Łzawa Łapa poczuła, jak do jej nosa dociera znajomy, ciężki zapach ziół, który przez ostatnie dni zdążył już na dobre wsiąknąć w ściany legowiska, a jej oczy, jeszcze niedawno skazane wyłącznie na pustkę, powoli zaczęły wyłapywać pierwsze, nieśmiałe barwy oraz blade smugi światła wpadającego zapewne od strony Groty Pamięci. Przez chwilę siedziała bez ruchu, jakby sama nie była pewna, czy może już ufać własnemu wzrokowi, po czym gwałtownie uniosła głowę i zaczęła rozglądać się po swoim nowym otoczeniu, chłonąc każdy szczegół z niemal przesadnym zainteresowaniem.
Jej spojrzenie przesunęło się od niewielkich dołków i półeczek, w których poukładane były pęczki ziół, przez suszone liście zwisające ze ścian, aż po przygotowane legowiska chorych, z których część wyglądała tak, jakby nikt nie miał czasu porządnie ich ułożyć. Nie podobało jej się to. Właściwie od samego początku nie podobało jej się prawie nic związanego z nowym obozowiskiem, którego budowa zdawała się ciągnąć w nieskończoność, a szczególnie irytowało ją to, że każdego dnia musiała znosić wilgotne, ciężkie powietrze przesycone piżmowym zapachem, który wżerał się w futro i pozostawał w nosie jeszcze długo po opuszczeniu podziemnych tuneli.
Najgorsze było jednak to, że jej miejsce, które wcześniej wyróżniało się spośród reszty obozu i nie pozostawiało żadnych wątpliwości co do tego, do kogo należało, teraz stało się zwyczajną jamą, podobną do wszystkich pozostałych, jakby wraz z przeprowadzką odebrano jej coś, co uważała za oczywiste i należne tylko jej.
— Hej, Łzawa Łapo — odezwał się nagle głos zza jej pleców.
Kotka nawet nie musiała się odwracać, żeby wiedzieć, kto przyszedł.
Przewróciła oczami, po czym westchnęła tak teatralnie, jakby właśnie powierzono jej najcięższe zadanie, jakie kiedykolwiek przyszło jej wykonywać.
Rudy kocurek stał przy wejściu do legowiska, a jego zielone oczy jak zwykle zdradzały zdecydowanie zbyt duże zainteresowanie tym, co działo się w miejscu przeznaczonym dla medyków. Łzawa Łapa od razu poczuła znajome ukłucie irytacji, bo naprawdę nie rozumiała, dlaczego Kołysankowa Łapa tak uporczywie zaglądał do ich legowiska, zadawał pytania, obserwował przygotowywanie ziół i zachowywał się tak, jakby wystarczyło kilka wizyt, żeby ktoś pozwolił mu zacząć grzebać w ich zapasach.
Co gorsza, robił to z tym swoim pełnym podziwu spojrzeniem, które zamiast ją cieszyć zaczynało działać jej na nerwy.
— Pa, Kołysankowa Łapo — miauknęła przesadnie słodkim tonem. — Naprawdę cudownie było cię widzieć, ale jeśli nie potrzebujesz żadnych ziół ani pomocy, to możesz już iść.
Rudy kocur zamrugał, najwyraźniej nie do końca pewien, czy właśnie został wyrzucony, czy też Łzawa Łapa po prostu jak zwykle przesadza.
— Ja tylko chciałem...
— Wiem, wiem, ty tylko chciałeś — przerwała mu natychmiast, machając ogonem. — Ty zawsze tylko chcesz coś zobaczyć, o coś zapytać albo sprawdzić, co robimy. Naprawdę, Kołysankowa Łapo, jeśli tak bardzo interesują cię zioła, mogę ci kiedyś zrobić wykład, dobrze? Tylko nie teraz.
Dopiero wtedy zauważyła, że za rudym kocurem stoi ktoś jeszcze.
Zamilkła.
Jej spojrzenie przesunęło się na jego siostrę, a cała wcześniejsza irytacja niemal natychmiast ustąpiła miejsca zainteresowaniu.
Szylkretka kichnęła cicho.
Łzawa Łapa wyprostowała się, a jej uszy natychmiast skierowały się w jej stronę.
— Ojej...
W jednej chwili znalazła się przy nich, jakby przed momentem wcale nie próbowała pozbyć się Kołysankowej Łapy z legowiska. Zbliżyła pysk do chorej kotki, przyglądając jej się z przesadną uwagą, po czym przekrzywiła głowę.
— Ty jesteś chora — stwierdziła, choć było to oczywiste, a w jej głosie pojawiła się nuta troski, której nie potrafiła powstrzymać. — I dlaczego nikt mi wcześniej o tym nie powiedział? Oddech ci strasznie świszczy. Masz gorączkę? Bolą cię mięśnie? Kręci ci się w głowie? A gardło? Gardło też cię boli?
Pytania zaczęły wypływać z jej pyska jedno po drugim, coraz szybciej, aż w końcu sama musiała zaczerpnąć oddechu.
— Łzawa Łapo, spokojnie — wtrącił Kołysankowa Łapa.
— Ja jestem spokojna!
Jej głos natychmiast podniósł się o kilka tonów.
Zorientowała się, co zrobiła, dopiero po chwili, dlatego odchrząknęła i spróbowała przybrać bardziej profesjonalny wyraz pyska, choć wciąż wyraźnie było po niej widać, jak bardzo zainteresowała ją sytuacja.
— Po prostu... — zaczęła już spokojniej, po czym spojrzała na jego siostrę z troską. — Po prostu nie chcę, żebyś chodziła chora po obozie, skoro można ci pomóc.
Brzmiało to niemal wzruszająco szczerze.
I zapewne takie było.
Ale gdzieś pod tą troską kryło się również coś jeszcze — przyjemne poczucie, że oto znowu ktoś jej potrzebuje, że może coś zrobić, że może być tą, która zauważyła problem i jako pierwsza wyciągnęła łapy w jego stronę.
— Chodź, usiądź tutaj — powiedziała, wskazując ogonem jedno z legowisk. — Zaraz cię obejrzę, a potem przygotuję coś, co powinno ci pomóc. I nie, nie protestuj, bo już widzę po twoim pysku, że zamierzasz powiedzieć, że nic ci nie jest.
Spojrzała na Kołysankową Łapę.
— A ty nie jesteś tu potrzebny... Albo wiesz co? Patrz i się ucz.
Przez dłuższą chwilę kręciła się wokół Jabłkowej Łapy, to przyglądając się jej uważnie, to zadając kolejne pytania, na które właściwie sama nie dawała jej czasu odpowiedzieć, aż w końcu, najwyraźniej zadowolona z własnych oględzin, sięgnęła po jagodę jałowca i podała ją szylkretce.
— Proszę, połknij to. I nie rób takiej miny, wiem, że nie jest szczególnie smaczna, ale gdyby medyk wybierał zioła na podstawie tego, czy smakują chorym, połowa naszego zapasu dawno wylądowałaby poza legowiskiem.
Jabłkowa Łapa posłusznie połknęła jagodę, choć jej lekko skrzywiony pysk wyraźnie zdradzał, że zdecydowanie nie zamierzała uznać jej za swój ulubiony przysmak. Łzawa Łapa natychmiast to zauważyła i uśmiechnęła się pod nosem, jakby właśnie udowodniła coś niezwykle istotnego.
— No już, nie patrz tak na mnie. Przeżyjesz — rzuciła z rozbawieniem, po czym jeszcze raz zerknęła na szylkretkę, upewniając się, że ta rzeczywiście połknęła lekarstwo. Dopiero wtedy wyprostowała się i z wyraźnym zadowoleniem omiotła spojrzeniem całe legowisko, jakby właśnie zakończyła niezwykle skomplikowany zabieg.
— Dobrze, to tyle. Papatki, miło było was widzieć!
Odwróciła się, wykonując ogonem przesadnie elegancki gest pożegnania, lecz ledwie ruszyła z powrotem w stronę składziku, Kołysankowa Łapa odezwał się za jej plecami:
— A co z tym wykładem? Bo w sumie to z chęcią bym posłuchał...
Łzawa Łapa zatrzymała się i przez chwilę milczała, jakby bardzo poważnie rozważała jego prośbę. W końcu odwróciła głowę przez ramię, a na jej pysku pojawił się szeroki, nieco zbyt zadowolony uśmiech.
— Na dobre rzeczy trzeba czasem poczekać.
— Czyli będzie?
— Tego nie powiedziałam.
— Ale też nie powiedziałaś, że nie będzie.
Łzawa Łapa prychnęła cicho, choć kąciki jej pyska drgnęły w rozbawieniu.
— Ty naprawdę potrafisz znaleźć sobie zajęcie, co?
— Staram się.
— To postaraj się jeszcze trochę i daj mi spokój.
Powiedziała to lekko, niemal żartobliwie. Dopiero po kilku krokach zerknęła jednak ukradkiem na Kołysankową Łapę, jakby chciała sprawdzić, czy nadal patrzy.
Oczywiście, że patrzył.
Łzawa Łapa uśmiechnęła się wtedy jeszcze szerzej. Właśnie o to jej chodziło.
***
Czarno-biała kotka w milczeniu obserwowała swoją mentorkę, która z charakterystyczną dla siebie wprawą sortowała zebrane o poranku zioła. Szylkretowa kotka poruszała się szybko i pewnie, niemal bez chwili zawahania przesuwając kolejne rośliny na odpowiednie kupki, a te podgniłe, zwiędnięte lub w jakikolwiek sposób niezdatne do użycia odrzucała na bok. Łzawa Łapa śledziła każdy jej ruch z uwagą, choć z każdą kolejną chwilą coraz trudniej było jej ukryć narastające podekscytowanie.
— Planuję dziś uzupełnić braki, więc możliwe, że spędzisz trochę czasu sama. No... chyba że ktoś będzie potrzebował twojej opieki — mruknęła Firletka, kiedy ostatnia z zebranych wcześniej roślin znalazła się na odpowiedniej kupce. — Oczywiście będę tu wracała, żeby móc gdzieś zostawić zebrane zioła. Posortuj je wtedy, dobrze?
Łzawa Łapa niemal podskoczyła w miejscu.
— Jasne!
Odpowiedziała zdecydowanie szybciej, niż zamierzała, a jej wysoki głos odbił się od ścian legowiska. Dopiero po chwili chrząknęła, próbując przybrać bardziej spokojną minę, choć szeroki uśmiech natychmiast zdradził jej prawdziwe emocje.
To oznaczało, że przez jakiś czas będzie tutaj sama.
Sama.
W legowisku medyka.
Miała pilnować ziół, zajmować się chorymi, a przede wszystkim — przynajmniej przez kilka godzin — mogła poczuć się tak, jakby naprawdę była odpowiedzialna za to miejsce.
Mogła być potrzebna.
I właśnie ta myśl sprawiła, że aż zamruczała z zadowoleniem.
— Ufam ci — mruknęła Firletka na pożegnanie, po czym, zanim Łzawa Łapa zdążyła odpowiedzieć czymś odpowiednio entuzjastycznym, opuściła norę żwawym krokiem.
Łzawa Łapa przez chwilę patrzyła za nią, a kiedy upewniła się, że mentorka rzeczywiście zniknęła z pola widzenia, jej uśmiech zrobił się jeszcze szerszy.
— Ufa mi — powtórzyła cicho, jakby chciała jeszcze raz usłyszeć te słowa.
Dopiero po chwili usiadła przy ziołach i zaczęła porządkować je z przesadną starannością, układając każdą roślinę dokładnie tam, gdzie — jak sądziła — powinna się znaleźć. Co jakiś czas zerkała w stronę wejścia, jakby spodziewała się, że lada moment pojawi się jakiś chory, który będzie potrzebował jej pomocy.
I wtedy przypomniała sobie o własnym oku.
Od pewnego czasu odczuwała w nim nieprzyjemne, tępe pulsowanie, które nasilało się szczególnie wtedy, gdy długo próbowała ignorować zmęczenie. Nie było jeszcze na tyle dokuczliwe, by musiała o nim wspominać Firletce, ale Łzawa Łapa doskonale wiedziała, że nie warto czekać, aż ból stanie się poważniejszy. Sięgnęła po glistnik jaskółcze ziele i przez chwilę obracała go między łapami, upewniając się, że wybrała odpowiednią roślinę. Następnie przeżuła ją ostrożnie, aż powstała z niej wilgotna papka, po czym z lekkim grymasem na pysku nałożyła ją na bolące oko.
Skrzywiła się.
— Fuj...
Przez kilka uderzeń serca siedziała nieruchomo, mrugając zdrowym okiem i próbując przyzwyczaić się do nieprzyjemnego uczucia.
— Ale czego się nie robi dla zdrowia — westchnęła w końcu, po czym zadowolona z własnej zaradności wróciła do sortowania ziół.
— Łzawa Łapo?
Czarno-biała kotka obróciła głowę, posyłając krótkie spojrzenie w stronę wejścia do legowiska. Stała tam Słodka Marzanna, a jej obecność Łzawa Łapa rozpoznała niemal natychmiast. Przez moment mierzyła ją wzrokiem, po czym wróciła do sortowania ziół, starając się sprawiać wrażenie tak zajętej, jakby pojawienie się kotki było zaledwie kolejnym drobnym zakłóceniem w jej pracy.
— Tak? — mruknęła, nawet nie podnosząc łba znad kupki suszonych roślin.
— Gdzie jest Firletkowy Wdzięk? — zapytała, wchodząc głębiej do legowiska. — Chyba złapałam Biały Kaszel.
Łzawa Łapa uniosła brew, a jej łapy na chwilę znieruchomiały nad ziołami.
— Firletki teraz nie ma — odpowiedziała spokojnie, choć w jej głosie niemal natychmiast pojawiła się nuta dumy. — Poszła uzupełnić zapasy i zostawiła mnie tutaj samą.
Przesunęła jedną z roślin na odpowiednią kupkę, po czym wreszcie spojrzała na kotkę.
— Myślę, że sama będę w stanie ci pomóc.
Słodka Marzanna przyjrzała jej się przez chwilę, jakby dopiero teraz zauważyła, że poza nią w legowisku rzeczywiście nie ma nikogo starszego.
— Na pewno? — zapytała z wyraźnym powątpiewaniem. — Jesteś tylko dzieckiem...
Łzawa Łapa poczuła, jak coś nieprzyjemnie ściska ją w żołądku.
Dzieckiem?
Jej uszy drgnęły, a pazury niemal bezwiednie wysunęły się z poduszek łap. Przez ułamek sekundy miała ochotę prychnąć i bardzo dokładnie wyjaśnić Słodkiej Marzannie, że nie spędziła tylu księżyców na nauce po to, żeby teraz jakaś stara kotka traktowała ją jak kocię, które ledwo nauczyło się rozpoznawać miętę od pokrzywy.
Powstrzymała się jednak.
Nie.
Nie da jej tej satysfakcji.
Zamiast tego rozluźniła pysk, a na jej wąskich wargach pojawił się przesłodki uśmiech. Zmrużyła oczy, przybierając niemal niewinną minę, choć w jej spojrzeniu błysnęło coś zdecydowanie mniej przyjaznego.
— A ty tylko zwykłą staruszką — miauknęła najłagodniejszym, najbardziej uroczym tonem, na jaki było ją stać. — więc myślę, że wyleczenie ciebie nie będzie aż tak trudne.
Zapadła cisza.
Łzawa Łapa przez chwilę patrzyła na nią z niewinnym wyrazem pyska, jakby właśnie powiedziała coś wyjątkowo miłego. Jej ogon drgnął z ledwo skrywanej satysfakcji, kiedy ponownie pochyliła się nad ziołami.
— A teraz pokaż mi język i przestań się martwić. Skoro już przyszłaś do medyka, to chyba po to, żeby ktoś ci pomógł, prawda?
Wyleczeni: Jabłkowa Łapa, Łzawa Łapa, Słodka Dziewanna
[1856 słów, wyleczenie postaci NPC]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz