Jakiś czas temu
Mordor zeskoczyła z kasztanowca uczniów, rozglądając się dookoła. Korzystając z chwili nieuwagi obozowiczów, wyszła z obozu. Wskoczyła na jedno z okolicznych drzew, aby rozejrzeć się po terenach, a następnie zaczęła przemieszczać się między ich koronami. Nie spotkała po drodze żadnego niebezpieczeństwa, chociaż nie wiadomo czy nie spotkałaby go, gdyby szła po samej ziemi. Spojrzała w dół na rzekę z ostatniego drzewa położonego na północ od Owocowego Lasku i syknęła cicho pod nosem. Skoczyła jak najbliżej brzegu i po chwili przygotowania spróbowała wejść do wody, walcząc z jej nurtem. Fakt, faktem może trochę zachłysnęła się w pewnym momencie wodą, jednak straty nie były ogromne. Szkoda tylko, że woda była lodowata. Otrzepała przemoczone futerko, które doznało nareszcie kąpieli. Szkoda tylko, że woda wymyła część jej dobytku składającego się z liści i odrobiny mchu. Po dokładnym obejrzeniu się odkryła, jednak że w najdłuższym futrze na ogonie zostało jej trochę kości myszy. Obejrzała je dokładnie i odetchnęła. Przynajmniej przetrwała najważniejsza część jej dobytku. Schowała się znowu wśród drzew, doglądając wszystkiego z góry. Nie była już na terenach Owocowego Lasu, co znaczyło, że musiała być bardziej ostrożna. Czego nie robiło się, żeby zdobyć materiał do figureczek! Siedząc tak na jednej gałęzi, usłyszała tupot łap gdzieś w dole. Spojrzała w dół, widząc czarne futro przyozdobione gdzieniegdzie pięknymi piórami i kwiatami. Mordor zaświeciły się oczka z ekscytacji. Gdyby tylko część z dobytku obcego kocura mogła należeć do niej...mogłaby ulepić tyle świetnych figurek! Zeskoczyła z ziemi zaraz obok kocura.
— Jestem Mordor! — miauknęła, oglądając kocura. — A ty...jesteś Wilczakiem. Szukasz czegoś? — zapytała, przechylając łebek zainteresowana.
Kusiło ją, żeby okrążyć kocura w poszukiwaniu czegoś ciekawego, jednak powstrzymywały ją resztki rozsądku. Kocur nie wyglądał na szczególnie przerażonego spotkaniem młódki, nawet jeśli ta spadła z drzewa tuż obok.
— Wyszedłem za daleko za samotnikiem, któremu miałem ... pokazać, że do Klanu Wilka nie przychodzi się w gości niezapowiedzianym — odparł i odetchnął. — A ty? Nie powinnaś być w obozie? Wyglądasz na jeszcze...bardzo młodą? Co, jeśli coś cię zje albo trafisz na kota znacznie mniej przyjaznego niż ja…
Mordor zmrużyła lekko oczy.
— Do żadnego klanu nie przychodzi się zapowiedzianym. Mam całe dziesięć księżyców! Nic mnie nie zje! Już się uczę od... sześciu księżyców! — oburzyła się, machając ogonkiem na boki. — Zanim coś zdąży mnie zjeść, wskoczę na drzewo! Wiele z nich jest iglastych...ale to nie problem dla przyszłej zwiadowczyni — piszczała nadal nerwowo, decydując się na obejrzenie kocura dookoła.
Nocny Śpiewak podążał za kotką wzrokiem.
— Dziesięć księżyców... — zaśmiał się serdecznie. — Młoda krew... — dodał nieco ciszej. — Wiesz, że inne koty, zwłaszcza samotnicy nie mają problemów z wchodzeniem na drzewa? W każdym razie, dziecino... co cię tutaj przywiało?
— Sądziłam, że samotnicy to raczej takie...półgłówki — zamyśliła się, kładąc sobie łapkę na brodzie. — A przywiała mnie ciekawość! Iiii chęć zbioru piórek? Może też kwiatków...zależy co znajdę! — miauknęła, a jej oczka zaświeciły się wraz z myślą o zbiorach.
Spojrzała na kocura i trzepnęła lekko uszkiem. Podeszła odrobinkę bliżej, patrząc na ucho czarnego futrzaka. Wyciągnęła łapkę, wskazując na kość wystającą z ucha kocura.
— Czy to kości? — zapytała, po czym zaczęła przebierać łapką we własnym ogonie. — Też chcę takie coś.
— Rodzice cię za to ukatrupią... Ja nie mam własnych, a i tak wszyscy wokół próbowali — zaśmiał się. — Nie wiem, czy to dobry pomysł. Mój brat, który mi to robił, przynajmniej wiedział, jak to potem wyleczyć, żeby nie wdała się infekcja. Ja jedyne co wiem, to że czerwonych jagód się nie je…
— Mmm wątpię. Chociaż pewnie Gondor będzie zły... — zamyśliła się, ale zaraz pomachała główką. — Proooooszę — zaświeciła ładnie oczkami, mrugając przy tym powiekami. — Nic mi nie będzie, zobaczysz! Będę cała!! — zawyła, chcąc przekonać kocura.
— No... Nie wiem... — odparł Noc, drapiąc się za uchem. — Twoja rodzina będzie kwestionować, kto ci to zrobił, a broń przodkowie usłyszą o tym, że to jakiś wilczak, nie wiadomo skąd i nie wiadomo czym, ci to zrobił. Nie chcę żadnej wojny…
— Po drodze jest rzeka, nie będzie czuć zapachu! Iiii... — wysilała swój móżdżek, jak mogła, wbijając pazurki w ziemię. — I powiem, że sama to zrobiłam! Ładnie proszę! Zrobię wszystko, żeby nie powiązali tego z tobą! — miauknęła, przypatrując się dwóm kościom w uchu kocura. — Bolało?
— Jak diabli... — zaśmiał się pod nosem. — Paliło parę dni, jak rana się goiła.
Kotkę przeszły minimalne dreszcze, ale mimo to nadal wyglądała na nieugiętą.
— Dam radę! Będzie dobrze! — miauknęła z rzadko spotykaną pewnością siebie.
— I co? Nie popłaczesz się i się nie przyznasz, że to ja? Zmyślisz jakiegoś samotnika, bo nie sądzę, że ktokolwiek uwierzy ci, że zrobiłaś to sama... — mruknął. — Poza tym... nie mamy żadnej kości!
— Nie popłaczę się! Obiecuję! Jak na Wilczaka nie wyglądasz, jakbyś zjadał małe kocięta, będzie dobrze! — miauknęła, rzucając dziwny komentarz w stronę czarnego. — Jak to nie!. — Mam pełno kości w ogonie. No i te tereny nie należą do nikogo, również dobrze można na nich znaleźć jakąś mysz... — odparła wesoło.
Czarny kocur odetchnął ciężko.
— Dobra wybierz coś. Musi być większe, żeby się trzymało.
Na pyszczku Mordor zaczął się malować ogromny uśmiech. Zapiszczała radośnie i zaczęła grzebać w swoim ogonie. Wyciągnęła jakieś dwie kości i pokazała Wilczakowi.
— Te się nadają? — przysunęła je bliżej kocura. — Poczekaj! Jak masz na imię? — zapytała, nie będąc nawet pewną czy kocur również się jej przedstawił.
Niebieska myślała, że to trochę głupio nie znać imienia kota, który właśnie chce przekłuć ci ucho.
— Ach no tak... Nocny Śpiewak... Mam na imię Nocny Śpiewak — mruknął w odpowiedzi. — Mogą być... Musimy znaleźć jeszcze odrobinę mchu i jakiś twardy, stabilny kamień.
Karpati pomachała lekko łebkiem na boki podekscytowana.
— No to teraz już nie jesteś obcym — miauknęła.
Kotka zaczęła szperać dookoła za wymienionymi przez Nocnego rzeczami. Kamień znalazła dosyć szybko, chociaż był odrobinę za ciężki, aby go przenieść. Mech miała w futrze... Gdyby tylko nie został zabrany przez nurt rzeki. Byli jednak w lesie, więc mech też nie był trudny do znalezienia. Wybrała najlepszy jej zdaniem mech i spojrzała na Śpiewaka.
— Dobra, ech... Połowa mchu do mnie, połowa na kamień — wziął trochę mchu. — Głowa na kamień tak, żeby ucho było na mchu.
Mordor kiwnęła głową i podała część mchu Nocnemu. Ponownie wybrała lepszy mech pazurami i położyła go na kamień. Gdy była już gotowa, ułożyła głowę i ucho na kamieniu.
— W taki sposób? — zapytała, piszcząc cicho pod nosem z ekscytacji.
Zdawała sobie sprawę z tego, że zaraz prawdopodobnie zawrzeszczy z bólu, ale trudno. Nic nie pokona jej determinacji, żeby wyróżniać się z tłumu.
Noc chwycił kości w pysk i odetchnął.
— Dobra... Policzę do trzech. Będzie bolało... Chcesz jakiegoś patyka w pyszczek? — zaproponował.
Niebieska wiedziała, że w razie czego może pobiec do klanu, aby medyk pomógł jej w naprawieniu rany, ale mimo to była odrobinę wystraszona.
— Poproszę patyk... — miauknęła cicho, nie ruszając się z kamienia.
Noc odłożył na chwilę kości i podał koteczce grubszy patyk zerwany z młodego drzewka obok. Potem podniósł kości i nachylił się nad kotką. Znalazł odpowiednie miejsce na uchu i położył tam łapę, wsuwając kość między palce.
— Policzę do trzech... Dobrze? Na trzy! — nachylił się i zacisnął zęby na kości — Raz...dwa ...trzy! — i wcisnął ją mocno, aby przebić się przez skórę.
Słysząc słowo trzy, kotka prawie skuliła uszy. Zaskomlała, a z jej złotych oczek zaczęły wydobywać się łzy. Zacisnęła jednak ząbki i pokręciła głową, co spotkało się z nasileniem bólu ucha. Zamknęła mocno oczka i nabrała powietrza do płuc. Zaczęła chodzić dookoła w poszukiwaniu jakiejś kałuży z w miarę czystą wodą. Gdy takową znalazła, zauważyła krew, ale też kość ładnie tkwiącą w jej uchu. Uśmiechnęła się krzywo.
— Dzi-dziekuję! — zająknęła się lekko. — Czy mogłabym też dostać jedno z twoich piórek...? Proszę — miauknęła dosyć cicho.
Czuła ból zaćmiewający jej lekko mały móżdżek, ale starała się być silna. Nawet jeśli chwiała się odrobinę na nogach z bólu, to jeszcze nie pobiła kocura.
— Zależy które. Jedno z brązowych i czarnych mogę użyczyć. Moje białe pióra są poza zasięgiem — Noc wskazał kolejne piórka. — Potrzebujesz usiąść na chwilę? Położyć się? Ja potrzebowałem.
— Czarne piórko? — zapytała, a zaraz po następnych słowach kocura położyła się na ziemi. — Myślałam, że będzie boleć trochę mniej... — miauknęła cicho, chcąc skulic uszy, ale zorientowała się od razu, że mogłoby się to wiązać z kolejnym bólem.
Noc odetchnął cichutko. Rozejrzał się dookoła, a jego wzrok padł na dobrze mu znane czerwone kwiaty. Tyle przynajmniej wiedział. Podszedł do nich i na jakiś liść wysypał ziarenka. Niewiele ziarenek, bo wiosna była jeszcze młoda, przyniósł je kotce.
— Jedno zjedz... Powinno pomóc. Tylko nie za dużo, to podobno zabija... — podrapał się po karku.
Niebieska kotka spojrzała na czerwony kwiatek, a następnie na czarne ziarenka. Zamrugała kilkukrotnie.
— Ziarna maku... Kiedyś dostałam je od uzdrowicielki — miauknęła kotka, zjadając jedno z nich.
Po jakimś czasie ból odrobinę przeszedł. Dzięki temu, że zjadła tylko jedno niewielkie ziarenko, nawet nie poczuła się osłabiona. Zadziałało idealnie na tyle, aby ukoić trochę ból. Niebieska uśmiechnęła się lekko.
— Dziękuję Nocny Śpiewaku — miauknęła. — Jesteś wojownikiem, prawda? Skąd wiesz, że to właśnie te ziarenka?
— Ach ... Mój brat jest medykiem naszego klanu, a że... Spędzam z nim wiele czasu więc... Trochę podstaw znam. Ale takich ... Bardzo podstawowych — przyznał Noc.
Niebieskiej koteczce zabłyszczały oczka.
— Ooch! Brat medyk musi być czymś fajnym — miauknęła karpati, rozmyślając nad czymś. — Twój brat jest bury czy liliowy? Chociaż ten liliowy wyglądał chyba na starszego... — mruknęła tortie. — Co jeszcze wiesz o leczeniu? — zapytała podekscytowana.
[1513 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz