Dzisiaj był dla Milczka wielki dzień. Jako jedyne kocię w Klanie Nocy miał zostać dziś uczniem!
„Gdyby tylko Pyza i Bzyczek byli tu dziś ze mną…” pomyślał kocurek, nawet jeśli nigdy nie miał zbyt wielkiego kontaktu z czekoladowym rodzeństwem.
Wiedział, że nie powinien za nimi tęsknić. W końcu było czekotami. Mimo, to i tak wolał tamtą dwójkę niż towarzystwo wstrętnej, atencyjnej Fiołki. Już nieco dziwną Wełniankę uważałby bardziej za swoją siostrę. Poznał już niejednego ucznia, a także to jak szły im treningi, ale mimo to czuł się niezbyt pewny, może nawet przerażony. Mały Nocniak wyszedł ze żłobka. Wszystkie kocięta rosły lepiej, niż można by się spodziewać przy takiej ich ilości, więc dla przyszłego ucznia, który wkrótce miał zostać mianowany, zdawało się nie być miejsca. Kremus siedział, więc większość czasu przed żłobkiem, czasem, zaczepiając jakiegoś interesującego ucznia czy wojownika. Jedni nie mieli nic przeciwko, inni patrzyli na niego jak na brudasa, ale w sumie dzień jak co dzień dla syna czekoladowej samotniczki. Przechylił lekko łebek, wpatrując się w urocze źródełko na środku obozu. Patrzył na łapę namalowana na kamieniu, zastanawiając się, do kogo mogła należeć. Może do samej przywódczyni? Tylko pytanie której. Milczek słyszał coś o jakiejś powodzi księżyce temu, ale jak to on słuchał, memłając swoją łapę, próbując złapać swój ogon lub ewentualnie, mrugając znudzony jak żaba. Podszedł do źródełka, przyglądając się swojemu odbiciu. Lawenda miała śmieszny zapach. Niby ładny, w jakiś sposób łagodzący, lecz w tym samym czasie zbyt natrętny dla wrażliwego nosa. Kremowy spojrzał w wodę, a widząc swoje odbicie przypomniały mu się słowa Widlika. Uderzył lekko w taflę łapą i odsunął się na bok z głupim uśmieszkiem. Pamiętał, jak raz próbował włamać się do legowiska lidera, ale został przez kogoś przegoniony, zanim zdążył powiedzieć „mysz”. Zastanawiał się, czy tym razem by mu się udało, ale ostatecznie jego myśli zostały rozproszone przez coś innego. Spojrzał w stronę kłody, która miała służyć za wejście dla starszyzny.
„Może stamtąd mnie nie wygonią?” pomyślał, a jego łapy same zaczęły kierować się w stronę legowiska starszyzny. Kotki siedzące w legowisku jak zwykle nie wyglądały na zbyt szczęśliwe z powodu jego odwiedzin, ale Lśniąca Ikra, czy Kolankowe Moczary zdawało się nie mieć ogromnego problemu, co to jego obecności. Starsze kotki były jednak księżniczkami, co właściwie mówiło samo za siebie, dlaczego nie lubiły Milczka. Syn czekoladowej samotniczki, oczywiście. Kremowy był nieco ciekawy tego, jaka jest Spopielona Alga (co do Różanej Woni, która zdawała się go nienawidzić najbardziej w klanie trochę mniej), w końcu starsza była siostra przywódczyni. Dawniej słyszał nawet, że mogła ona zostać przywódczynią. Młodziak nie powiedziałby tego na głos, ale miał wrażenie, że byłaby lepsza jako przywódczyni Klanu Nocy. Mandarynkowa Gwiazda wydawała się… jak świeżo mianowana wojowniczka, która nagle pozjadała wszystkie rozumy. A przynajmniej takiego wrażenia najadł się kociak, gdy to widział przywódczynię podczas mianowania Łabędziego Tanu.
— Słyszałeś bajkę o przychodzeniu na świat kociąt? — zapytał Lśniąca Ikra, sprowadzając młodocianego na ziemię.
Milczek usiadł przed kocurem z błyszczącymi oczyma. Może miał już swoje sześć księżyców, ale nie mógł odmówić posłuchania ostatniej kocięcej bajeczki. Wpatrywał się w niebieskiego swoimi ślepiami, a starszy wyglądał jakby miał ochotę się roześmiać. Chyba bawiło go te śmiesznie uciekające oczko. Milczek też czasem patrzył na nie, zastanawiając się, czy to jakaś kara za bycie kociakiem stukniętej wariatki.
— Już wiesz, że pierwsze koty, takie jak ty zrodziły się piasków, ale też skrawków Srebrnej Skóry. Ale wiesz, skąd wziąłeś się ty? — zapytał kocur, a Milczek już miał ochotę skrzywić się i wyjść.
„Chciał opowiedzieć tę samą historię co zawsze? To o tej wariatce, która zabiła własne kocięta?” pomyślał, mrużąc oczy.
Niebieski wyglądał na odrobinę rozbawionego reakcja kociaka.
— Wiem, że znasz już historię swojego przyjścia na świat. Czy słyszałeś o tym, że kocięta przynoszą ptaki? — zapytał, a niebieskooki pokręciło głową na nie zainteresowany. — Masz kremowe srebrne futro. Jesteś synem czekoladowej kotki, więc wątpię, aby przyniósł cię jakiś bociek… Ale może jakiś jerzyk? Lub ewentualnie gęś z uszkodzonym skrzydłem — mruknął starszy, a Milczek zamrugał częściowo urażony, a częściowo zafascynowany.
— A thi? — zapytał młodziak.
— Podejrzewam, że mnie mogła przynieść jakaś jaskółka — mruknął. — Idź po jakiegoś ucznia. Chyba mam gdzieś kleszcza — dodał, najwyraźniej chcąc pozbyć się ciekawskiego kocięcia.
Milczek kiwnął głową na zgodę i wyszedł z legowiska starszyzny. Widząc futro znajomemu Liliowej Łapy podszedł do niej zaczepiając ją łapką.
— Co się stało? — zapytała kotka, a Milczek zmrużył oczy.
„No i co. Znowu muszę się odezwać?” pomyślał.
— Khlehsze — wycharczał, czując, jak drapie go gardło.
Wskazał przy tym na legowisko starszyzny i kotka zdawała się zrozumieć, bo ruszyła w stronę legowiska medyków, a po chwilkę poszła do starszych z czymś co prawdopodobnie było mysią żółcią. Milczek ponownie usiadł obok żłobka, machając znudzony ogonem. Miał już ochotę zaczepić jednego z wojowników, ale przerwał mu, w tym głos przywódczyni. Niebieska kotka zaczęła szukać młodocianego wzrokiem, w końcu, napotykając kremowo-białe futerko obok żłobka. Nie wyglądała nazbyt zadowoloną jego istnieniem, zresztą tak jak większość Klanowiczów. Milczek uśmiechnął się radośnie i potuptał nieco bliżej, czekając na słowa Mandarynkowej Gwiazdy.
— Milczku, ukończyłeś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś został uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać Milcząca Łapa. Twoim mentorem zostanie Zmierzchająca Fala. Mam nadzieję, że Zmierzchająca Fala przekaże ci całą swoją wiedzę — miauknęła kotka, a następnie skierowała swój pyszczek w stronę wspomnianego wojownika. — Zmierzchająca Falo, jesteś gotowy do szkolenia kolejnego własnego ucznia. Otrzymałeś od swojego mentora Wężynowego Splotu doskonałe szkolenie i pokazałeś swoją siłę i dobrą pamięć. Będziesz mentorem Milczącej Łapy, mam nadzieję, że tak jak swoim poprzednim uczniom przekażesz mu całą swoją wiedzę — dodała, jakby, rzucając od niechcenia.
Srebrny młodziak podszedł do dymnego kocura, nim tamten zdążył się ruszyć, stykając się z nim nosami. Starszy uśmiechnął się, jakby na zabawne zachowanie ucznia i kiwnął mu raczej przyjaźnie głową. Część klanu krzyczała jeszcze przez chwilę imię kremusa, ale zaraz potem towarzystwo się rozeszło, tak jakby uczniak nie był wart aż tak ogromnej uwagi. Mentor wraz z uczniem zostali za to sam na sam. Milcząca Łapa uniósł lekko łebek, żeby spojrzeć w ślepia wojownika.
— Nie idziesz się nikomu pochwalić? — zapytał kocur nieco podejrzliwie.
Milczek pokręcił głową na nie.
— Ach… Rozumiem. Jesteś tym… niezbyt trafnym kocięciem. Pewnie nie masz z kim przebywać co? — wywnioskował szybko dymny. — Nie martw się. Możemy mieć tyle treningów, że nie będziesz miał czasu na nudę. Sprawię, że jeszcze wyrośnie z ciebie doskonały wojownik — miauczał dalej pewny siebie, a kremowy w tym czasie… gryzł swoją łapę. — Oczywiście najpierw trzeba cię trochę odchować kociaku z dziczy — zaśmiał się Zmierzchająca Fala.
Milczek zamrugał jak żaba i uśmiechnął się radośnie, machając ogonkiem na boki.
— Phrose! Nauhc! — miauknął nagle, a dymny, aż podskoczył.
— No patrz, a ja byłem przekonany, że w ogóle nie gadasz. Chodź, oprowadzę cię po terenach — miauknął kocur, wychodząc z obozu.
[1104 słowa]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz