BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mordor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mordor. Pokaż wszystkie posty

21 sierpnia 2026

Od Mordor

Jakiś czas temu

Niebieska kotka przeciągnęła się lekko zaraz po zejściu z kasztanowca.
— Wiem, że już ćwiczyliśmy wspinaczkę, ale nadal musisz trochę się nauczyć. Dobrze by było wkrótce cię mianować. Sama byłaś zdeterminowana, aby jak najszybciej zostać zwiadowczynią… — miauknął Iskrzyk, a karpati zatrzepotała tylko niechętnie uszkiem.
— Teraz już i tak raczej nie zdążę przebić siostry. Głupia wojowniczka. Przecież wiadomo, że to ja jestem lepsza — mruknęła do siebie, liżąc się po piersi.
— Żeby być lepsza, musisz ćwiczyć równie wiele, jak ona. Idziemy — miauknął Iskrzyk, kierując się w stronę wyjścia z obozu.
Minęli kilka drzew, aż w końcu kremowy chrząknął, zatrzymując się nagle.
— Pokaż, na co cię stać — miauknął kocur, siadając obok.
Mordor spojrzała na wskazane przez kocura drzewo. Było znacznie wyższe od tych, na których zazwyczaj pracowała nad umiejętnościami. Musiał być to więc jakiś lepszy, ostateczny test. Iskrzyk spojrzał na Mordor i zmrużył oczy.
— Zwracasz uwagę na drzewo, na które wchodzisz, prawda młoda damo? — zapytał kremowy, kładąc swój ogon przed łapami.
Niebieska przyjrzała się drzewu.
— Brzoza — mruknęła kotka, a Iskrzyk kiwnął głową.
— Co jeszcze? — zapytał, a Mordor zjeżyła lekko futro zdenerwowana.
Nawet jeśli znała już całą teorię, to wciąż nienawidziła wszelkiej wiedzy teoretycznej. Sęk w tym, że to właśnie z niej była przepytywana. Wskoczyła z gracją na brzozę, ale niestety postawiła łapę na czymś kruchym. Spojrzała szybko w dół, widząc pod sobą jeszcze grzyba, a za chwilę spadła na ziemię.
— Na wszystkie jeżyki! — warknęła. — Cholerne grzyby!! — zapiszczała, machając ogonem rozzłoszczona. — Czemu kazałeś mi wleźć na to drzewo?!
— To nie moja wina, że skorzystałaś z niepewnej podstawy dla łap — odparł Iskrzyk, wzdychając. — Jeszcze raz. Tym razem inne drzewo.
Przeszli kilka kroków dalej, tym razem padło na dąb. Mordor przyjrzała się mu dokładnie, a gdy nie zauważyła nic na jego korze czy gałęziach wskoczyła prosto w koronę, usadawiając się tam w bezruchu. Zaczęła spoglądać na liście. Na niektórych z nich był Biały Pył. Mordor skuliła lekko uszy i zaczęła zrywać chore liście. Zeszła z drzewa i spojrzała na Iskrzyka.
— Dobrze — mruknął kocur, kierując się w stronę obozu. — Wkrótce najwyraźniej cię mianujemy panienko.

***

Mordor już chciała wdrapać się na drzewo, jednak przeszkodził jej w tym czyjś głos. Wystraszona spadła na ziemię, tłukąc sobie cztery litery, ale też wyrywając jeden z pazurów.
“Chyba pora odwiedzić Mistral…” pomyślała kotka, kierując się już w stronę wejścia do legowiska medyka, ale usłyszała za sobą chrząknięcie. Obejrzała się za siebie, widząc kremowe futro swojego mentora.
— No co? — zapytała oburzona, starając się nie stać na uszkodzonej łapie.
— Będziesz mianowana — mruknął zwiadowca, a Mordor pomrugala kilkukrotnie oczami.
— Słucham? — zapytała.
— Wierzysz we Wszechmatkę, prawda? — zapytał jeszcze dla pewności, a kotka kiwnęła głową.
Wcześniejsze słowa kocura dotarły do niej dopiero po chwili.
“MIANOWANA? JUŻ? TERAZ?” pomyślała, a w jej głowie zaczął tlić się chaos.
Zaczęła porządkować swoje futro, próbując wyczesać z niego cały mech, a także wymyć je porządnie z resztek piasku. Miała niewiele czasu, Czereśnia czekał mimo to cierpliwie na swojej Mównicy. Wysokie Słońce jednak nadal trwało, więc mieli jeszcze czas. Mordor stawiła się w końcu na swoim miejscu, z całych sił próbując nie skrzywić się z bólu, który powodował wyrwany pazur. Czekoladowy spojrzał na kotkę z najniższej gałęzi topoli i odchrząknął.
“Kolejne słabe mianowanie…” pomyślała Mordor, kładąc uszy po sobie.
— Mordor, wystąp — miauknął w końcu czekot, a tortie wystąpiła z tłumu.
Starała się z całych sił ignorować bicie swojego serduszka. Była chyba bardziej przerażona niż przy mianowaniu na ucznia. Czereśnia spojrzał na nią ponownie, wzdychając cicho. Wyglądał, jakby nie było pewien, czy Iskrzyk wybrał dobrze z mianowaniem młodej kotki w tej chwili. Od mianowania na uczennicę zwiadowcy niewiele się zmieniła, w końcu była tak samo roztrzepana.
— Najwyższy czas, abyś dołączyła do grona zwiadowców. Wykazałaś się świetną zwinnością i dosyć dobrą…inteligencją. Czy przysięgasz pozostać lojalną naszej społeczności i czuwać nad jej bezpieczeństwem? — Czereśnia wymruczało swoją formułkę, cały czas patrząc na przyszłą zwiadowczynię.
— Przysięgam — miauknęła w końcu karpati.
— A zatem witamy cię jako nowego zwiadowcę Owocowego Lasu! — miauknął Czereśnia.
Tortie zawstydzona schowała się w tłumie. Wiwaty były fajne, ale nie lubiła być w centrum uwagi. Gdy miała więc tylko okazję, to zwiała. Przeszła między kotami, trafiając prosto do legowiska medyka.
— Jest tu ktoo? — zapytała tortie, ale nie zauważyła nikogo znajomego.
Nikogo znajomego prócz Modrogończyka. Kotka raczej nie należała do największych fanów młodego uzdrowiciela, nawet jeśli praktycznie go nie znała. Mimo to podeszła do niego pokazując łapę.
— Mógłbyś mi może pomóc? — zapytała cicho, a kocur wstał, przyglądając się jej łapie.
Ruszył w stronę stosu ziół, zabierając z niego odrobinę. Zaraz przygotował z nich okład i nałożył na ranę.
— Nie zapomnij, żeby pojawić się o zmierzchu — mruknął Modrogończyk, a Mordor kiwnęła głową.

***

Niebieska kotka spojrzała na szamankę. Jej ciało przeszły dreszcze, gdy kotka zbliżyła się do niej, aby stworzyć na jej prawym uchu nacięcie. Zaraz po tym wręczyła jej mak. Mordor bez zastanowienia połknęła wręczone jej ziarenka, a już po chwili zasnęła. Mordor ujrzała w nim niezwykle ciemne, pochmurne niebo, a także budzący ją ze snu błysk.
— A więc Mordor? Co widziałaś we śnie? — zapytała starsza kotka, a niebieska musiała chwilę się uspokoić. — Może chcesz napić się wody albo coś? — zapytała troskliwie szamanka, ale młoda zwiadowczyni odmówiła skinięciem ogona.
— Pochmurne niebo. A zaraz za nim, tuż przed tym, jak się obudziłam niezwykle jasny błysk. Coś jakby…burza? — mruknęła kotka, a Purchawka kiwnęła głową, zgadzając się z jej słowami.
— A zatem powinnaś już znać swoje imię — odparła, a zwiadowczyni przechyliła głowę.
— Pochmurne Niebo? — zapytała, a druga kotka westchnęła.
— Witaj Pochmurne Niebo Zwiastujące Burzę. Obyś nie była zwiastunem nieszczęścia — mruknęła Purchawka, a Mordor przełknęła nerwowo ślinę.

[910 słów + wspinaczka na drzewa]

[18% + 5%]

Od Mordor do Nocnego Śpiewaka

Jakiś czas temu

Mordor zeskoczyła z kasztanowca uczniów, rozglądając się dookoła. Korzystając z chwili nieuwagi obozowiczów, wyszła z obozu. Wskoczyła na jedno z okolicznych drzew, aby rozejrzeć się po terenach, a następnie zaczęła przemieszczać się między ich koronami. Nie spotkała po drodze żadnego niebezpieczeństwa, chociaż nie wiadomo czy nie spotkałaby go, gdyby szła po samej ziemi. Spojrzała w dół na rzekę z ostatniego drzewa położonego na północ od Owocowego Lasku i syknęła cicho pod nosem. Skoczyła jak najbliżej brzegu i po chwili przygotowania spróbowała wejść do wody, walcząc z jej nurtem. Fakt, faktem może trochę zachłysnęła się w pewnym momencie wodą, jednak straty nie były ogromne. Szkoda tylko, że woda była lodowata. Otrzepała przemoczone futerko, które doznało nareszcie kąpieli. Szkoda tylko, że woda wymyła część jej dobytku składającego się z liści i odrobiny mchu. Po dokładnym obejrzeniu się odkryła, jednak że w najdłuższym futrze na ogonie zostało jej trochę kości myszy. Obejrzała je dokładnie i odetchnęła. Przynajmniej przetrwała najważniejsza część jej dobytku. Schowała się znowu wśród drzew, doglądając wszystkiego z góry. Nie była już na terenach Owocowego Lasu, co znaczyło, że musiała być bardziej ostrożna. Czego nie robiło się, żeby zdobyć materiał do figureczek! Siedząc tak na jednej gałęzi, usłyszała tupot łap gdzieś w dole. Spojrzała w dół, widząc czarne futro przyozdobione gdzieniegdzie pięknymi piórami i kwiatami. Mordor zaświeciły się oczka z ekscytacji. Gdyby tylko część z dobytku obcego kocura mogła należeć do niej...mogłaby ulepić tyle świetnych figurek! Zeskoczyła z ziemi zaraz obok kocura.
— Jestem Mordor! — miauknęła, oglądając kocura. — A ty...jesteś Wilczakiem. Szukasz czegoś? — zapytała, przechylając łebek zainteresowana.
Kusiło ją, żeby okrążyć kocura w poszukiwaniu czegoś ciekawego, jednak powstrzymywały ją resztki rozsądku. Kocur nie wyglądał na szczególnie przerażonego spotkaniem młódki, nawet jeśli ta spadła z drzewa tuż obok.
— Wyszedłem za daleko za samotnikiem, któremu miałem ... pokazać, że do Klanu Wilka nie przychodzi się w gości niezapowiedzianym — odparł i odetchnął. — A ty? Nie powinnaś być w obozie? Wyglądasz na jeszcze...bardzo młodą? Co, jeśli coś cię zje albo trafisz na kota znacznie mniej przyjaznego niż ja…
Mordor zmrużyła lekko oczy.
— Do żadnego klanu nie przychodzi się zapowiedzianym. Mam całe dziesięć księżyców! Nic mnie nie zje! Już się uczę od... sześciu księżyców! — oburzyła się, machając ogonkiem na boki. — Zanim coś zdąży mnie zjeść, wskoczę na drzewo! Wiele z nich jest iglastych...ale to nie problem dla przyszłej zwiadowczyni — piszczała nadal nerwowo, decydując się na obejrzenie kocura dookoła.
Nocny Śpiewak podążał za kotką wzrokiem.
— Dziesięć księżyców... — zaśmiał się serdecznie. — Młoda krew... — dodał nieco ciszej. — Wiesz, że inne koty, zwłaszcza samotnicy nie mają problemów z wchodzeniem na drzewa? W każdym razie, dziecino... co cię tutaj przywiało?
— Sądziłam, że samotnicy to raczej takie...półgłówki — zamyśliła się, kładąc sobie łapkę na brodzie. — A przywiała mnie ciekawość! Iiii chęć zbioru piórek? Może też kwiatków...zależy co znajdę! — miauknęła, a jej oczka zaświeciły się wraz z myślą o zbiorach.
Spojrzała na kocura i trzepnęła lekko uszkiem. Podeszła odrobinkę bliżej, patrząc na ucho czarnego futrzaka. Wyciągnęła łapkę, wskazując na kość wystającą z ucha kocura.
— Czy to kości? — zapytała, po czym zaczęła przebierać łapką we własnym ogonie. — Też chcę takie coś.
— Rodzice cię za to ukatrupią... Ja nie mam własnych, a i tak wszyscy wokół próbowali — zaśmiał się. — Nie wiem, czy to dobry pomysł. Mój brat, który mi to robił, przynajmniej wiedział, jak to potem wyleczyć, żeby nie wdała się infekcja. Ja jedyne co wiem, to że czerwonych jagód się nie je…
— Mmm wątpię. Chociaż pewnie Gondor będzie zły... — zamyśliła się, ale zaraz pomachała główką. — Proooooszę — zaświeciła ładnie oczkami, mrugając przy tym powiekami. — Nic mi nie będzie, zobaczysz! Będę cała!! — zawyła, chcąc przekonać kocura.
— No... Nie wiem... — odparł Noc, drapiąc się za uchem. — Twoja rodzina będzie kwestionować, kto ci to zrobił, a broń przodkowie usłyszą o tym, że to jakiś wilczak, nie wiadomo skąd i nie wiadomo czym, ci to zrobił. Nie chcę żadnej wojny…
— Po drodze jest rzeka, nie będzie czuć zapachu! Iiii... — wysilała swój móżdżek, jak mogła, wbijając pazurki w ziemię. — I powiem, że sama to zrobiłam! Ładnie proszę! Zrobię wszystko, żeby nie powiązali tego z tobą! — miauknęła, przypatrując się dwóm kościom w uchu kocura. — Bolało?
— Jak diabli... — zaśmiał się pod nosem. — Paliło parę dni, jak rana się goiła.
Kotkę przeszły minimalne dreszcze, ale mimo to nadal wyglądała na nieugiętą.
— Dam radę! Będzie dobrze! — miauknęła z rzadko spotykaną pewnością siebie.
— I co? Nie popłaczesz się i się nie przyznasz, że to ja? Zmyślisz jakiegoś samotnika, bo nie sądzę, że ktokolwiek uwierzy ci, że zrobiłaś to sama... — mruknął. — Poza tym... nie mamy żadnej kości!
— Nie popłaczę się! Obiecuję! Jak na Wilczaka nie wyglądasz, jakbyś zjadał małe kocięta, będzie dobrze! — miauknęła, rzucając dziwny komentarz w stronę czarnego. — Jak to nie!. — Mam pełno kości w ogonie. No i te tereny nie należą do nikogo, również dobrze można na nich znaleźć jakąś mysz... — odparła wesoło.
Czarny kocur odetchnął ciężko.
— Dobra wybierz coś. Musi być większe, żeby się trzymało.
Na pyszczku Mordor zaczął się malować ogromny uśmiech. Zapiszczała radośnie i zaczęła grzebać w swoim ogonie. Wyciągnęła jakieś dwie kości i pokazała Wilczakowi.
— Te się nadają? — przysunęła je bliżej kocura. — Poczekaj! Jak masz na imię? — zapytała, nie będąc nawet pewną czy kocur również się jej przedstawił.
Niebieska myślała, że to trochę głupio nie znać imienia kota, który właśnie chce przekłuć ci ucho.
— Ach no tak... Nocny Śpiewak... Mam na imię Nocny Śpiewak — mruknął w odpowiedzi. — Mogą być... Musimy znaleźć jeszcze odrobinę mchu i jakiś twardy, stabilny kamień.
Karpati pomachała lekko łebkiem na boki podekscytowana.
— No to teraz już nie jesteś obcym — miauknęła.
Kotka zaczęła szperać dookoła za wymienionymi przez Nocnego rzeczami. Kamień znalazła dosyć szybko, chociaż był odrobinę za ciężki, aby go przenieść. Mech miała w futrze... Gdyby tylko nie został zabrany przez nurt rzeki. Byli jednak w lesie, więc mech też nie był trudny do znalezienia. Wybrała najlepszy jej zdaniem mech i spojrzała na Śpiewaka.
— Dobra, ech... Połowa mchu do mnie, połowa na kamień — wziął trochę mchu. — Głowa na kamień tak, żeby ucho było na mchu.
Mordor kiwnęła głową i podała część mchu Nocnemu. Ponownie wybrała lepszy mech pazurami i położyła go na kamień. Gdy była już gotowa, ułożyła głowę i ucho na kamieniu.
— W taki sposób? — zapytała, piszcząc cicho pod nosem z ekscytacji.
Zdawała sobie sprawę z tego, że zaraz prawdopodobnie zawrzeszczy z bólu, ale trudno. Nic nie pokona jej determinacji, żeby wyróżniać się z tłumu.
Noc chwycił kości w pysk i odetchnął.
— Dobra... Policzę do trzech. Będzie bolało... Chcesz jakiegoś patyka w pyszczek? — zaproponował.
Niebieska wiedziała, że w razie czego może pobiec do klanu, aby medyk pomógł jej w naprawieniu rany, ale mimo to była odrobinę wystraszona.
— Poproszę patyk... — miauknęła cicho, nie ruszając się z kamienia.
Noc odłożył na chwilę kości i podał koteczce grubszy patyk zerwany z młodego drzewka obok. Potem podniósł kości i nachylił się nad kotką. Znalazł odpowiednie miejsce na uchu i położył tam łapę, wsuwając kość między palce.
— Policzę do trzech... Dobrze? Na trzy! — nachylił się i zacisnął zęby na kości — Raz...dwa ...trzy! — i wcisnął ją mocno, aby przebić się przez skórę.
Słysząc słowo trzy, kotka prawie skuliła uszy. Zaskomlała, a z jej złotych oczek zaczęły wydobywać się łzy. Zacisnęła jednak ząbki i pokręciła głową, co spotkało się z nasileniem bólu ucha. Zamknęła mocno oczka i nabrała powietrza do płuc. Zaczęła chodzić dookoła w poszukiwaniu jakiejś kałuży z w miarę czystą wodą. Gdy takową znalazła, zauważyła krew, ale też kość ładnie tkwiącą w jej uchu. Uśmiechnęła się krzywo.
— Dzi-dziekuję! — zająknęła się lekko. — Czy mogłabym też dostać jedno z twoich piórek...? Proszę — miauknęła dosyć cicho.
Czuła ból zaćmiewający jej lekko mały móżdżek, ale starała się być silna. Nawet jeśli chwiała się odrobinę na nogach z bólu, to jeszcze nie pobiła kocura.
— Zależy które. Jedno z brązowych i czarnych mogę użyczyć. Moje białe pióra są poza zasięgiem — Noc wskazał kolejne piórka. — Potrzebujesz usiąść na chwilę? Położyć się? Ja potrzebowałem.
— Czarne piórko? — zapytała, a zaraz po następnych słowach kocura położyła się na ziemi. — Myślałam, że będzie boleć trochę mniej... — miauknęła cicho, chcąc skulic uszy, ale zorientowała się od razu, że mogłoby się to wiązać z kolejnym bólem.
Noc odetchnął cichutko. Rozejrzał się dookoła, a jego wzrok padł na dobrze mu znane czerwone kwiaty. Tyle przynajmniej wiedział. Podszedł do nich i na jakiś liść wysypał ziarenka. Niewiele ziarenek, bo wiosna była jeszcze młoda, przyniósł je kotce.
— Jedno zjedz... Powinno pomóc. Tylko nie za dużo, to podobno zabija... — podrapał się po karku.
Niebieska kotka spojrzała na czerwony kwiatek, a następnie na czarne ziarenka. Zamrugała kilkukrotnie.
— Ziarna maku... Kiedyś dostałam je od uzdrowicielki — miauknęła kotka, zjadając jedno z nich.
Po jakimś czasie ból odrobinę przeszedł. Dzięki temu, że zjadła tylko jedno niewielkie ziarenko, nawet nie poczuła się osłabiona. Zadziałało idealnie na tyle, aby ukoić trochę ból. Niebieska uśmiechnęła się lekko.
— Dziękuję Nocny Śpiewaku — miauknęła. — Jesteś wojownikiem, prawda? Skąd wiesz, że to właśnie te ziarenka?
— Ach ... Mój brat jest medykiem naszego klanu, a że... Spędzam z nim wiele czasu więc... Trochę podstaw znam. Ale takich ... Bardzo podstawowych — przyznał Noc.
Niebieskiej koteczce zabłyszczały oczka.
— Ooch! Brat medyk musi być czymś fajnym — miauknęła karpati, rozmyślając nad czymś. — Twój brat jest bury czy liliowy? Chociaż ten liliowy wyglądał chyba na starszego... — mruknęła tortie. — Co jeszcze wiesz o leczeniu? — zapytała podekscytowana.

<Nocny Śpiewaku?>

[1519 słów]

[30%]

Od Mordor do Psianki

Szum wiatru zbudził niebieską koteczkę śpiącą na uczniowskim kasztanowcu. Wraz z tym szumem usłyszała również głos kremowego kocura dobiegający z dołu. Zeskoczyła z drzewa i otrzepała swoje futerko z resztek wczorajszego błota. Dziś już materiał do figurek był wysuszonym piaskiem. Gdyby tylko znalazła to trwalsze coś...
— Ziemia do Mordor — miauknął Iskrzyk, uśmiechając się lekko.
Kotka zamrugała kilkukrotnie, wracając do rzeczywistości. Spojrzała na stojącą przed nią kotkę. Czarno białe futro. To musiała być Psianka. Niebieska zmrużyła oczka, zastanawiając się nad tym, czy powinna się przywitać. Z tego, co było jej wiadomo, tego wymagało bycie przyjaznym. Rozpoznawała kotkę, w końcu jeszcze nie tak dawno spały na tym samym kasztanowcu. Była o księżyc młodsza od karpati, a już była zwiadowczynią. Wraz z tą świadomością Mordor zalało odrobinę zazdrości. Przełknęła gulę w gardle i uśmiechnęła się lekko.
— Cześć Psianko. Jak...ci idzie bycie zwiadowcą? — miauknęła, nie będąc pewna co powiedzieć.
Nie od dziś było wiadomo, że tortie nie należała do najlepszych, jeśli chodziło o komunikację z innymi…
Poruszyła uszami, słysząc pytanie Mordor, po czym uśmiechnęłam się lekko.
— Całkiem dobrze! — odpowiedziała pogodnie, siadając na chwilę przed nią. — Właściwie dopiero zaczynam się przyzwyczajać, że teraz naprawdę mogę sama wychodzić na zwiady. Nadal czasami łapię się na tym, że odruchowo szukam Rohan wzrokiem, kiedy coś zauważę — zaśmiała się cicho, a jej puszysty ogon owinął się wokół łap.
Niebieska zastrzygła lekko uszkiem, słysząc odpowiedź kotki. Słysząc przyjazny głos kotki, uspokoiła się odrobinę, rozluźniając mięśnie. Mordor spojrzała z boku na Iskrzyka, który tylko kiwnął kotce. Kremowy zdawał sobie sprawę z tego, że tortie było ciężko zawiązywać nowe kontakty, dlatego cieszył się, że nie pospieszał ich, tylko usiadł z boku, w ciszy słuchając innych klanowiczy.
— Naprawdę można wychodzić samemu? — miauknęła koteczka, ugniatając swój ogonek pod łapkami. — Mama na pewno też nie może się jeszcze przyzwyczaić do braku swojej pierwszej uczennicy. Raz, gdy byłam z nią i Iskrzykiem na patrolu chyba nawet chciała cię zawołać i... — kotka zaprzestała mówić, tak jakby gdzieś zapodziała się myśl, która chciała przełożyć na słowa.
Ucichła na moment, postanawiając nie kontynuować tej wypowiedzi.
Psianka zastrzygła uszami, słuchając jej uważnie. Na wzmiankę o Rohan uśmiechnęła się lekko, bo doskonale znała to uczucie, kiedy mentorowi trudno było przyzwyczaić się do tego, że uczeń przestaje potrzebować jego ciągłej obecności.
— Można, chociaż nie zawsze trzeba. — odpowiedziała z lekkim rozbawieniem. — Rohan nadal czasem wypomina mi, żebym nie zapominała o ostrożności. Ale właśnie na tym polega moja praca. Muszę umieć sama odnaleźć drogę i wrócić do obozu.
Czarna kotka zerknęła w stronę kasztanowca, przypominając sobie ich dawne legowisko.
— Pamiętam, że kiedyś spałyśmy tutaj razem. Trochę dziwnie pomyśleć, że teraz obie robimy coś innego. — przekrzywiłam lekko głowę. — A ty? Nadal robisz te swoje figurki?
— To było jeszcze niedawno. Właściwie to dopiero teraz mamy lepszą okazję do rozmowy — miauknęła cicho kotka, czując jak zalewa ją pewne uczucie wstydu. — Robię. Ale ciężko jest znaleźć tą...glinę. Trzeba dużo kopać, dlatego używam błota — mruknęła kotka.
Jak zwykle, gdy ktoś wykazywał zainteresowanie jej zabawnym hobby, czuła ekscytację i radosne mróweczki w łapach.
— Co lubisz robić Psianko...? — zapytała.
Na wspomnienie o figurkach moje oczy od razu rozbłysły ciekawością. Przez chwilę spojrzałam na jej łapy, jakbym próbowała wyobrazić sobie, co właściwie można ulepić z błota.
— To brzmi całkiem fajnie! Mogłabym kiedyś zobaczyć, co robisz? — zapytałam, po czym zastanowiłam się nad jej kolejnym pytaniem. — A ja… chyba najbardziej lubię wspinać się po drzewach. I obserwować wszystko z góry. Czasami potrafię siedzieć na jednej gałęzi naprawdę długo, tylko patrząc na las. No i lubię poznawać nowe miejsca. Zwiadowca chyba trafił mi się idealny. — uśmiechnęłam się szerzej. — Chociaż polowania nadal nie są moją mocną stroną.
Mordor pokiwała ochoczo łebkiem, nie będąc pewną, co powinna dalej mówić.
Widząc błysk w oczach kotki na wspomnienie o jej figurkach, zaczęła nerwowo wbijać pazurki w ziemię. Gdy spojrzała na łapy Mordor, ta niemal natychmiast zaczęła przestępować z łapki na łapkę. Nie były one w końcu najczystsze. Słysząc jednak pytanie kotki, aż podskoczyła radośnie. Pokiwała wielokrotnie główką na tak i zaczęła szperać w jednym z okolicznych krzaczków. Pokazała jej jedną z bardziej udanych figurek.
— Tu jest właśnie trochę gliny. Wszystkie inne szybko się niszczą. Nie przypomina...ale to miał być królik — miauczała kotka. — Chciałabym kiedyś pójść na wysypisko. Na pewno dużo tam ciekawych rzeczy.
Słuchała kotki i kiwnęła głową.
— Rozumiem. Bycie zwiadowcą jest świetne. Tylko...czasem żałuję, że rozdzieliłam się z rodzeństwem — odparła.

<Psianko?>

[715 słów]

[14%]

Od Mordor CD. Puchacza

Dawniej

Niebieska kotka została obudzona przez łagodne szturchnięcie, chociaż ostatnią jej godzinę snu ciężko było tak nazwać. Co chwilę budziły ją spadające na różowy nosek czy główkę listki. To też, gdy Iskrzyk zaczął próby pobudzenia kotki, ta za wszelką cenę chciała zostać w legowisku. Gdy pacnął w końcu łapą w kasztanowiec, Mordor w obawie o własne życie i zaangażowanie w jej budzenie innych kotów zdecydowała się w końcu wyjść ze swojego legowiska. Gdy już była na ziemi przeciągnęła się, sprawiając przy tym, że futro na jej grzbiecie i ogonek lekko się zjeżyły. Mlasnęła kilka razy i spojrzała na grupę przed sobą.
“Śmieszna ekipa” pomyślała, drapiąc się za uchem.
— Długo jeszcze będziemy na panienkę czekać? — zapytał odrobinę zniecierpliwiony kremus.
Mordor parsknęła, a następnie pokręciła głową na nie.
Szli przez las, a ciszę zakłócały tylko pytania mentorów o wiedzę. Niebieska wiedziała, że to swego rodzaju szybka lekcja, powtórka, ale ilekroć myliła jakiegoś ptaszka czy drobne zwierzątko na ziemi myślała, że pobiegnie przed siebie i wskoczy do okolicznej rzeki. Nagle prowadzący patrol Iskrzyk zatrzymał się. Znalazł coś na ziemi. Ślad. Kremowy powąchał go. Mentor ponownie skierował swój łebek w stronę kotki, a ta już westchnęła zirytowana.
— Zwietrzały — poinformował innych członków patrolu. Po czym zwrócił się do swojej uczennicy:
— Ostatnio mówiłem ci to na treningu. Czyj to ślad?
Figa przybliżyła się do ucha Puchacza i szepnęła:
— Lisa.
Mordor jednak udzieliła innej odpowiedzi.
— …Bolsuka.
Kiedy dowiedziała się, że była to odpowiedź niepoprawna, wydała z siebie dziwny, przerażający dźwięk.
— Co… to było? — zapytał niepewnie kotki.
Mordor zauważyła, że skupiła na sobie całą uwagę czwórki. Zjeżyła lekko futerko i położyła uszy po sobie, śmiejąc się nerwowo.
— W-Wybaczcie — zająknęła się lekko.
Inni, widząc spięcie kotki, postanowili najwyraźniej nie dopytywać o więcej.
Szli więc dalej nadal z kremusem na przodzie. Mordor szła zaraz za nim ze zwieszoną głową. Tym razem, gdy Iskrzyk ustał niebieska wpadka na niego. Zjeżyła futro i spojrzała w miejsce, które wskazywały Iskrzyk.
— To lis? Pachnie tak jak tamten ślad — mruknęła kotka cicho, spodziewając się kolejnego błędu, jednak tym razem się udało.

***

Mordor zaczepiła Puchacza w drodze do wyjścia z obozu.
— Chcesz iść z nami? Poćwiczysz rozpoznawanie chorób drzew… — miauknęła, akcentując ładnie literkę r, którą nauczyła się nareszcie wymawiać.
Puchacz kiwnął lekko głową, zgadzając się.
Niebieska kotka patrzyła na zwiadowcę zaintrygowana. Wydawał się nieco inny niż kilka księżyców temu, gdy to była jeszcze świeżym uczniakiem. Wyszli z obozu wraz z Iskrzykiem, który zabrał ze sobą swoje innych zwiadowców. Gdy tylko wyszli z obozu, zaczęło się przepytywanie.
— Puchaczu mógłbyś na chwilę jej przypilnować? Muszę się za czymś rozejrzeć — mruknął Iskrzyk, idąc kawałek od nich.

<Puchaczu?>

[428 słów + rozpoznawanie tropów lisów]

[9% + 5%]

Od Mordor CD. Borowika

Jakiś czas temu

Mordor patrzyła to ja Borowika, to na Gołąbka. Nie wiedziała czemu, ten wariat chciał zamarznąć. Widząc spojrzenie Gołąbka, westchnęła cierpiętniczo.
— No dobra. Chodź Gołąbek, przecież nie zostawimy go tutaj na pastwę losu — mruknęła, ciągnąć kocura w stronę legowiska uzdrowicieli.

***

Mordor od rana miała dużo obowiązków. Iskrzyk stwierdził, że przejdzie kolejny test na zwiadowcę, tak jakby nie posiadała już każdej możliwej wiedzy na ten temat. A może nie miała racji i było coś jeszcze? Sądząc po gadulstwie kremusa, mogła wiedzieć już nawet, że ziemia jest okrągła. Gdy udało jej się w końcu wyrwać z łap mentora, postanowiła schować się przed nim w legowisku uzdrowiciela, gdzie poprzedniego dnia odprowadziła wraz z Gołąbkiem Borowika. Spojrzała na niego ze zmrużonymi oczyma.
— No i po co ci to było? — mruknęła kotka, przyglądając się mu. — Właściwie czemu jeszcze nie wróciłeś do swoich obowiązków? Chyba już nic ci nie jest? — zapytała, a po chwili z płuc Borowika wyrwało się głośne kasłanie.
Kotka zaczęła się w panice rozglądać za czymś, co mogłoby pomóc, ale wiedziała, że nie powinna robić nic sama. Atak kaszlu jednak zaraz się skończył, a kocur spojrzał na nią rozbawiony.
— Przecież nie umrę — zaśmiał się Borowik, a Mordor machnął obrażona ogonem.
— Przecież wiem ptasi móżdżku! Nie chciałabym być współwinna twojej śmierci — prychnęła.

<Borowiku?>

[210 słów]

[4%]

10 sierpnia 2026

Od Mordor CD. Gołąbka

Dawniej

— Proszę, przypilnuj jej — usłyszała niebieska.
Wysunęła lekko pazurki i jednym z nich tknęła zrobiony dla niej okład. Rohan nie była w tego powodu najszczęśliwszą. Złapała kotkę za kark, a dokładnie w tym samym momencie rozległy się żałosne piski kociaka. Szarpała się trochę, ale ostatnie padła bez woli życia, niezadowolona stwierdzając, że nie będzie się odzywać to matki.

***

Mordor przeciągnęła się leciutko, wbijając pazurki w podłoże żłobka. Zamruczała cicho i zaczęła rozglądać się po żłobku. To był wyjątkowo spokojny dzień, nawet jak dla jej szalonej rodzinki. Zastrzygła uchem, słysząc czyjeś kroki przy żłobku. Spojrzała w tamtą stronę, widząc znajome bure futerko ucznia uzdrowiciela. Zawołał ją, a gdy poprosił koteczkę o pokazanie łapki, podniosła ją, nieomal się obalając. Spojrzała na stokrotki w futrze kocura i zamrugała kilkukrotnie.
“Jakie ładne!” pomyślała, dopóki jedna z nich nie trafiła na jej nos.
Wtedy przestały być takie ładne, gdyż za łaskotały ją płatki. Podskoczyła lekko i ściągnęła łapką kwiatek, lecz żywica nadal była je jej nosku. Zaczęła próby ściągnięcia jej, a Gołąbek przyglądał się jej chyba odrobinę rozbawiony.
— Z czego się śmiejesz! — zawyła.
— Czekaj, czekaj — miauknął, gdy kotka prawie rozwaliła jedno z legowisk.
Gdy się uspokoiła, podszedł do niej i dokładnie ściągnął resztki żywicy z różowej skóry kociaka.
— Hmpf! — burknęła na niego, a Gołąbek uśmiechnął się lekko.
— Z łapą już wszystko dobrze. Mam nadzieję, że nie trafisz do mnie po raz kolejny zbyt szybko — miauknął.

***

Mordor zeskoczyła z kasztanowca. Chwilę temu skończyła swój dzisiejszy trening. Nie szło jej szczególnie najgorzej, skończyli dziś nawet szybciej. Może nie szło jej tak dobrze, jak siostrze, ale też miała pewien progres. Nauczyła się już robić legowiska na gałęziach, choć powinna bardzo podszlifować swoje umiejętności wspinaczki. Kasztanowiec nie był dla niej jakimś wielkim problemem, ale inne drzewa w Owocowym Lesie…były już nieco cięższe! Rozejrzała się za jakimś znajomym pyskiem. Musiała uzupełnić swoje zapasy mchu. Wtem zauważyła Gołąbka. Razem z Mistral wychodzili z obozu. Młódka doskoczyła do nich.
— Idę z wami! — miauknęła.
Oboje kiwnęli głową na zgodę i cała trójka wyszła z obozu. Zaczęła próby wejścia na jedno z drzew, ale zaraz się poddała. Biegałam dookoła, szukając czegoś. Zielarka i uzdrowiciel od razu zorientowali się, że czegoś szukała.
— Tam jest trochę mchu — miauknął Gołąbek, a Mordor zaświeciły się oczy.
Skoczyła dokładnie we wskazane miejsce i zaczęła chichotać, zbierając mech.
Obejrzała się za siebie.
— Jeśli znajdziesz jakieś dziwnie pachnące rośliny to mów. To mogą być zioła — mruknęła Mistral, a niebieska kiwnęła szybko głową, wskakując na drzewo.
Wczepiła pazurki w drzewo i zaczęła się rozglądać na tyle, ile mogła, będąc przyczepioną do kory drzewa. Nagle zleciała z tego drzewa i odrobinę się obiła. Zapiszczała nerwowo.
— Nic ci nie jest? — zapytał cicho Gołąbek, a Mordor pokręciła głową na nie.
Powiedziała, że nie, ale dopiero po chwili zorientowała się, że nie może zbyt dobrze chodzić. Wzięła mech i kulejąc, szła już spokojnie z resztą.
— Jak wrócimy do obozu, przyjrzysz się mojej łapie, dobrze Gołąbku? Chyba ją zwichnęłam — mruknęła nieco zdenerwowana.

[486 słów]

[10%]

Sesja zakończona/wstrzymana 

20 lipca 2026

Od Mordor do Wesołej Łapy

Ostatnie zgromadzenie

To było pierwsze zgromadzenie kotki, ale nie wydawała się z tego powodu najszczęśliwszą. Niektóre kotki nosiły w swoim futrze kwiaty i liście... Mordor z kolei w swoje półdługie futro, także w ogon wczepiała mech, gałązki, zaplątywała trawę, czasem też nanosiła błoto. Bez swojego ekwipunku postanowiła nawet nie ruszać się z terenów Owocowego Lasu. Z kolei, gdy ktoś próbował jej odebrać jej własność, wrzeszczała wniebogłosy i chcąc nie chcąc musieli się zgodzić, aby uczennica przyniosła swój śmieszny ekwipunek na zgromadzenie. Mordor szybko stwierdziła, że w razie czego przynajmniej może komuś wysmarować błotem pysk, gdyby zdenerwował ja podczas zgromadzenia. Usiadła gdzieś na uboczu, lepiąc coś z mchu i błota, jak miała w zwyczaju, gdy nagle ktoś ustał w jej figureczkę. Na skalę rozległ się pisk, który prawdopodobnie było słychać na całych terenach klanów…
— TY MASZ TRAWĘ! A tu jej nie ma! Więc to chyba nielegalne ją wnosić! — miauknęła obca kotka niczym rasowy strażnik miejsca zgromadzeń.
— AAAAAHH! — wrzasnęła zdenerwowana i rzuciła drugą uczennicę kupą błota prosto w pyszczek. — Ucisz się!!! Przeszkadzasz mi! — dodała jeszcze, piszcząc jak świnka morska, jak to miała w zwyczaju.
Zadrżała nerwowo i pokazała zęby w krzywym, wyraźnie niezadowolonym uśmiechu.
— Dostałam pozwolenie! I co telaz? Krzyczysz na mnie! Mało tego, gałązki też mam! — zawołała coraz bardziej wzburzona.
— Ooooh? Co to za błotko? Skąd się tu wziąłeś, błotny pocisku? I jak teraz wrócisz do rodziny? — miauknęła zaskoczona, kiedy łapą ściągała z siebie maź.
Nocniaczka spojrzała na kotkę, widząc, że na jej sierści znajduje się więcej błota.
— Oh, tam jest twoja rodzinka! — podeszła do obcej i oddała jej z powrotem porcję błotka, które dostała. Wtarła w i tak brudne już futro kolorowej kotki ekstra porcję.
— Oooo masz pozwolenie? Więc ja też mogę przynieść tutaj trawę? A myślisz, że uda się tu zasadzić trawę? — zapytała, jakby nie słysząc tego, co mówiła wcześniej jej rozmówczyni. — Woooow masz gałązki! Daj!
Słysząc słowa kotki, została nieco zbita z tropu. Spojrzała na druga uczennicę pytająco, a serducho karpati nadal kotłowało się zdenerwowane. Nie miała zielonego pojęcia jak zachować się w takiej sytuacji, ale bardzo chciała, żeby kotka zeszła już z jej figurki. Była wściekła, że pozwoliła jakiejś brudnej łapie zdeptać jej piękny mech!
— T-Ty jesteś jakaś głupia?! Tak nie wygląda konwersacja — miauknęła oburzona Mordor.
W końcu sama rozplanowywała sobie, jak może przejść każdą możliwą interakcję z innym kotem. Głupoty w odpowiedzi do przemocy błotnej niestety nie była w stanie przewidzieć. Gdy kotka wtarła błoto w jej futro, odskoczyła nagle jak oparzona. Zjeżyła mocno futro i zmarszczyła brwi w niezadowoleniu.
— Głupol! — zawyła zdenerwowana. — Teraz możesz sobie to błoto wsadzić w zadek! — dodała za chwilę, kołysząc nerwowo ogonem.
Strzepnęła uchem i odsunęła się jeszcze bardziej, od jak jej się wydawało, nocniaczki.
"Wszystkie koty takie są?" pomyślała, mrużąc oczy w zastanowieniu. Słysząc jej słowa, prychnęła cicho.
Przechyliła głowę na wybuch koteczki.
— Jak mam wsadzić błoto w zadek? Nie wejdzie, widzisz? — pokazała jej swoją tylną część. Usiadła ponownie i spojrzała na skałę, na której byli. Wesoła Łapa posmutniała.
Słysząc słowo klucz “widzisz”, odwróciła się gwałtownie.
"Nie wierzę! Jaki bezmóżdżek! Mam dość, chce już wyjść z tego zgromadzenia" pomyślała, piszcząc cicho.
— Przecież to skała mysi móżdżku... — odparła opryskliwie, przewracając oczami.
— Ale czemu mnie wyzywasz... — mruknęła żałośnie Rzekotka.
Odepchnęła kotkę od zdeptanej figurki, a widząc okropnie wyglądający mech, w jej oczach zakręciły się łezki.
— Ale ej, no nie... nie płacz! Nie płakusiaj, przeplasiam! Nie chciałam! Naprawię to…
— Zepsułaś mój mech... Głupia, głupia!! Nie dam cię gałązek, spadaj! — zawołała, nerwowo gryząc się w brudny od błota ogonek.
Płakała dalej, brzmiąc przy tym, jak przerażający gryzoń.
— Nie mów mi co mam lobić yyyy — rzuciła wściekłe, uświadamiając sobie nagle, że nawet nie wie, z kim właśnie chce się kłócić. — Głupku! Każdy nocniak nie ma żadnych myśli? — zapytała, kładąc uszy po sobie.
— Ale ja mam myśli! Zobacz! — miauknęła, wyglądając tak, jakby bardzo się na czymś skupiała.
Niebieska przybiła sobie piątkę z czołem.
— Dlaczego ja… — mruknęła cicho.

<Głupia nocniaczko?>

[642 słowa]

[13%]

Od Mordor CD. Borowika

Dawniej

Szykreteczka dokładnie wykonywała swoją pracę. Najpierw wyrzuciła mech z legowiska i spojrzała na Borowika. Szybko zorientowała się że mech jest wszędzie tylko nie tam gdzie chciała aby się znalazł. No dobra, może jakiś kawałek meszku, który miał się znaleźć na kupce tam trafił. Większość jednak leżała na głowie ucznia. Mimo to kocur nie był zły. Pozwalał jej na dalszą naukę, nawet gdy przez przypadek wymieszała nowy mech z tym starym. Cieszyła się, że ktoś chciał już teraz czegoś ją nauczyć.
— Boloowiku! — zawołała, a kocur podskoczył lekko.
Wyglądał na nieco zamyślonego, tak jakby jego myśl na chwilę odłączyły się od świata.
— Tak? — zapytał przyjaźnie.
— Na coś się skolis? Na zwiadowcę? — zaczęła niebieska. — Moze jak skońcys tlening zostanies moim mentolem? — zapytała z nadzieją w złotych oczkach.
— Zgadza się, będę doskonałym zwiadowcą — miauknął kocur, a Mordor parsknęła cichutko śmiechem. — Z czego się śmiejesz! Też chcesz zostać zwiadowcą malutka? — zapytał rozbawiony. — Nie wiem czy zdążę skończyć trening do tego czasu… — miauknął nieco zasmucony.
— Tiak! Chcę skakać po dzewach jak wiewiólki i mama! — zawołała radośnie. — Bolowik nie będzie mógł zostać moim mentolem? Skoda… — mruknęła.
— Jestem pewien, że będziesz tak samo świetnym zwiadowcą jak ja — odparł z uśmiechem.

***

Mordor spojrzała na burego zwiadowcę siedzącego na jednej z gałęzi. Iskrzyk właśnie pokazywał jej jak uwić własne gniazdko na gałęzi i nie szło jej aż tak źle jak powinno.
“Może to zasługa Borowika?” pomyślała, marszcząc brwi.
W końcu nauczył ją trochę podczas swojej wizyty w kociarni. Dostała kilka wskazówek odnośnie tego co zrobić, aby legowisko na kasztanowca bylo trwałe, a gdy po kilku próbach się jej udało otrzepała łapki i spojrzała z uśmiechem na swoje dzieło. Czuła, że była w tym dobra.
“To trochę jak figureczki” mruknęła do siebie radośnie w myślach.
— No dobrze. Chodź pójdziemy też na polowanie — zawołał do kotki, a ta bez wahania kiwnęła głową.
Gdy już wychodzili niebieska stanęła jak wryta.
— Możemy wziąć ze sobą Borowika? Chyba się nudzi! — miauknęła, wskazując łapą na bure futro siedzącego we własnym legowisku.
Kremus kiwnął tylko głową. Zawołał drugiego zwiadowcę.
— Borowiku chcesz może powtórzyć choroby drzew? Albo zapolować na jakieś myszy. Każda łapą się przyda przy Porze Nagich Drzew! — miauknął, a Mordor spojrzała na obu, mrugając kilkukrotnie.
“Właściwie czemu to on jest twoim mentorem, a nie Borowik? Iskrzyk jest denerwujący” tupnęła łapką.
— Borowiku! — zawołała nagle. — Umiem wymówić “r”! — miauknęła z uśmiechem.

<Borowiku?>

[384 słowa + tworzenie legowisk na gałęziach drzew]

[8% + 5%]

Od Mordor CD. Iskrzyka

Przeszłość

Mordor przeciągnęła lekko łapki i wychyliła łebek ze żłobka, chcąc złapać odrobinę promieni słonecznych. I oczywiście zabrać trochę błotka czy mchu z obozu, choć do tego może nie powinna się przyznawać. Szczególnie że jej mech do figureczkę pochodził z bardzo…różnych miejsc. Niestety nie zaszła zbyt daleko, gdyż przed nią wyrosła pewna przeszkoda w formie kremowego kocura. Skrzywiła się, mając najszczerszą ochotę po prostu wyminąć irytującą przeszkodę.
— A gdzie się nasza droga panienka Moldor wybiera? — powiedział kremowy, niechcący nie poprawnie wymawiając imię koteczki. — Na przygodę czy do grobu? — dodał żartobliwie.
Karpati zmarszczyła nosek, a także brwi, aby ukazać lepiej swoją wzgardę, lecz to nadal nie odstraszyło dziwnego kocura.
— Nie jestem Moldol! Jestem Moldol!! — zapiszczała, jednak sama wymówiła swoje imię niepoprawnie. — Ugh! Lllllrrrllll! Dwa!— miauknęła jeszcze oburzona.
— Chyba nie rozumiem. Czyli jesteś Moldol, tak? — zapytał dla pewności, a mała koteczka przybiła sobie piątkę z czołem.
— Lllr! — zawołała.
— R? — kocur wyglądał, jakby coś analizował. — Mordor, tak? Miło mi cię poznać. Jestem Iskrzyk — wymruczał przyjaźnie, a kotka wyglądała, jakby chciała mu przyłożyć.
— To świetnie. Idź już. I co cię to obchodzi, gdzie idę, co? Nawet jak do globu to co do tego — zapytała, chcąc przecisnąć się między jego łapami, jednak nic z tego.
W ostatniej chwili ja złapał i odłożył na poprzednie miejsce.
— Za obozem jest niebezpiecznie, wie o tym mała dama, prawda? — zapytał, unosząc brwi.
— No i? Nawet się tam nie wybielam! Jak tak boisz się, żebym szła, to sam przynieś mi to, co potrzebuję — mruknęła niezadowolona.
— Mogę ci pomóc co najwyżej — odparł z uśmiechem.
Wyglądał, jakby należał do tych, co to lubią kocięta. Niestety małej Mordor lubić się nie dało.
— Sam sobie pomóż. Spadaj — burknęła i ostatecznie wróciła się do żłobka, tupiąc nerwowo.

W dniu mianowania

Mordor naburmuszona tupiąc łapkami, wyszła za rodzeństwem. Miała zostać uczniem i była zmuszona wybrać swoją przyszłość. Uważała, że było oczywiste, kim chciała zostać. Chciała być tak samo zwinna, jak jej mama i móc skakać po drzewach niczym rude wiewióreczki. Nawet kształt jej ciała sugerował, że urodziła się po to, aby zostać doskonałą zwiadowczynią. Uderzyła łapą w ten głupi kasztanowiec, na którym mieszkała uczniowie. Nie kusiło jej zostawanie uczniem. Nie wyobrażała sobie nawet, że będzie pod opieką jakiejś durnoty. Wolała zrobić wszystko sama. Ot co! Koteczka chciała zostać Zosią Samosią. Ponownie pacnęła drzewo łapą, spotykając się z pytającym spojrzeniem Pierścienia. Warknęła na niego cicho, a na jej głowę spadł kasztan. Spadł, jednak nie dam. Jeden z zirytowanych zachowaniem młódki uczniów postanowił zrzucić twardą część roślinki na kotkę. Mordor podjęła, znowu tupiąc nerwowo.
— Mysi móżdżek! A niech cię wrony zeźlą! Niech cię ziemia pochłonie!! — zawyła żałośnie, spotykając się ze śmiechem innych.
Usłyszała ciche chrząknięcie.
— Już dobrze? — mruknął czyjś głos.
Szylkretka odwróciła się szybko, widząc przywódcę klanu. Najwyraźniej to właśnie do niego należał ten głos. Ujrzała także zdenerwowany wzrok swoich rodziców i pełen rozbawienia wzrok Smoka. Jej pyszczek pokrył się rumieńcami. Na dzisiaj specjalnie postanowiła wymyć porządnie swoje futro. Zdołało się jej nawet wymyć wszystkie resztki błota! Oponowała Rohan tyle razy, że kotka pozwalała jej po prostu czasem chodzić z brudnym futerkiem. Od tamtego czasu niebieska praktycznie cały czas spędzała na robieniu swoich śmiesznych figurek.
Czereśnia westchnął cicho. Chyba po prostu brakowało mu słów na młodą koteczkę.
— Niech wszystkie koty Owocowego Lasu zbiorą się wokół mównicy! — zawołał czekoladowy.
Mordor zaczęła nieco nerwowo oddychać. Obraz lekko się jej rozmywał z nerwów. Obserwowało ją zdecydowanie zbyt dużo kotów. A jeszcze więcej zapewne oceniało. Zjeżyła lekko futerko i wytężyła wzrok. Wiedziała, że da sobie radę, mimo to jej łapki trząsły się bardziej niż powinny.
— Dzisiaj kocięta Gondora oraz Topoli zostaną mianowani na uczniów. Dwoje z nich pójdzie w ślady swojego ojca. Trzecie zostanie zwiadowcą tak jak ich matka. Smoku, podejdź tu, proszę — miauknął, wpatrując się w czarną szylkretkę. — Smoku, twoim mentorem zostanie Sajgon. Wierzę, że przekażę ci całą swoją wiedzę na temat tego, jak być doskonałym wojownikiem — dokończył, a koty zetknęły się nosami.
Mordor widziała w oczach siostry pewne wyzwanie. Zapewne chciała być lepsza od każdego, kogo napotka, nawet od własnego mentora.
“To takie dla niej… Typowe” pomyślała niebieska, patrząc na Pierścienia.
— Pierścieniu… — zaczął, jednak nim skończył, kocur już pojawił się we wskazanym miejscu. — Twoim mentorem będzie Daglezja. Wierzę, że przekaże ci ona wszystko, co musisz wiedzieć, o byciu wojownikiem Owocowego Lasu — mruknął, obserwując, jak kolejne koty stykają się nosami.
Mordor nawet zaczęła się zastanawiać czy to nie trochę nudne. Wszystkie ceremonie. Na jego miejscu chyba skoczyłaby z kasztanowca. Te wszechobecne ślepia… Niebieską aż przeszły dreszcze.
— Mordor? — kotka została wyrwana z objęć własnej wyobraźni.
Podskoczyła nagle i zaczęła nerwowo kiwać głową. Podeszła we wskazane miejsce i posłała czekoladowe mu nerwowy uśmiech. Ten na szczęście to odwzajemnił, więc kotka szybko uznała, że być może aż tak się nie wygłupiła.
— Mordor twoim mentorem zostanie Iskrzyk — zaczął kocur, a koteczka zastrzygła uchem.
Skądś kojarzyła to imię. Nie była jednak pewna skąd. Widząc jednak futro wywołanego zwiadowcy, zmarszczyła brwi.
“No nie! Tylko nie ten półgłówek!!” pomyślała, a jej pyszczek przybrał niezadowoloną minkę.
— Iskrzyku, wierzę, że przekażesz swojej uczennicy całą wiedzę na temat życia zwiadowców, a także innych istotnych informacji — zakończył jedna część przemowy, czekając, aż uczennica zetknie się nosem z mentorem.
Karpatki wzdrygnęła się lekko i wyraźnie skrzywiła pyszczek.
— Selio? To musisz być ty? — szepnęła bardzo cicho, stykając się nosem z kremusem.
Tamten nie dosłyszał jednak jej słów. Uśmiechnął się lekko.
— A więc mocą Wszechmatki zostajecie uczniami Owocowego Lasu! — wykrzyknął, a wszyscy zaczęli wiwatować.
Jeszcze chwilę towarzyszył zebranym kotom, a następnie udał się spocząć w legowisku przywódcy.
— Świetnie!. Nauczymy panienkę wspinać się na drzewa. I rozpoznawać choroby drzew. W końcu to podstawy! — zawołał Iskrzyk melodyjnym głosem.
— Nie chcę się uczyć. Spadaj — mruknęła.
Nastała chwila ciszy, a gdy Iskrzyk chciał coś odpowiedzieć, Mordor przerwała mu:
— Ej, a co to Wszechmatka? — wypaliła uczennica w stronę Iskrzyka, gdy tylko pysk Czereśni całkowicie zniknął jej z pola widzenia.
— Wiara Owocowego Lasu. Większość klanu wierzy właśnie w nią. Czuwa nad życiem naszym i całego lasu. Dba o nasze bezpieczeństwo młoda damo — odmiauknął, a Mordor zmrużyła oczy, mówiąc głową.
Nastała ponowna chwila ciszy. Niebieska rozejrzała się dookoła. Nie chciała być akurat przy tym kocurze, ale niestety nie miała większego wyboru.
— No dobrze. Skoro to wszystkie pytania to możemy iść — zamruczał wesoło.

<Iskrzyku?>

[1021 słów]

[20%]

31 maja 2026

Od Mordor do Koniczyny

Mordor, gdy tylko pierwszy raz wyszła ze żłobka, zaczęła zwiedzać każdy możliwy zakątek obozu. Czasem również zakątki poza obozem, jednak na tyle blisko, aby w razie potrzeby szybko zwiąć i oczywiście w celach edukacyjnych, żeby znaleźć materiały do swoich figurek. Pewnego dnia słysząc od mamy o jakiś więźniach, musiała koniecznie dowiedzieć się, o kogo chodzi. Rozpoznając jednego z nich z opisu Rohan bez zastanowienia podeszła i wskazała łapą na kocura.
— Ty! Jesteś jednym z więźniów. Jak cię zwą? — zapytała, mrużąc żółte oczka.
— Ja? — wymamrotał chudzielec w kącie. — Jestem Zapo...Koniczyn. Mów na mnie Koniczyn — odpowiedział oriental.
Podejrzliwie badał kociaka wzrokiem, jakby miał nadzieję, że ów maluch nie będzie go gnębił.
— Zapokoniczyn... Koniczyn. Dziwnie imię — mruknęła, szukając czegoś nieopodal.
W końcu wyciągnęła zza jednego z legowisk figurkę z mchu i błota.
— Fajne? Tylko muszę podlewać, bo błoto schnie — miauknęła, przedstawiając swoje arcydzieło, czyli właściwie kulkę czegoś, próbującą być faktycznym czymś.
— Jestem Moldol. Mmmooolrrrdollllr. Nie umiem mówić dobrze l — miauknęła, przewracając oczami.
Koniczyna skrzywił się na "figurkę" z mchu i błota. Zamrugał i skinął głową, wymuszając uśmiech.
— Tak, tak, Mol... Mordor... - wymamrotał po dłuższej chwili. — Fajna... figurka. Co ona przedstawia? — zapytał.
— Ymmm... Właściwie jeszcze nie do końca wiem. Takie coś z takiego czegoś z pierwszego legowiska moich rodziców. Takie dziwne zwierzątko. Po nim podobno mam swoje imię! — miauknęła. — Brzmisz dziwnie. Jesteś...dziwny. Zapo...koniczynie — miauknęła, ale zaraz pokręciła główką na boki. — Koniczynie dlaczego tutaj jesteś? — zapytała, siadając w końcu na ziemi, lecz przedtem odłożyła figureczkę na swoje miejsce.

<Dziwny więźniu?>

Od Mordor do Borowika

Jakiś czas temu

Mordor jak co dzień leżała w żłobku, na własnym mini legowisku z “kradzionego” mchu obok swojej mamy. Było dosyć ciepło, zbliżała się w końcu nieubłaganie Pora Zielonych Liści. Szylkretka coraz bardziej oddalała się od innych legowisk, żeby nie musieć znosić ich gorąca. Nadstawiła lekko uszu, słysząc szelest liści. Ktoś właśnie wszedł do złobka. Przytuptała swoje legowisko, nie chcąc, aby ktoś je jej odebrał. Ostatnim razem udało się jej tego uniknąć, gdy to wdała się w sprzeczkę z jednym uczniem. W końcu sama je zbudowała! Co prawda z kradzionego mchu, jednak było jej własne. Widząc burego kocurka zjeżyła futerko.
“Nie tym razem!” pomyślała, chcąc bronić swojego mchu za wszelką cenę. Gdy, jak się okazało, uczeń podszedł do kotki, leżącej na swoim posłaniu, ta posłała mu niezadowolone spojrzenie.
— Nu! Moje!! — miauknęła, pacając łapka w ziemię przed kocurem. — Nie oddam! — zmrużyła oczka, a uczeń spojrzał na nią pytająco.
— Ale… — zawiesił się na moment. — Muszę je wziąć. Wymienić na czyste — stwierdził, zapewne nie wiedząc o co może chodzić małej kotce.
— Siama to zlobię! Siama!! — pisnęła niezadowolona, wyrywając fragment świeżrgo mchu, który akurat przyniósł kocur.
Nie spodziewała się jednak, że to sprawi, że mech będzie rozniesiony…po całym żłobku. Położyła uszy po sobie, patrząc na ucznia, tak jakby zastanawiała się czy jest zły. Nie wyglądał jednak na takiego. Zaczął spokojnie zbierać świeży mech. Mordor westchnęła, ale ostatecznie pomogła kocurowi.
— Moldol! Jeśtem Moldol! — miauknęła za chwilę w stronę ucznia.
— Moldol? Dziwne imię. Jestem Borowik — mruknął cicho.
— Nie! Mmmmoldol! — zawyła zdenerwowana i podrapała podłoże drobnymi pazurkami. — Llllllrlllr!!! — miauknęła niezadowolona.
— Mordo? — zapytał, a szylkretka wyglądała jakby próbowała sobie przypomnieć jak brzmi jej imię.
Pokręciła zaraz głową na nie. Zaczęła szukać czegoś po żłobku, aż w końcu przywlokła ze sobą dwa patyczki.
— Dwa! — miauknęła, dumna z siebie.
Naprawdę wierzyła, że w ten sposób zdoła się porządnie przedstawić uczniowi.
— Co dwa? — zapytał kocur, ale po chwili go oświeciło. — Aach! Mordor, tak? — uśmiechnął się lekko, jednak trochę nieśmiało.
Kotka kiwnęła ochoczo głową, zbierając ostatecznie kawałki mchu.
— Nauc! Legowiska! Jak! — miauknęła, machając ogonkiem na boki podekscytowana.

<Bolowiku?>

Od Mordor CD. Mistral

Dawniej

Niebieska kotka wypełzła ze żłobka zaraz za matką. Nie było nawet opcji, aby ominęła jakieś zbiorowisko kotów. W końcu uwagę niejednego przyciągnęłaby taka ich ilość. Mimo że kocięta nie musiały pojawiać się na przemówieniach, Mordor bardzo chciała uczestniczyć w jednym z nich. W końcu kiedyś to ona kiedyś będzie tam — oczywiście nie ma miejscu ucznia, lecz na Miejscu Przemówień, skąd przemawiał Czereśnia. Uśmiechnęła się pusto i machnęła puszystym ogonkiem. Słysząc słowo “zielarz” wydobywające się z ust czekoladowego przywódcy, zmrużyła lekko oczka zainteresowana. Szybko uznała, że będzie chciała porozmawiać z kotką o śmiesznym imieniu, odrobinę podobnym do tego jej.

***

Siedziała koło żłobka, pilnie wypatrując kogoś do zaczepienia. Widząc dwa futra wchodzące do obozu, uznała, że to idealna okazja, aby porozmawiać z tą, którą Czereśnia nazwał Zielarzem. Nie musiała jednak podchodzić, gdyż obie kotki podeszły do niej. Z tym że Purchawka wróciła na swoje miejsce, do żłobka, aby opiekować się swoimi kociętami, a druga najwyraźniej kogoś szukała. Mordor nie do końca rozumiała obecność innych istot w żłobku. Było ich tak już za dużo, gdy znajdowała się w nim tylko jej rodzinka, a teraz gdy dorzucili kolejne kocięta, nagle stało się zbyt tłoczno. Już nawet nie była w stanie robić sobie oddzielnego legowiska i musiała znosić ciepło swojej siostry, brata i mamy. Do tego ten hałas… Szylkretka co chwila miała ochotę komuś przyłożyć łapą. Miała tylko nadzieję, że nie będzie musiała użyć łapoczynów na kotce przed nią, która wydawała się raczej przyjazna. Spojrzała się na nią niezadowolonym spojrzeniem, a słysząc głos białej, mruknęła coś pod białym noskiem.
— Cześć? — miauknęła, nieco pytająco, posyłając kotce niezbyt radosny uśmiech.
W końcu nie potrafiła nic poza wyszczerzeniem kłów lub zmęczonym uśmieszkiem. Uniosła lekko ogon i podeszła do kotki.
— Moldol jestem — rzuciła niebieska, obwąchując zielarkę. — Śmiesznie pachniesz. Boli mnie łapa — burknęła, siadając na ziemi przed kotką. — Co to zielarz? — zapytała w końcu.

<Chyba Mistral?>

Od Mordor do Gołąbka

Jak można było się spodziewać mała Mordor wkrótce po tym, jak bawiła się z bratem Pierścieniem, doznała uszczerbku na zdrowiu. Oprócz pokaleczonego skorupką ślimaka opuszka ucierpiał także fragment jej łapki. Wolała nie opowiadać o głupiej sytuacji, gdy to zgniotła obślizgłe stworzenie, kalecząc przy tym samą siebie. Była jednak pewna, że brat będzie przypominał jej o tym wydarzeniu za nią. Nie mniej nie zmieniało to faktu, że mama Rohan musiała zabrać swoją córkę do lecznicy, aby ktoś z tamtejszych kotów mógł ją wyleczyć. Na początku kotka chciała nieść swoją córkę, jednak szylkretka nie pozwoliła na to, ostatecznie idąc obok matki “dumnym” krokiem, który w rzeczywistości przypominał raczej chód kota bez łapy. Nie martwiło to jednak małej kotki, szła w podniesionym pyszczkiem. Gdy wylądowała w legowisku medyka, miauknęła sama, wołając kogoś, kto byłby w stanie pomóc.
— Halo? Boli! — mruknęła niezadowolona.
Wkrótce przyszedł do nich buty kocur, w dosyć młodym wieku.
Wyglądał raczej na ucznia niż na samego uzdrowiciela. Mordor nie była pewna czy chce, aby to on leczył jej łapkę. Było w nim jednak coś, co ją zaciekawiło. Pasja. Najwyraźniej większość medyków uwielbiała swoje zajęcia. Wyglądał jednak też na niezbyt rozmownego, był raczej nieśmiały. Tak czy owak, mała szylkretka podziwiała tych, którzy mieli wiedzę i szybko zapragnęła porozmawiać z dziwnym osobnikiem. Chociaż sądząc po jego posturze, nie była pewna czy powinna.
— Jestem Moldol. Mmmmooolllrdolllr! — miauknęła, jak zwykle usiłując wymówić swoje jakże skomplikowane imię poprawnie. — A ty? — zapytała, gdy uczeń uzdrowiciela zajmował się jej łapą.

<Uczniu?>

Wyleczeni: Mordor

Od Mordor do Pierścienia

Jakiś czas temu

Gdy na dworze było już nieco cieplej, a Pora Zielonych Liści była już tuż tuż można było ujrzeć trzy małe kulki wypełzające powoli ze żłobka. Być może było na nie odrobinkę za wcześnie, ale ciekawość trójki kociąt Rohan nie znała granic. Matka sama pod wpływem czarujących spojrzeń kociąt dała w końcu się przekonać, aby jednak wypuścić psotliwe stworzenia na zewnątrz, jak najbliżej żłobka. “Spojrzeń kociąt”, a raczej jednego spojrzenia, które należało do Smok. Mordor ani Pierścień nigdy by się tak nie uniżyli, jednak szylkretka mogła wyraźnie ujrzeć fascynację całym światem zewnętrznym, gdy tylko wychylili łebki poza gałęzie chowające wyjście. Pierwsza wybiegła oczywiście Smok. Niebieska wyjrzała na zewnątrz jako ostatnia, niechętnie spoglądając na swoje rodzeństwo. Obok niej szedł jednak Gondor co dawało jej odrobinę więcej odwagi. Nim zdążyła porządnie się rozejrzeć zaczepił ją pręgowany braciszek.
— Pats. Jaki bzydki lobal. Wygląda jak ti. Albo Śmok — miauknął, a Mordor zasyczała ostrzegawczo.
— Spadaj! Siam jeśteś bsydki!! — mruknęła niezadowolona, serwując bratu pacnięcie łapą.
Zapiszczała w ten dziwny, przerażajacy dla siebie sposób i już chciała rzucić się do bitwy, ale w ostatniej chwili się otrząsnęła. Spojrzała tylko na Pierścień deptającego śmiesznego robaczka i prychnęła.
— Mnje nje zdepces — rzuciła, szukając pod krzakami innego stworka.
I w końcu znalazła. Ślimaka. Bez zastanowienia złapala go w igiełkowate ząbki, lecz nie poczuła, jak przebiła mu skorupkę. Stworzenie schowało się wystraszone w swoim domku, a Mordor że złowieszczym uśmiechem na pyszczku powtórzyła czyny swojego brata i brutalnie zdeptała zwierzątko. Skorupka się przebiła, a razem z nią okaleczył się opuszek szylkretki. Oprócz tego spód łapki kotki był cały pokryty w obrzydliwej, ślinaczej mazi.
— Fuj! Fuj!!! — zawołała kotka, piszcząc nerwowo i machając łapką, aby pozbyć się dziwnej substancji.
Ostatecznie wytarła tyle ile dała radę w trawę, jednak część gdzieś zniknęła, lecz tylko na chwilę. Gdy spojrzała na Pierścienia okazało się, że ma resztki ślimaka na poliku. To był moment, gdy zaczęła chichotać.

<Bzydki ślimolu?>

Od Mordor CD. Smoka

Kiedyś 

Mordor leżała przy matce, jednak nie trwało to zbyt długo. Już chwilę po tym jak Rohan ułożyła za blisko niej Smok, zdecydowała się zwiać. Szylkretowa koteczka przyglądała się więc swojej rodzince z boku. Zmarszczyła lekko nosek i podniosła fragment mchu z części jednego z legowisk. Wzięła takich kawałków kilka, po czym ułożyła sobie z nich własne legowisko. Zamruczała cicho do siebie i usiadła na swoimi mini “łóżeczku”, dumnie unosząc pyszczek.
“Tutaj mogę ich pilnować” pomyślała z niecnym uśmiechem na pyszczku.
Za chwilę usłyszała jeszcze, jak królowa mówi jakieś bliżej nieokreślone słówka w stronę jej siostry i ułożyła się nieco wygodniej chcąc iść spać. Z całej tej rodzinki to chyba Gondor wyglądał według kotki na najnormalniejszego. Chociaż może to z Pierścieniem najprędzej mogła porozmawiać. Widząc odwrócony w jej stronę pyszczek Smoka, zmrużyła oczy niezadowolona.
“Będzie znowu gadać! Pacnę ją!” pomyślała, najwyraźniej mając ochotę zapaść się pod ziemię. Smok wypowiedziała kolejną, tą samą frazę słów co wcześniej, powtarzając jak to jej się nie nudzi w żłobku i jak to nie chciałaby już wyjść na zewnątrz. Mordor nie paliła się do tej czynności tak samo jak jej czarno ruda siostra. Gdy miała już nadzieję, że kotka przestanie w końcu gadać po raz kolejny się odezwała. To był moment, w którym krótki lont żółtookiej nagle zapłonął. Bez zastanowienia podeszła nieco bliżej i pacnęła drugą kotkę w łebek. Smok jednak odwdzięczyła się kotce i już za chwilę Mordor stała w pełni przygotowana do kocięcej walki. Pisnęła, w ten swój dziwny, charakterystyczny sposób. Zjeżyła futerko, położyła uszy po sobie, sycząc niezadowolona.
— Nu! — miauknęła, nie mając najmniejszej nawet ochoty na rozmowy, tym bardziej że szurniętą siostrą. — Ić siobje! — pisnęła, machając nerwowo ogonkiem na boki. — Pseskadzas!! — zawyła z wściekłości.
— Smok, Mordor. Nie kłóćcie się — mruknął Gondor, a Mordor spojrzała na niego tak jakby coś zrozumiała i zmrużyła wrogo złote oczka.
— Nu!! Ucis! — miauknęła, wskazując łapką na czarnofutrą.

<Irytująca pchło?>

Od Mordor do Rohan

Niebieska szylkretka spojrzała na mamę ze zmrużonymi oczkami. Na zewnątrz był upał, a w obozie Owocowego Lasu nie można było już znaleźć ani kałuż, ani nawet wystarczająco wilgotnego mchu, który dałby się zwinąć w kulkę. Był to główny powód, dla którego śmieszna kulka tuptała rozzłoszczona po żłobku. W końcu jej figurki się psuły! Nie wiedziała nawet, czy poprzednie jej tworzywa przetrwają takie upały aż do następnego deszczu, gdy to będzie mogła spróbować je naprawić. Nie, żeby te śmiesznie stworki, które próbowała tworzyć, cokolwiek przypominały. Rozdziawiła pyszczek, ale zaraz go zamknęła, obserwując burą.
— Chcę poza obóz! Tam jest więcej wody! Mamo! — zawołała nagle, patrząc na królową zdesperowanymi, ale też pełnymi złości żółtymi oczkami. — Maaaamooo!! — zapiszczała po raz kolejny, zaczepiając łapę kotki.
Tykała ją co chwilę łapką, oczekując szybkiej reakcji, która nadeszła wkrótce po jej dziwnym ataku uporczywych łapek i przerażających pisków.
— Jasne! — odmiauknęła kotka, chcąc już wyjść ze żłobka, jednak w ostatniej chwili odwróciła się, patrząc na nabuzowaną małą szylkretkę. — TylkoTylko że poza obozem też nie ma wody. Nic z tym nie zrobimy — dodała zaraz.
— A-Ale moje figulki. Mamo one się lozpadają… Nie wiem z czego, mogę je lobić. Mech i błoto nie działają — rozpaczała niebieska, coraz bardziej się denerwując i zatracając w bezradności, tak jak czasem miewają kociaki.
Koteczka skrobała przez chwilę łapką w ziemi, aż w końcu wpadła na genialny pomysł.
— Mamo Rohan! Słyszałam kiedyś od jednego z wojowników, że istnieje taka śmieszne ziemia, która się lepi. Jakoś na literkę g… Pomożesz mi ją znaleźć proooooszę? — zaświeciła złotymi oczkami z nadzieją wymalowana na pyszczku.

<Mamo?>

Od Mordor

Jakiś czas temu

Trzy kocięce kuleczki leżały wtulone w swoją mamę Rohan. Zaraz obok stał Gondor, rozczulony maluchami ojciec. Kocur jak zwykle przyszedł odwiedzić swoją partnerkę, a także czasem przynieść jej zwierzynę, jeśli tego potrzebowała. Kocięta rosły z dnia na dzień. Cała trójka zdążyła już jakiś czas temu otworzyć swoje oczka, a Smok i Pierścień zdążyli nawet już wypowiedzieć swoje pierwsze słowo. W przypadku czarnej kotki było to jej imię. Pierścień zdołał wymówić nieco łatwiejsze słówko “mama”, jednak rodzice byli równie dumni. A może nawet bardziej? Byli za to zmartwieni o najmniejszą kotkę. Ta z kolei wypowiadała dosyć dobrze same sylaby, fragmenty słów. Zmuszenie jej do powiedzenis całego słowa było nie lada problemem. Same jej części słowne były już trochę boleśnie wypowiadane, przez wyraźny problem z wypowiadaniem literki “r”. To jednak nie było niczym strasznym, gdyż większość malców miała z tym problem. Gdyby skończyła już kilka księżyców i dalej byłaby w stanie pokonać ją ta straszna literka, wtedy możnaby się uprosić i spotkanie z uzdrowicielem. Było to jednak naturalne, więc zapewne nie trzeba było się tym martwić. Brak słówek był jednak zastanawiający. Mordor spojrzała w górę prosto w oczy matki, a następnie na swojego ojca. Zmrużyła lekko oczka i kichnęła, zaraz wycierając pyszczek łapką. Ze strony szylkretki nie było jednak w tym nic skomplikowanego. Po prostu nie chciała mówić. A poza tym zapewne wyznawała zasadę, że lepiej potrzymać ptasie móżdżki w niepewności.
— Mor-dor. No dalej. Maa-ma — miauknęła Rohan, liżąc mała kotkę po poliku.
Niebieska podniosła łapkę, próbując odsunąć pyszczek burej od swojego futra. Wydostała się od matki i przedostała się w stronę złotookiego. Spojrzała na niego.
— Gon… Gonn… — zaczęła.
— Dor. Gondor. Chyba, że wolisz to Gondol — miauknął biały kocur, śmiejąc się cicho.
— Gon-dol? Gondol? — zawahała się kotka.
— Zgadza się — uśmiechnął się.
— Moldol — dodała z słabym uśmieszkiem, wskazujący na siebie łapką.
— Brawo — mruknął Gondor, a mała tortie wyglądała jakby miała zaraz pęknąć z dumy.

01 września 2014

Mordor

Autor grafiki: baroksi
OGÓLNE
MORDOR
Poprzednie imiona: ///
Płeć: Kotka
Orientacja: Homoseksualna
Przynależność: Owocowy Las
Ranga: Zwiadowca

- - - -

Właściciel: happy_lunacy/florian_2137@onet.pl
CHARAKTERYSTYKA

APARYCJA
Opis ogólny - Mordor to kotka o niezbyt przyjaźnie wyglądającej aparycji. Choć piękne, półdługie futro jest bardzo zadbane, a przy jej uchu często widnieją różne ozdoby, to koty nadal często się jej boją. Na jej pysku rzadko kiedy widnieje rzeczywisty uśmiech, często za to można ujrzeć zmęczony, niby to radosny grymas. Ma znudzone, żółte oczy, które nie wykazują żadnych większych emocji oprócz czystej niechęci. Ma słabe kły, ale za to jej siła tkwi w mocnych pazurach. Futro kotki jest niebieskie szylkretowe usiane tygrysimi pręgami z mutacją bieli, przypominającą odwróconego pointa. To właśnie przez nią ma jaśniejszy ogon, środek pyszczka i uszy. Szylkretka jest również smukłej budowy, lecz dosyć niskiego wzrostu.
Cechy szczególne - Uszy, ogon i środek pyszczka pokryte bielą
Kolor sierści - Niebieska szylkretowa tortie pręgowana tygrysio z mutacją karpati
Długość sierści - Półdługa
Kolor oczu - Żółte
Problemy zdrowotne - Brak

CHARAKTER

Mordor nie należy do najłatwiejszych kotów. Wydaje się naburmuszona i kapryśna, ale w rzeczywistości ma po prostu wszystko w nosie. Robi tylko to, na co akurat ma ochotę i nie przejmuje się nikim poza sobą. Nie da się jej zmanipulować, ale za to łatwo jest ją wybić z równowagi. Tak naprawdę wystarczy parę słówek i szylkretka może zacząć rzucać epitetami na prawo i lewo lub wydawać z siebie dziwne dźwięki, jak świnki morskie, nie pozwalając sobie, żeby jej emocje wyszły na światło dzienne. Kotka ma wiele dziwnych przyzwyczajeń i metod radzenia sobie samej ze sobą. W rzeczywistości nie za dobrze radzi sobie w kocim społeczeństwie i gdyby mogła, spędzałaby raczej swój czas, poświęcając się lepieniu figurek z kości, ziemi i listków. Tworzenie nowych rzeczy bardzo ją relaksuje i ceni sobie tych, którzy mają własne dzieła. Ulepienie dziwnej figurki to coś, przy czym jest nawet w stanie pokazać swoje inne, bardziej przyjazne oblicze. Bywa dosyć agresywna. Jednego dnia można ją ujrzeć nabuzowaną na tyle, że widać to gołym okiem, innego beznamiętnie wpatruje się w sufit przez cały ranek, a cały dzień opanowuje jej emocje ją marazm. Ma problemy z przyjmowaniem komplementów i rzadko zdarza się jej okazywać inne emocje niż te, które okazuje na co dzień. Mimo bycia wychowaną w rodzinie pełnej radości wygląda i czuje się w tej układance jak nie pasujący puzzel, dziwadło.

MORALNOŚĆ

Moralność kotki jest trudna do określenia. Raczej nikogo by nie skrzywdziła, jednak wisok krwi daje jej dziwną satysfakcję. Wierzy we Wszechmatkę.

CIEKAWOSTKI

- Często, gdy targają nią silniejsze emocje, wydaje z siebie dźwięki, których raczej normalnie kotom nie przypisują. Głównie jest to jej sposób na rozładowanie negatywnej energii
- Niektórzy przezywają ją kocurzycą przez jej niezbyt elegancki sposób bycia
- Uspokaja ją widok wnętrzności, ale nigdy się do tego nie przyzna
- Uwielbia zbierać kości, żeby następnie układać z nich szkielety i figurki
- Gdy była młodsza miała problemy z wymową literki "r"


UMIEJĘTNOŚCI

Poziom medyczny: ///
Poziom wojownika: V
Słabe strony: Rozchwiana emocjonalnie, czasem straszna, niezbyt wylewna, krótka pamięć
Mocne strony: Zwinna, cicha, dobra obserwatorka, dosyć inteligentna

RELACJE

RODZINA

Ojciec - Gondor
Matka - Rohan
Rodzeństwo - Smok, Pierścień
Partner - ///
Potomstwo - ///

INNE


SZKOLENIE

Mentor - Iskrzyk
Uczniowie obecni - ///
Uczniowie dawni - ///
HISTORIA

Urodzona w Owocowym Lesie w miocie Rohan i Gondora za czasów panowania Czereśni. W wieku 4 księżyców rozpoczęła trenin na zwiadowcę podokie Iskrzyka. Mianowana na zwiadowczynię w wieku 13 księżyców.