Przeszłość…
. ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁⋆.𐙚 ̊ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁
— Mleeem! — Buraska wystawiła swój niewielki języczek i trzymała go tak, dopóki jedna z wcześniej wspomnianych śnieżynek nie ułożyła się wprost na nim. Nim jednak Zawijas, jej matka, zdążyła ją pospieszyć, ona już podbiegła do sióstr i starszej szylkretki. W tym czasie księżyc zdążył wyjrzeć zza horyzontu, zachwycając ją swoją delikatną aurą. W pewnym momencie jedna z jej siostrzyczek odezwała się cichym głosikiem:
— Łapy mnie troszkę, trochę bolą… — jęknęła Poziomka, na co ich mama na chwilkę stanęła, oglądając się na nie ze zmęczeniem, ale i swego rodzaju utrapieniem. Porzeczka stała u jej boku i przekręciła oczami tak bardzo, że nawet ona dała radę zobaczyć, choć stała dalej.
— Nie dasz rady? — westchnęła Zawijas, na co tamta pokręciła przecząco głową.
— Nie wiem… bo mnie raczej nie poniesiesz, prawda? — Koteczka zrobiła wielkie oczy, jakby próbowała ją jakoś przekonać.
— No, nie poniosę — odparła starsza.
— Ale ja mogę cię ponieść! — stwierdziła Malinka, człapiąc do siostrzyczki po to, aby następnie przycupnąć, choć nie było to jakoś bardzo potrzebne ze względu na to, że była tego samego wzrostu co Poziomka.
Chwilę wcześniej wspomniana koteczka zaraz się wdrapała na jej grzbiet i rozłożyła jak na kamieniu, na co bura szylkretka stęknęła, żółwim tempem idąc do przodu. Porzeczka szła w jej tempie zaraz koło nich, jakby je eskortowała. Ich matka jedynie przewróciła oczami i po prostu ruszyła dalej w swoim tempie, jakby nie czekając na córki, które nie były w stanie dorównać jej szybkości.
Po paru długościach kociego ogona Malinka nagle runęła na śnieg i choć można było dostrzec, że bardzo próbowała nie płakać, tak nie mogła powstrzymać gorzkich łezek, spływających po jej pyszczku. Samotniczka odwróciła się, a w jej oczach było widać zmartwienie połączone ze znużeniem.
— No już… — mruknęła, liżąc koteczkę, która pociągała nosem. — Nie płacz, bo borsuki przyjdą — ostrzegła, rozglądając się na boki, co od razu zaalarmowało Malinkę.
— Prze-przepraszam! B-bardzo, bardzo przepraszam! — Pociągnęła noskiem i próbowała powstrzymać płacz. — Ł-łapki bolą… chcę, chcę spać… — wydukała, wycierając łapką oczka i nos. Poziomka od razu przytuliła siostrzyczkę i przyciągnęła do nich Porzeczkę, która była trochę zirytowana marudzącym rodzeństwem.
— No dobra, chodźmy gdzieś się położyć i już nie marudź — miauknęła matka, na co burej zrobiło się trochę lżej.
Kiedy tylko napotkały krzaki, wykopały tam dół, w którym mogły schronić się przed pogodą, jak i niebezpieczeństwem. Malinka się ułożyła na Poziomce, a Porzeczka była schowana gdzieś między nimi, by zapewnić sobie jak najwięcej ciepła. Zanim siostry bądź matka błękitnookiej się zorientowały, buraska zdążyła już zasnąć, podczas gdy jej języczek delikatnie wystawał z jej niewielkiego pyszczka.
. ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁⋆.𐙚 ̊ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁
Tej nocy niebo było piękne, przybrało kolor głębokiej wody, która wydawała się nie mieć dna. Można było porównać je z płótnem, na którym tańcowały miliony gwiazd, ciągnących się po bezkresie drogi mlecznej, jaką była Srebrna Skóra. Malinka mogłaby wpatrywać się w ten krajobraz przez całą wieczność, najlepiej mając u boku swoje kochane siostrzyczki i mamusie. Tylko tego trzeba jej było do życia. Jak się jednak okazało, ich matka miała inne plany. Być może szylkretka była jeszcze zbyt malutka, aby zrozumieć, że ich matka zrobiła to, co zrobiła, z jakiegoś powodu, ale… Czy to było w ogóle ważne? Porzuciła je! Ją i jej siostrzyczki! Nie kochała ich? A może Malinka zrobiła coś nie tak? Może to przez to, że tak często narzekała? Te myśli cały czas dręczyły jej niewielką główkę, kiedy wpatrywała się w te malutkie, świecące punkciki gdzieś tam daleko nad swoją głową. W tym samym czasie jej siostry smacznie spały sobie w dziurze, jeszcze niczego nieświadome. Wtulone w siebie nawzajem, z lekko wystawionymi języczkami i pomrukiwaniami, chrapiące tam w tej błogiej nieświadomości, której Malinka już była świadoma. Ich matka je porzuciła. Pozostawiła tak o, znikając, kiedy one spały. I choć szylkretka chciała oglądać nocny nieboskłon, tak czuła, że musiała być blisko swoich sióstr. Szczególnie że teraz nikt ich nie chronił. Choć nie tylko z poczucia obowiązku, ale też dlatego, że bez nich… Bez nich czuła się jak motyl bez skrzydeł, jak ptak, który nie mógł ćwierkać nad ranem, jak księżyc, który nie mógł pokazać się na owym nieboskłonie, jak ryba, która nie mogła pływać… Po prostu bez nich nie mogła być… sobą.
Niebieskooka obejrzała się za siebie, aby spojrzeć na jej własne dwie gwiazdki, które jakby spadły prosto z nieba. Kochała je najbardziej na caluśkim świecie i NIC nie mogło tego zmienić. Buraska położyła swoje wychudzone ciałko, kładąc pysk na łapach, powstrzymując się od cichego, żałosnego skomlenia i choć bardzo nie chciała, w końcu ponownie usnęła, a ostatnim co widziała, zanim pozwoliła swym powiekom opaść, był bezkres nieba pełnego błyszczących konstelacji, podczas gdy pierwsze promienie słońca powoli sięgały śniegu, który już zdążył opaść na stwardniałą ziemię.
Nie lubiła tego miejsca. Po prostu go nie lubiła. Momentami wręcz się go bała. Było małe, ciasne… Takie… Już sama nie wiedziała jakie. Gdyby znała to określenie, nazywałaby je pewnie klaustrofobicznym. Wszędzie było brudno od ziemi, a w powietrzu mieszało się zbyt wiele zapachów. Tęskniła za możliwością poczucia wiatru w futerku. Za zapachem łąki, lasu, rzeki… Za dźwiękiem strumienia płynącego w korycie, które samo wyryło. Za wonią deszczu, który wsiąkając w glebę, podbijał kurz. Za dotykiem promieni na swojej okrywie. Za ciepłym językiem jej mamusi, delikatnie przesuwającym się po główce. Choć to była już nieco inna kwestia. Malinka musiała sobie ją w końcu wybić z głowy. Ona ich nie chciała. Ona ich nie kochała. Gdyby to robiła, nie porzuciłaby ich… prawda...?
Szylkretka pokręciła głową, chcąc wyrzucić ten monolog o rodzicielce z głowy. To, co wcześniej przewijało się w jej myślach, było prawdą, jednak za każdym razem ten wywód prowadził do tego, że najbardziej tęskniła za nocnym nieboskłonem. Tak, była wdzięczna Burzakom za to, że wzięli ją i jej siostry pod swoje skrzydła, jednak nie mogła wyobrazić sobie, dlaczego trzymali je w tej stęchłej, podłużnej dziurze. Na samą myśl o tym, jak długie te całe tunele mogły być, przechodziły ją ciarki. Nie wiedzieć czemu, nie cierpiała zamkniętych przestrzeni, takich jak właśnie to miejsce. No a tak poza tym, przecież czaiło się w takim miejscu tyle niebezpieczeństw! No bo na przykład co jeśli nagle sufit zawali się na głowy wszystkich kotów, które tam przebywały? W najlepszym wypadku nikt by nie skonał, ale w najgorszym, wszyscy co do jednej duszy zginęliby w przeokropnej agonii, nie mogąc nabrać, chociaż i pół oddechu, będąc co do jednego przygniecionym przez nie wiadomo jak ciężką zbitkę ziemi, korzeni i wielu innych rzeczy. Szylkretka westchnęła, nie wiedząc, co ma ze sobą zrobić. Był poranek, a obóz dopiero powoli budził się do życia. Wtem jakby na zawołanie, Malinka usłyszała wezwanie Zawodzącej Gwiazdy.
— Niech wszystkie koty zbiorą się na zebranie klanu!
Jego głos odbijał się od wydrążonych ścian obozu, kiedy opiekująca się nami kocica spojrzała na mnie i moje budzące się siostry.
— Chodźcie, musicie jakoś wyglądać!
— A co się dzieje, Dryfujący Fluorycie…? — spytała zaspana Poziomka, na co wieczna królowa się uśmiechnęła.
— Jestem prawie pewna, że będziecie mianowane na uczennice! — pisnęła tak, jakby bardziej się tym ekscytowała niż same siostry, których to wydarzenie dotyczyło.
Po szybkim przygotowaniu szylkretek do ich ceremonii, kotki we czwórkę wybrały się na zebranie, gdzie zebrał się już prawie cały Klan Burzy. W końcu dymny ponownie się odezwał.
— Skoro już wszyscy tutaj jesteśmy, możemy przystąpić do celu tego zebrania. Poziomko, Porzeczko, Malinko. Wystąpcie.
Poziomka poderwała się z miejsca, a na jej pyszczku widniał szeroki uśmiech, przyozdobiony nutką stresu. Porzeczka natomiast z charyzmą godną wojownika podniosła się chwilę później, podczas gdy Malinka jako ostatnia z wywołanych, starając się zachować spokój, powoli podeszła do sióstr.
— Każda z was ukończyła dziś sześć księżyców, co oznacza, że od dzisiaj zaczniecie swoje treningi. Poziomko, Twoim mentorem zostanie Śniący Obserwator, ucząc się na przewodniczkę, a od dziś będziesz nosić imię Poziomkowa Łapa.
Przez kilka uderzeń serca lider zamilkł, a jego chłodne spojrzenie przeskoczyło z mojej siostry na mnie.
— Malinko, ty pójdziesz drogą kronikarki, szkoląc się pod czujnym okiem Lotosowego Pąku. Od dziś będziesz znana jako Nieboskłonna Łapa.
Malinka, a teraz już Nieboskłonna Łapa, poczuła przyjemne ciepło, rozpływające się gdzieś w środku, a na jej pyszczku zawitał łagodny uśmiech. W końcu będzie mogła wyjść na zewnątrz! Do tego dostała nawet niezłe imię i została jej przydzielona wymarzona droga!
— Porzeczko, ty natomiast zostaniesz uczennicą Małej Bazi, przyjmując jej wiedzę, aby w przyszłości wstąpić do szeregów wojowników Klanu Burzy, natomiast Twoje imię to od teraz Chyża Łapa!
— Mam nadzieję, że wasi mentorzy przekażą wam swoją wiedzę i doświadczenie — dodał po chwili lider, gdy mentorzy stykali się nosami ze swoimi uczennicami, a już po chwili po całych tunelach roznosiły się trzy imiona, wołane donośnymi tonami przez resztę Burzaków.
Lotosowy Pąk już chwilę po ceremonii oznajmił świeżo mianowanej uczennicy, że zaczną trening od razu. Dlatego więc kazał jej zjeść, aby nie ślęczała mu podczas treningu. Teraz Nieboskłonna Łapa siedziała przy myszy, przerzucając ją między łapami. Nie była głodna, ale wiedziała, że jeśli nie zje, choć tej jednej zwierzyny, to nigdzie dziś nie pójdzie. W pewnym momencie jakiś kocur starszy od niej zaczął zajadać królika, raz po raz oblizując pysk.
— Uczysz się na przewodnika, prawda? — powiedziała, nie wiedząc, jak miała zacząć rozmowę. — Jestem Nieboskłonna Łapa. Jak Cię zwą? — dodała po chwili, a jej jasne ślepia uważnie obserwowały jego mimikę, próbując określić, czy kocur był zagrożeniem dla którejś z jej siostrzyczek.
***
Aktualnie
. ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁⋆.𐙚 ̊ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁
Nie lubiła tego miejsca. Po prostu go nie lubiła. Momentami wręcz się go bała. Było małe, ciasne… Takie… Już sama nie wiedziała jakie. Gdyby znała to określenie, nazywałaby je pewnie klaustrofobicznym. Wszędzie było brudno od ziemi, a w powietrzu mieszało się zbyt wiele zapachów. Tęskniła za możliwością poczucia wiatru w futerku. Za zapachem łąki, lasu, rzeki… Za dźwiękiem strumienia płynącego w korycie, które samo wyryło. Za wonią deszczu, który wsiąkając w glebę, podbijał kurz. Za dotykiem promieni na swojej okrywie. Za ciepłym językiem jej mamusi, delikatnie przesuwającym się po główce. Choć to była już nieco inna kwestia. Malinka musiała sobie ją w końcu wybić z głowy. Ona ich nie chciała. Ona ich nie kochała. Gdyby to robiła, nie porzuciłaby ich… prawda...?
Szylkretka pokręciła głową, chcąc wyrzucić ten monolog o rodzicielce z głowy. To, co wcześniej przewijało się w jej myślach, było prawdą, jednak za każdym razem ten wywód prowadził do tego, że najbardziej tęskniła za nocnym nieboskłonem. Tak, była wdzięczna Burzakom za to, że wzięli ją i jej siostry pod swoje skrzydła, jednak nie mogła wyobrazić sobie, dlaczego trzymali je w tej stęchłej, podłużnej dziurze. Na samą myśl o tym, jak długie te całe tunele mogły być, przechodziły ją ciarki. Nie wiedzieć czemu, nie cierpiała zamkniętych przestrzeni, takich jak właśnie to miejsce. No a tak poza tym, przecież czaiło się w takim miejscu tyle niebezpieczeństw! No bo na przykład co jeśli nagle sufit zawali się na głowy wszystkich kotów, które tam przebywały? W najlepszym wypadku nikt by nie skonał, ale w najgorszym, wszyscy co do jednej duszy zginęliby w przeokropnej agonii, nie mogąc nabrać, chociaż i pół oddechu, będąc co do jednego przygniecionym przez nie wiadomo jak ciężką zbitkę ziemi, korzeni i wielu innych rzeczy. Szylkretka westchnęła, nie wiedząc, co ma ze sobą zrobić. Był poranek, a obóz dopiero powoli budził się do życia. Wtem jakby na zawołanie, Malinka usłyszała wezwanie Zawodzącej Gwiazdy.
— Niech wszystkie koty zbiorą się na zebranie klanu!
Jego głos odbijał się od wydrążonych ścian obozu, kiedy opiekująca się nami kocica spojrzała na mnie i moje budzące się siostry.
— Chodźcie, musicie jakoś wyglądać!
— A co się dzieje, Dryfujący Fluorycie…? — spytała zaspana Poziomka, na co wieczna królowa się uśmiechnęła.
— Jestem prawie pewna, że będziecie mianowane na uczennice! — pisnęła tak, jakby bardziej się tym ekscytowała niż same siostry, których to wydarzenie dotyczyło.
Po szybkim przygotowaniu szylkretek do ich ceremonii, kotki we czwórkę wybrały się na zebranie, gdzie zebrał się już prawie cały Klan Burzy. W końcu dymny ponownie się odezwał.
— Skoro już wszyscy tutaj jesteśmy, możemy przystąpić do celu tego zebrania. Poziomko, Porzeczko, Malinko. Wystąpcie.
Poziomka poderwała się z miejsca, a na jej pyszczku widniał szeroki uśmiech, przyozdobiony nutką stresu. Porzeczka natomiast z charyzmą godną wojownika podniosła się chwilę później, podczas gdy Malinka jako ostatnia z wywołanych, starając się zachować spokój, powoli podeszła do sióstr.
— Każda z was ukończyła dziś sześć księżyców, co oznacza, że od dzisiaj zaczniecie swoje treningi. Poziomko, Twoim mentorem zostanie Śniący Obserwator, ucząc się na przewodniczkę, a od dziś będziesz nosić imię Poziomkowa Łapa.
Przez kilka uderzeń serca lider zamilkł, a jego chłodne spojrzenie przeskoczyło z mojej siostry na mnie.
— Malinko, ty pójdziesz drogą kronikarki, szkoląc się pod czujnym okiem Lotosowego Pąku. Od dziś będziesz znana jako Nieboskłonna Łapa.
Malinka, a teraz już Nieboskłonna Łapa, poczuła przyjemne ciepło, rozpływające się gdzieś w środku, a na jej pyszczku zawitał łagodny uśmiech. W końcu będzie mogła wyjść na zewnątrz! Do tego dostała nawet niezłe imię i została jej przydzielona wymarzona droga!
— Porzeczko, ty natomiast zostaniesz uczennicą Małej Bazi, przyjmując jej wiedzę, aby w przyszłości wstąpić do szeregów wojowników Klanu Burzy, natomiast Twoje imię to od teraz Chyża Łapa!
— Mam nadzieję, że wasi mentorzy przekażą wam swoją wiedzę i doświadczenie — dodał po chwili lider, gdy mentorzy stykali się nosami ze swoimi uczennicami, a już po chwili po całych tunelach roznosiły się trzy imiona, wołane donośnymi tonami przez resztę Burzaków.
Południe tego samego dnia
. ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁⋆.𐙚 ̊ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁
Lotosowy Pąk już chwilę po ceremonii oznajmił świeżo mianowanej uczennicy, że zaczną trening od razu. Dlatego więc kazał jej zjeść, aby nie ślęczała mu podczas treningu. Teraz Nieboskłonna Łapa siedziała przy myszy, przerzucając ją między łapami. Nie była głodna, ale wiedziała, że jeśli nie zje, choć tej jednej zwierzyny, to nigdzie dziś nie pójdzie. W pewnym momencie jakiś kocur starszy od niej zaczął zajadać królika, raz po raz oblizując pysk.
— Uczysz się na przewodnika, prawda? — powiedziała, nie wiedząc, jak miała zacząć rozmowę. — Jestem Nieboskłonna Łapa. Jak Cię zwą? — dodała po chwili, a jej jasne ślepia uważnie obserwowały jego mimikę, próbując określić, czy kocur był zagrożeniem dla którejś z jej siostrzyczek.
< Kurak? Mam na Ciebie oko… >
[1555 słów, trening kronikarza]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz