Im więcej czasu mijało, tym mniej było do wyłuskania ze starego obozu. Prawdopodobnie wszystko, co warte zabrania, zostało już zabrane, a to, co zostało spalone, zmrożone albo przesiąknięte wilgocią nie bardzo miało komu służyć.
Perłówkowa Łapa wiedziała o tym równie dobrze, jak inni, ale mimo to przyszła jeszcze raz, powiedziawszy sobie, że to na wszelki wypadek, bo zawsze jest szansa, że coś przydatnego wszyscy i tak przeoczyli. Nie był to odosobniony sentyment, ale na ten moment rozglądając się, była całkiem sama.
Zatrzymała się przy żłobku. Pień, który przez całe jej dzieciństwo był najbezpieczniejszym miejsce, jakie znała, stał teraz zwęglony i kruchy, z wejściem otwartym szerzej niż powinno, bo wypalone drewno po jednej stronie osypało się do środka. Kotka weszła ostrożnie, testując grunt przed każdym krokiem. Na zewnątrz było dość upalnie, ale tu, w cieniu spalonego pnia, powietrze było chłodniejsze i nieruchome. Dalej czuć było słaby zapach popiołu, który księżyce deszczów i słońca zdążyły zetrzeć na zewnątrz, ale nie tutaj.
Zaczęła grzebać, sprawdzając kolejne zakamarki, starając się nie myśleć, że każdy z nich pamięta w zupełnie innych okolicznościach. Tu Kurczątko spał zawsze w tej samej pozycji, tu mama miała zwyczaj zostawiać różne rzeczy, których potem szukała przez pół dnia, tam było jej osobiste ulubione miejsce przy korzeniu, które w upalne dni było przyjemnie chłodne od ziemi. Wszystko to było już dawno przeszłością, zanim przyszedł ogień – rodzeństwo już od jakiegoś czasu spało w legowisku uczniów, Rudzikowe Skrzydełko przeniosła się z powrotem do wojowników z entuzjazmem godnym kogoś, kto przez wiele księżycy był od niego odcięty. Nie mogła się jednak spodziewać, jak bardzo kiedyś tak znajome miejsce może się zmienić w tak krótkim czasie.
Przy tylnej ściance jej nos natknął się na coś innego niż spalone zgliszcza. Wyraźniejszy, trochę wodnisty zapach przebijał się przez resztki popiołu. Przyciśnięty pod niewielkim kamieniem, jakby ktoś go tam schował w pośpiechu, leżał pęczek ogórecznika. Był w połowie spalony, jedna część całkiem ciemna i krucha, ale druga wyglądała na w miarę nietkniętą. Być może Wdzięcznej Firletce udałoby się coś z tego wykorzystać.
Perłówkowa Łapa wzięła ostrożnie pęczek do pyska i odłożyła przy wejściu, żeby o nim nie zapomnieć.
Potem wróciła do środka, z nadzieją na znalezienie czegoś jeszcze, i przykucnęła przy starym posłaniu.
Nawet nie zauważyła, że zaczęła nucić pod nosem. Melodia była prosta i powtarzała się w kółko, jakby mama nigdy nie pamiętała więcej niż fragmentu zwrotki. Trochę zbyt energiczna, żeby można było ją uznać za kołysankę, ale słyszaną na tyle często, że przez znudzenie mogła w końcu zacząć pełnić tę funkcję. Perłówka nigdy nie prosiła o muzyczny komentarz, a sama wolałaby zakopać się pod ziemię, niż kiedykolwiek dołączyć się do śpiewania.
Urwała w połowie taktu, orientując się, co robi. Cisza w starym żłobku nagle stała się bardzo głośna.
Powoli odwróciła głowę. Kurza Łapa stał w wejściu z trudnym do odczytania wyrazem twarzy. Musiał rozpoznać tę melodię. Nie miał wyjścia, słyszał ją dokładnie tyle samo razy.
— Nic nie słyszałeś — powiedziała, ku własnemu niezadowoleniu, o wiele za szybko, żeby można było to nonszalancko zbyć.
Kocur przyszpilał siostrę swoim wielkim, wręcz czarnym okiem. Nie poruszył się.
— Czemu nucisz te kłamstwa zdrajczyni?
Słowa, które niegdyś nie miałyby sensu dla nich obu, wypadły z ust brata. Słowa, które brzmiały wręcz nierealnie, zważając na więzy krwi, przeszły przez jego prawdziwe gardło. Wybrzmiały nie w śnie, lecz na żywo.
— Jeszcze te małe kocięta tej parszywej kocicy to usłyszą — zaczął chłodno, ostrożnie obserwując reakcję Perłówkowej Łapy. Przełknął prędko ślinę — I też zaczną nas mordować z maniakalnym uśmiechem.
Pysk rudzielca zachował ten sam, chociaż odrobinę zmęczony, opanowany wyraz, pomimo jakie słów wypowiedział przed chwilą. Przechylił łeb na bok, oczekując odpowiedzi. A może bardziej... obrony przeciw dopowiedzeniom we własnym umyśle.
Kotka zmrużyła oczy, słuchając.
— Dobrze się składa, że żadnych kociąt już tu nie ma — mruknęła na komentarz brata.
Zaskoczenie i zażenowanie, jakie by normalnie właśnie czuła, mieszało się ze złością Kurzej Łapy.
Nie zamierzała bronić matki, sama była na nią wystarczająco zła. Jednak głęboko pod tym dalej czuła żal i może nawet jakąś nieuchronną troskę, jaka ukształtowała się, dorastając. Rudzikowe Skrzydełko nie była kotką, która planowała. Z perspektywy Perłówki była kotką, która kiwała głową i się uśmiechała do kogokolwiek, kto akurat wydawał się jej sympatyczny. Chciała wierzyć, że to bezrefleksyjna łatwowierność doprowadziła ją do tego miejsca, a nie okrutne zamiary. Nawet jeśli przez to, co robiła, nie była w stanie spojrzeć się na matkę od momentu pierwszych oskarżeń.
— Poza tym reszta klanu ewidentnie nie uznała jej za wielką, bezwzględną morderczynię, skoro zostawili ją przy życiu — dodała bez szczególnego ciepła w głosie, patrząc się bardziej w bok niż na rozmówcę.
Kurza Łapa nie odpowiedział. Patrzył ze zmrużonymi oczami na siostrę, taką niegdyś malutką i rozmowną, teraz wydoroślałą i spoważniałą. Zmarszczył brwi na jej słowa i prędko po nich otworzył pysk, chcąc rzec:
— Perłówkowa Łapo... — zaczął i westchnął ciężko. Uciekł wzrokiem w bok tak jak jego rozmówczyni. Widocznie wiele ich nie różniło pod względem naturalnego, instynktownego zachowania. Odchrząknął. — Wiesz dobrze, że to głosowanie było sprawiedliwe.
Wtedy ich spojrzenia się zetknęły. Perłówka nie odnalazła w czarnych i głębokich jak ocean ślepiach brata ani jednego odbicia. Tak podobne do matczynych, a mimo tego... wciąż tam nie pasowało. Fragment, który tak bardzo usiłował wpasować się w całą układankę. Sierść też niewiele się różniła od Rudzikowego Skrzydełka. A więc... co właściwie poszło nie tak? Co musiało się stać w umyśle Kurzej Łapy, że postanowił wypowiedzieć takie zaskakujące słowa?
— Mam nadzieję.
Przez chwilę żadne z nich nic nie mówiło.
Perłówkowa Łapa postanowiła przerwać bezruch, robiąc kilka kroków do przodu. Kiwnęła nosem w stronę częściowo spalonego ogórecznika, leżącego w tym momencie bliżej łap brata niż jej. Może ich rozmowa ją zbiła z tropu, ale jeśli Kurza Łapa tu przyszedł, to prawdopodobnie z tego samego powodu, co ona.
— Jeszcze nie sprawdziłam tamtej części. — Skinęła głową w stronę ciemniejszego kąta żłobka.
<Kurza Łapo?>
[955 słów]
Event Klanu Burzy: przeszukiwanie starego obozu
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz