jej już do reszty odbiło? Smok przecież weszła do legowiska starszych i wprost spytała, czy przebywał tam ktoś o takim imieniu. Większość zgodnie odpowiedziała, że nie zna nikogo, kto zwałby się Wilczomlecz!
Mimo to szylkretowa przeraziła się trochę, że mogłaby być w błędzie. Purchawka wyglądała na naprawdę przekonaną o swojej racji. Tak bardzo, że kotka z największym ego w Owocowym Lesie zaczęła się obawiać.Wtem uczennica zmierzyła morderczym wzrokiem starszą szamankę.
— Co chciałam powiedzieć? — powtórzyła, patrząc na Purchawkę tak, jakby chciała ją unicestwić samym spojrzeniem. — To, że mnie okłamałaś, ty oszukistko! — prychnęła, jeżąc sierść na karku. — W Owocowym Lesie nie ma żadnego Wilczomlecza! Wymyśliłaś go, kłamco! — dodała, marszcząc nos.
Dymna zamrugała kilka razy ze zdumienia.
— Jak to nie ma? — wydukała, po czym przekręciła głowę. — Przecież nie słyszałam, by umarł. Jestem pewna, że gdyby coś mu się stało, to wiedziałabym o tym jako jedna z pierwszych! — uparła się, mierząc Smoka podejrzliwym wzrokiem.
— Nie obchodzi mnie to! Przeszukałam cały obóz i spytałam każdego kota o jakiegoś Wilczomlecza, ale nikt nie wiedział, o kogo chodzi! — fuknęła, strzepując ogonem ze złości.
To, co wyprawiała Purchawka, było po prostu żałosne. Wymyślała sobie jakiegoś nieistniejącego kota, a potem próbowała wkręcić biedną uczennicę w to, że jednak istnieje. A teraz, zamiast przyznać się do bycia okrutnikiem, brnęła w to kłamstwo dalej! To było naprawdę nie do pomyślenia. Tak nie powinna się zachowywać kotka, która miała w Owocowym Lesie tak dużo władzy! Smok lepiej by się spisała na jej miejscu. Albo nawet i ten głupi Modrogończyk.
— Mam nadzieję, że twój synalek szybko zajmie twoje miejsce — wymamrotała pod nosem, na co Purchawka wyciągnęła w jej stronę szyję.
— Co mówiłaś? — spytała, lecz szylkretka jedynie przewróciła oczami. — No, nieważne… Ale wracając do Wilczomlecza, to jestem pewna, że żyje! Nie wiem, czy ma się dobrze, biorąc pod uwagę jego stan psychiczny… ale na pewno żyje! — zapewniła uczennicę.
Smok wciąż jednak nie była przekonana. Przecież to niemożliwe, by nikt poza Purchawką nigdy nie słyszał o żadnym Wilczomleczu. Spytała tyle kotów — starszych i młodszych — i żaden nie wiedział, o kogo mogło jej chodzić. Sama też nie wiedziała, jak powinna opisać kota, którego szuka. Nawet jeśli Purchawka kiedyś jej go opisywała, to już tego nie pamiętała. Jedyne, co miała, to tę imię, którego nikt nigdy nie zdawał się słyszeć.
— Skoro jesteś taka pewna, że ten cały Wilczomlecz istnieje, to mnie do niego zaprowadź — zażądała, strosząc futro na karku. Tak będzie najłatwiej zagiąć Purchawkę i wywlec jej kłamstwo na światło dzienne.
— Teraz? — zapytała szamanka, oglądając się w stronę lecznicy.
— No laczej, że telaz.
Nie zamierzała ani chwili dłużej robić z siebie głupka i pytać kotów o kota, który był tylko wytworem bujnej wyobraźni szamanki. Smok nie mogła przecież przynosić sobie wstydu! Ona była wszechwiedząca i nieomylna, a takim pytaniem o nieistniejącego Wilczomlecza pewnie sprawiła, że koty patrzyły teraz na nią jak na obłąkaną. Miała tylko nadzieję, że szybko zapomną o tym incydencie.
W końcu starsza skinęła głową, przerywając spiralę myśli uczennicy.
— Dobrze. Powinien przebywać w legowisku starszych — oznajmiła, od razu zmierzając w tamtą stronę.
Szylkretka zdziwiła się, że szamanka wyglądała na taką pewną istnienia Wilczomlecza. Czyżby jej już do reszty odbiło? Smok przecież weszła do legowiska starszych i wprost spytała, czy przebywał tam ktoś o takim imieniu. Większość zgodnie odpowiedziała, że nie zna nikogo, kto zwałby się Wilczomlecz!
— Byłam w legowisku stalszych i pytałam ich o Wilczomlecza! Nikt kogoś takiego nigdy nie widział — zaczęła się tłumaczyć, podążając za dymną kotką. — Więc jeśli ktoś taki naplawdę istnieje, to chyba musisz potlafić czalować! — kontynuowała, wpatrując się w niewzruszony wyraz pyska Purchawki.
Wkrótce kotki wkroczyły do legowiska starszych, a szamanka od razu się zatrzymała, wlepiając spojrzenie w liliowego, zgarbionego kocura. Ten uniósł swoje zielone ślepia na przybyłe, drżąc pod ich spojrzeniem. Dziwak.
— Wilczomleczu! — zawołała dymna kotka, podchodząc do pręgowanego. — Ta oto młódka, Smok, chciałaby z tobą porozmawiać — oznajmiła, po czym odwróciła głowę, by spiorunować szylkretkę wzrokiem.
Ta jednak zmarszczyła brwi.
— Halo, to nie żaden Wilczomlecz! — wrzasnęła, przeciskając się przez leżące na ziemi posłania do tego, które należało do liliowego. — Przecież on się nazywa Wiciokzew! Tak mi powiedziała leszta stalszych! — oburzyła się, jeżąc sierść na karku.
Szamanka spojrzała na nią zdziwiona, lecz nim cokolwiek powiedziała, przerwał im starszy:
— T-tak… — mruknął, zwracając na siebie uwagę dwóch kotek. — Nazywam się W-Wiciokrzew, lecz Pu-Purchawka od dawna myli moje i-imię — oznajmił, wlepiając wzrok w ziemię.
Szamanka i uczennica spojrzały po sobie. Czyli żadna z nich się nie myliła? To wszystko było tylko jednym, wielkim nieporozumieniem?
Smok prychnęła coś pod nosem.
— Świetnie! Tyle zachodu, żeby się dowiedzieć, że pzez cały czas szukałam nie tego kota! — bąknęła niezadowolona. — No ale pzynajmniej telaz już go znalazłam, więc możesz już zostawić nas samych — zwróciła się do szamanki, po czym strzepnęła ogonem.
Purchawka skinęła głową.
— Dobrze, słoneczko. Życzę ci, byś dowiedziała się od Wilcz- Wiciokrzewa tego, czego pragniesz — mruknęła na pożegnanie i wybyła z legowiska starszych.
Smok spojrzała na raczej mizernego, pokiereszowanego i naznaczonego zębem czasu kocura. Wyglądał, jakby przejechał go Potwór Dwunożnych! No i w dodatku szylkretka zdążyła już dostrzec, że nie miał jednej łapy. I niby od niego miała się uczyć lisiej mowy?
— No, eee… Ogólnie to chciałam z tobą polozmawiać, bo zaintelesowała mnie lisia mowa! Podobno ją potlafisz, co nie? — zaczęła trochę niezręcznie. Starszy emanował dziwną energią, a może raczej jej brakiem. Wyglądał trochę jak skorupa bez duszy, a nie jak kot.
— Owszem… p-potrafię — odparł.
Ach. W dodatku strasznie się jąkał! Przynajmniej Smok mogła czuć się raźniej, gdyż także nie mówiła w taki sam sposób jak większość Owocniaków. Tak samo, jak jej siostra. Co za pech!
— Świetnie. W takim lazie mnie jej nauczysz — ogłosiła, przybierając zadowolony wyraz pyska. Nie pozostawiła kocurowi miejsca na sprzeciw. — Pzyjdę do ciebie za niedługo i mnie nauczysz! Telaz muszę już iść, pa! — pożegnała się z nim i czmychnęła szybko poza legowisko starszych.
Może nie była to najdłuższa interakcja i może nie zrobiła na Wiciokrzewie dobrego pierwszego wrażenia, lecz wcale nie była przygotowana na tę rozmowę. Myślała, że Purchawka naprawdę wymyśliła sobie tego kota! Zdziwiło ją to ogromnie, gdy okazało się, że przez cały ten czas po prostu myliła jego imię.
* * *
Teraźniejszość
Gdy tak nad tym myślała, wreszcie przypomniała sobie także o lisiej mowie. A wtedy od razu połączyła kropki i doszła do wniosku, że… mogłaby również nawracać lisy! Jeśli poznałaby wystarczająco dużo słów w języku lisów, mogłaby opowiadać im o Gwiezdnych Przodkach! Czy to nie byłoby wspaniałe? Czy za ten czyn Śnienie nie zacząłby jej chwalić i dziękować? No i ponadto pewnie zyskałaby również aprobatę lisów, gdyby te zaczęły wierzyć w to, co im przekazuje! A to oczywiste, że zaczęłyby wierzyć. W końcu powiedziałaby im o tych dziewięciu żywotach, o snach, o… wszystkim!
Nie mogąc powstrzymać uśmiechu, który malował się na jej pyszczku, zeszła z drzewa, na którym znajdowało się legowisko uczniów, i pognała odwiedzić Wiciokrzewa. Wreszcie. Po tylu księżycach! Wreszcie uda jej się wymusić naukę lisiej mowy i osiągnie to, czego pragnęła już od dłuższego czasu! Była zdeterminowana jak nigdy dotąd. Tym razem nie mogła zapomnieć o tych naukach, musiała się na nich skupić! Jej trening i tak dobiegał już końca, a przynajmniej tak czuła w kościach, więc teraz powinna mieć więcej czasu na inne sprawy.
Wsadziła łeb do środka pomieszczenia, wypatrując wzrokiem liliowego kocura. W końcu wlepiła w niego spojrzenie. Zdawał się spać. A może tylko miał zamknięte oczy?
— Wiciokzewie! — zawołała, tym samym sprawiając, że zielonooki wręcz zerwał się na równe łapy.
— Smok…? — wyszeptał cicho, wyciągając szyję w jej stronę. — Co ty tu ro-robisz? Chcesz wreszcie… na-nauczyć się…
— Lisiej mowy! Tak! — przerwała mu szylkretka, stawiając uszy na sztorc. — Chcę się nauczyć lisiej mowy! Telaz! — zażądała, po czym, nie czekając na odpowiedź starszego, wybiegła z legowiska i ustawiła się przy wyjściu z azylu. Gdyby została tam dłużej, ten mógłby zacząć się upierać, teraz natomiast nie mógł jej tak wystawić. Prawda?
Czekała tak przez dłuższą chwilę, aż w końcu przed jej oczami wyłonił się Wiciokrzew. No wreszcie! Ile można było na niego czekać? Raczej nie wyglądał tak, jakby specjalnie szykował się do tego spaceru — więc co zajęło mu aż tyle czasu? Futro wciąż miał rozczochrane i dosyć brudne, a minę senną i równie smętną.
— Naleszcie! Wleczesz się jak mucha w miodzie. Myślałam, że będę tu musiała czekać aż do zachodu! — zażartowała i od razu wybyła z obozu, zmierzając w stronę pól, na których rosły wrzosy. Tam podobno patrol znalazł Wróżkę, a także lisa! Na tym drugim Smokowi zależało najbardziej, choć nie pogardziłaby też kolejnym białofutrym kotem o śmiesznych oczach. Chciałaby takiego przyprowadzić do Owocowego Lasu… Czy Śnienie też by go wtedy polubił? I czy przez to zacząłby bardziej szanować Smoka?
Gdy dotarli w okolice granicy z Klanem Burzy, Wiciokrzew stanął jak wryty.
— Lis… musiał tu n-niedawno przechodzić — oznajmił, patrząc na szylkretkę.
— No co ty nie powiesz, geniuszu! To chyba oczywiste, że jakieś się tu błąkają. Pzecież patlol ostatnio widział tu jedną z tych ludych bestii! — stwierdziła, rozglądając się wokół i wciągając drażniącą woń do płuc. A więc tak pachniały lisy? Interesujące. Ale też przydatne! Skoro chciała z nimi kiedyś konwersować, musiała wiedzieć, jak je znaleźć. — Wiesz, w któlą stlonę poszedł? Moglibyśmy go znaleźć i z nim polozmawiać! — wypaliła nagle, stawiając ogon do góry.
Starszy pokręcił stanowczo głową.
— N-nie… Nie możemy. To n-niebezpieczne — mruknął, wlepiając wzrok w łapy.
— No ploszę cię! Co złego może się stać? Pzecież umiesz się komunikować z lisami! Powiesz mu, że pzychodzimy w pokoju i nas nie zaatakuje — burknęła, jakby to było oczywiste. — Chyba że tak naplawdę nie potlafisz lozmawiać z lisami i tylko mnie wlabiasz! — zastanowiła się, mrużąc podejrzliwie oczy.
— Umiem, umiem… — odparł Wiciokrzew, kładąc po sobie uszy. — Ale nie ro-robię tego, kiedy nie jest to ko-konieczne. Nie chcę cię na-narażać, gdybyśmy… tra-trafili na jakiegoś a-agresywnego osobnika — wyjaśnił spokojnie.
— Bzdula! Lisy nie mogą być aż tak stlaszne. Poza tym jestem baldzo szybka i silna! Dam ladę go pokonać! Albo chociaż od niego uciec! Czy lisy potlafią wspinać się na dzewa? Chyba nie. No właśnie! A ja umiem! — próbowała go namówić.
— Ty może i bie-biegasz szybko, ale ja… n-nie — westchnął pręgowany, zawracając w stronę obozu. — Wracajmy już. Mistral bę-będzie się o mnie ma-martwić…
Szylkretka przewróciła oczami.
— Głupia Mistlal! Co ona jest, jakimś twoim władcą? Pzecież nie może ci lozkazać siedzieć w legowisku! Poza tym nie nauczyłeś mnie ani jednego słowa po lisiemu! — oburzyła się, marszcząc brwi. Tak długo walczyła, by wywlec go poza obóz, a on już chciał wracać!
— Ona, utrapienie… — Wiciokrzew powiedział coś w języku niezrozumiałym dla Smoka.
— Co? — spytała, zdumiona bełkotem liliowego. — Co ty powiedziałeś? To było… to było po lisiemu? — zaczęła dopytywać, zaciekawiona.
Starszy westchnął ciężko.
— W li-lisim języku raczej n-nie składa się ca-całych zdań od nowa, lecz łą-łączy kilka słów, by nadać im no-nowego znaczenia czy sensu. To podstawa — oznajmił. — Przez to z-zdania mogą brzmieć tro-trochę nienaturalnie, ale tak już je-jest. Z biegiem cza-czasu większość słów przepadła w za-zapomnienie… Nie wiem, czy ktoś po-poza mną i Ose- — urwał, po czym odchrząknął. — Nie wiem, czy k-ktoś jeszcze potrafi tak do-dobrze mówić w języku lisów, jak j-ja — przyznał.
Smok uniosła jedną brew do góry.
— Ose? Ose… Osesek… Oset… Hm, więcej słów nie znam. O kogo ci chodzi? — zaczęła się zastanawiać. Czyżby mógł istnieć ktoś, kto jeszcze potrafił komunikować się z lisami? Tylko dlaczego Wiciokrzew ukrywał go przed nią?
— Nie, ni-nikt… Ten kot już n-nie żyje — miauknął, uśmiechając się smutno.
— Aha. Szkoda. W takim lazie muszę polegać tylko na tobie — rzuciła jakby trochę zawiedziona. To pewnie nie był odpowiedni moment na takie żarty, szczególnie że liliowy powiedział jej właśnie o jakimś zmarłym bliskim. Przynajmniej zakładała, że ten kot był mu bliski. Czy w przeciwnym razie wyglądałby aż tak smutno? Tak, jakby za kimś tęsknił?
— No wi-widzisz… — odrzekł pręgowany. — Słuchaj… wzię-wzięłaś mnie dziś z za-zaskoczenia. Może ju-jutro mogłabyś przyjść i na-nauczyłbym cię kilku po-podstawowych zwrotów, co? — zaproponował zielonooki, chyba już trochę zmęczony. O rany! Byli tu przecież tylko przez krótką chwilkę.
— Ech, niech ci będzie. Widzę, że wolisz zablać seklet lisiej mowy ze sobą do Klanu Gwiazdy, co? — zażartowała, na co Wiciokrzew pokręcił głową.— Lis… musiał tu n-niedawno przechodzić — oznajmił, patrząc na szylkretkę.
— No co ty nie powiesz, geniuszu! To chyba oczywiste, że jakieś się tu błąkają. Pzecież patlol ostatnio widział tu jedną z tych ludych bestii! — stwierdziła, rozglądając się wokół i wciągając drażniącą woń do płuc. A więc tak pachniały lisy? Interesujące. Ale też przydatne! Skoro chciała z nimi kiedyś konwersować, musiała wiedzieć, jak je znaleźć. — Wiesz, w któlą stlonę poszedł? Moglibyśmy go znaleźć i z nim polozmawiać! — wypaliła nagle, stawiając ogon do góry.
Starszy pokręcił stanowczo głową.
— N-nie… Nie możemy. To n-niebezpieczne — mruknął, wlepiając wzrok w łapy.
— No ploszę cię! Co złego może się stać? Pzecież umiesz się komunikować z lisami! Powiesz mu, że pzychodzimy w pokoju i nas nie zaatakuje — burknęła, jakby to było oczywiste. — Chyba że tak naplawdę nie potlafisz lozmawiać z lisami i tylko mnie wlabiasz! — zastanowiła się, mrużąc podejrzliwie oczy.
— Umiem, umiem… — odparł Wiciokrzew, kładąc po sobie uszy. — Ale nie ro-robię tego, kiedy nie jest to ko-konieczne. Nie chcę cię na-narażać, gdybyśmy… tra-trafili na jakiegoś a-agresywnego osobnika — wyjaśnił spokojnie.
— Bzdula! Lisy nie mogą być aż tak stlaszne. Poza tym jestem baldzo szybka i silna! Dam ladę go pokonać! Albo chociaż od niego uciec! Czy lisy potlafią wspinać się na dzewa? Chyba nie. No właśnie! A ja umiem! — próbowała go namówić.
— Ty może i bie-biegasz szybko, ale ja… n-nie — westchnął pręgowany, zawracając w stronę obozu. — Wracajmy już. Mistral bę-będzie się o mnie ma-martwić…
Szylkretka przewróciła oczami.
— Głupia Mistlal! Co ona jest, jakimś twoim władcą? Pzecież nie może ci lozkazać siedzieć w legowisku! Poza tym nie nauczyłeś mnie ani jednego słowa po lisiemu! — oburzyła się, marszcząc brwi. Tak długo walczyła, by wywlec go poza obóz, a on już chciał wracać!
— Ona, utrapienie… — Wiciokrzew powiedział coś w języku niezrozumiałym dla Smoka.
— Co? — spytała, zdumiona bełkotem liliowego. — Co ty powiedziałeś? To było… to było po lisiemu? — zaczęła dopytywać, zaciekawiona.
Starszy westchnął ciężko.
— W li-lisim języku raczej n-nie składa się ca-całych zdań od nowa, lecz łą-łączy kilka słów, by nadać im no-nowego znaczenia czy sensu. To podstawa — oznajmił. — Przez to z-zdania mogą brzmieć tro-trochę nienaturalnie, ale tak już je-jest. Z biegiem cza-czasu większość słów przepadła w za-zapomnienie… Nie wiem, czy ktoś po-poza mną i Ose- — urwał, po czym odchrząknął. — Nie wiem, czy k-ktoś jeszcze potrafi tak do-dobrze mówić w języku lisów, jak j-ja — przyznał.
Smok uniosła jedną brew do góry.
— Ose? Ose… Osesek… Oset… Hm, więcej słów nie znam. O kogo ci chodzi? — zaczęła się zastanawiać. Czyżby mógł istnieć ktoś, kto jeszcze potrafił komunikować się z lisami? Tylko dlaczego Wiciokrzew ukrywał go przed nią?
— Nie, ni-nikt… Ten kot już n-nie żyje — miauknął, uśmiechając się smutno.
— Aha. Szkoda. W takim lazie muszę polegać tylko na tobie — rzuciła jakby trochę zawiedziona. To pewnie nie był odpowiedni moment na takie żarty, szczególnie że liliowy powiedział jej właśnie o jakimś zmarłym bliskim. Przynajmniej zakładała, że ten kot był mu bliski. Czy w przeciwnym razie wyglądałby aż tak smutno? Tak, jakby za kimś tęsknił?
— No wi-widzisz… — odrzekł pręgowany. — Słuchaj… wzię-wzięłaś mnie dziś z za-zaskoczenia. Może ju-jutro mogłabyś przyjść i na-nauczyłbym cię kilku po-podstawowych zwrotów, co? — zaproponował zielonooki, chyba już trochę zmęczony. O rany! Byli tu przecież tylko przez krótką chwilkę.
— Nie… nie idę d-do Klanu Gwiazdy — wyjaśnił spokojnie. — Wierzę we Wszechmatkę.
Smok otworzyła szerzej oczy, jakby starszy właśnie obraził całą jej rodzinę i wszystkie pokolenia wstecz. Katastrofa! Jak on w ogóle śmiał wierzyć w tę durną Wszechmatkę, a nie w Gwiezdnych Przodków? Od małego musieli mu prać mózg, by wierzył w tę bujdę.
— Nie maltw się! Pzed nami jeszcze kilka spotkań. Na pewno pzekonam cię do właściwej wialy — oznajmiła, a w jej oczach zaiskrzyła determinacja.
Wiciokrzew westchnął zrezygnowany, rozumiejąc, że nie przemówi szylkretce do rozsądku.
Nim Smok kontynuowała swoją tyradę, były uzdrowiciel odwrócił się i zaczął zmierzać w stronę obozu. Jak on w ogóle śmiał tak ją lekceważyć? Na zbyt dużo sobie pozwalał!
Podróż minęła im w ciszy, choć uczennica cały czas miała ochotę zapytać o coś Wiciokrzewa. Właściwie, miała do niego mnóstwo pytań, lecz dla dobra jego zdrowia psychicznego postanowiła zachować milczenie. Jeszcze by się ten staruszek obraził i postanowił jej nie szkolić! Tego by nie zniosła. Zbyt bardzo się namęczyła, by finalnie nie poznać ani jednego słówka w języku lisów.
Gdy wrócili do azylu, Wiciokrzew od razu zaszył się w swoim legowisku. Smok już zmierzała w stronę swojego, aż tu nagle drogę zagrodziła jej białofutra zielarka — Mistral. Nie wyglądała na zadowoloną. Właściwie to była całkiem wkurzona.
— Co tam, lizodupko? — zakpiła Smok, nawiązując do jej relacji z Wiciokrzewem. Wszyscy w obozie wiedzieli, że Mistral kleiła się do niego jak oset do futra!
— Lizodupko? — powtórzyła zielarka ze zdumieniem. Zaraz potem zmarszczyła brwi, frustrując się jeszcze bardziej. — To ty zabierasz Wiciokrzewa poza obóz bez niczyjej wiedzy! Po jakiego kija to zrobiłaś? — warknęła rozgniewana.
— Nie intelesuj się, bo mysiej mordki dostaniesz! — rzekła Smok, po czym wyminęła Mistral i zaczęła zmierzać w stronę swojego legowiska. Nim jednak to zrobiła, poczuła, jak czyjeś zęby zaciskają się na jej ogonie.
— Ała! Puść mnie, waliatko! — krzyknęła, odwracając się i widząc kły Mistral, które przytrzymywały jej piękny, biały ogon. — Jesteś psychiczna! Tak samo, jak ten Wiciokzew!
Zielarka w końcu ją puściła, po czym wypluła na ziemię strzępek jej futra.
— Ja jestem psychiczna? — zapytała starsza. Już miała otwierać pysk, by coś dodać, gdy przerwała jej uczennica:
— Tak, ty! Słyszałam, że podajesz mu jakieś dziwne zioła! Ogalnij się, zamiast się bawić w wielkiego uzdlowiciela! — wytknęła jej. — A telaz bądź mi łaskaw i odczep się ode mnie! — syknęła.
— Nie, póki się nie dowiem, po co zabrałaś Wiciokrzewa poza obóz! — Mistral nie zamierzała odpuścić.
— W takim lazie będziesz dziś spać na moim ogonie, bo w życiu ci nie powiem! — oburzyła się, na co w końcu białofutra prychnęła. Po chwili starsza odwróciła się i zaczęła iść w stronę legowiska starszyzny. Trudno. Niech sobie porozmawia ze swoim poddanym.
* * *
Szylkretka zauważyła jednak, że ostatnimi czasy jej oko wydaje się zaropiałe. Nie wiedziała czemu i powoli zaczynało ją to denerwować. Ponadto to oko strasznie ją piekło, a gdy przez nie patrzyła, obraz wydawał się rozmazany. Wolała unikać wizyt u uzdrowicieli, gdyż twierdziła, że są dla słabeuszów, lecz nie chciała straszyć nikogo swoim chorym okiem. Gdyby zobaczył ją jakiś wróg, najpewniej by ją za to wyśmiał, a tego nie chciała! Właśnie dlatego przemogła się i weszła do lecznicy. Miała nadzieję, że Modrogończyka nie będzie w środku i będzie mógł zająć się nią Gołąbek, lecz na jej nieszczęście podszedł do niej właśnie czekoladowy kocur.
— Cześć, Smok! Co u ciebie? — zapytał, zaraz analizując ciało uczennicy w poszukiwaniu jakiegoś urazu. W końcu zatrzymał wzrok na jej pysku i skrzywił się trochę. — Oj, widzę, że masz infekcję oka. Nie martw się! Zaraz coś na to zaradzę — oznajmił i zanurkował pyskiem w składziku. Po chwili wrócił, żując w pysku jakąś roślinę. Gdy podszedł do niej i chciał nałożyć papkę na jej oko, ta w pierwszym odruchu odsunęła się, jeżąc futro na karku.
— Ty! Uważaj sobie z tą papką! Nie chcę mieć na pysku niczego, co było w twojej gębie! — zezłościła się, smagając powietrze ogonem.
— Przykro mi, ale musisz. W przeciwnym razie oko pozostanie zaropiałe i załzawione — wyjaśnił jej, na co szylkretka trochę się uspokoiła.
Brzydziła ją wizja okładu ze śliny i jakiegoś zioła, lecz nie chciała, by jej oko dalej wyglądało tak tragicznie. Pozwoliła na to, by Modrogończyk nałożył papkę na jej powiekę i owinął to wszystko pajęczyną.
— To już wszystko! — oznajmił.
— Mhm… — mruknęła żółtooka, jakby nad czymś myślała. — Wiesz, Gończyku… — dodała, przenosząc wzrok na białofutrą kocicę, która obecnie drzemała w lecznicy. — Tak sobie myślałam, czy ta kotka, aby nie jest żywym dowodem na istnienie Klanu Gwiazdy. Wygląda pzecież jak gwiazdka z nieba! No i w dodatku wiesz, że lidezy otzymują od Gwiezdnych Pzodków dziewięć żywotów — kontynuowała. — A ty niby co masz od Wszechmatki? No właśnie, nic! Jak ty możesz w nią w ogóle wiezyć, Gończyku? Czy pająki zasnuły ci mózg swoją pajęczyną? Nie ma żadnych dowodów na to, że ta wasza Wszechmatka istnieje. Lozmawiałeś kiedyś z jezykiem albo jaskółką i wiedziałeś, że to któlyś z twoich dawnych poblatymców? Dla mnie to zwykła bzdula! Tylko dulnie wieżą w jakąś Wszechsratkę! — zakpiła.
<Gończyku?>
[3646 słów + rozpoznawanie tropów lisów]
Wyleczeni: Smok
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz