(dawno temu zaraz po porwaniu)
Skulił się w swoim nowym, małym, drucianym więzieniu, próbując usłyszeć cokolwiek, co pozwoliłoby mu określić gdzie się znajduje, jednak patrząc na jego sytuację, mógł jedynie zgadywać, że pewnie w jakimś gnieździe dwunożnych. Jego teoria wcale nie była błędna.
Znajdował się w średniej wielkości pokoiku pachnącym kurzem, do którego napływały dwa główne źródła zapachów.
Jeden z uchylonego okna, który zamiast świeżego powietrza przyniósł jedynie stęchliznę spalin, oraz drugi, przedostający się przez szparę pod drzwiami, który był o wiele ciekawszy i przyjemniejszy, dzielący się z gośćmi zapachami kuchennymi, do których należały wonie, jakich Księżyc nigdy wcześniej nie czuł. Bardzo długo był cicho, najpierw próbując przedostać się przez metalowe pręciki klatki, a gdy to się nie udało i zaczynał popadać w coraz większą rozpacz i frustrację, pozostało mu zawodzić tak długo, aż się nie zmęczył i znowu nie skulił w kulkę, kiwając się na boki i nucąc sobie pod nosem na uspokojenie. Jak długo ma tu siedzieć? Dzień? Miesiąc? Wieczność? I właściwie to po co? Przecież mieli tyle miejsca, po co mieliby go trzymać, jako, dla przykładu, zakładnika? Zmarszczył na krótko nos - nie, to nie miało najmniejszego sensu. Minęły kolejne godziny, podczas których zaglądano do niego ze dwa razy, podsuwając jedzenie (odmówił zjedzenia dziwnie pachnącej papki, aż nie przynieśli mu czegoś lepszego, co nie śmierdziało podejrzanie) lub wydając dźwięki, które, jak zgadywał, pewnie były mową dwunożnych. Nie robili mu na razie krzywdy, więc pozwolił sobie na chwilę normalnego oddychania, zamiast zatrzymywania powietrza w płucach na dłuższą chwilę tylko po to, by potem westchnąć ciężko, gwałtownie.
Dzięki temu wszystkiemu (znaczy, uspokojeniu), zdołała dotrzeć do niego mała, aczkolwiek istotna informacja, że wszędzie, gdzie by nie odwrócił pyska, czuć było intensywny zapach innego kota. Być może jego nos już tak bardzo przywykł do smrodu wielu kotów, że ta jedna woń nie rzuciła mu się jako pierwsza do głowy, a może to wina jego nieuważności, niemniej jednak, informacja trzasnęła go w pysk z zaskoczeniem. Co więcej, właściciel zapachu był całkiem blisko. Na tyle blisko, że gdy dwunożny w końcu wyszedł, a słońce zaczęło tracić swój żar, ustępując długim cieniom, zza wysokiej, zagłuszającej dźwięk bariery (potocznie zwanej drzwiami), odezwał się po chwili wahania cichy głos.
- Śmiesznie pachniesz - dało się słyszeć zza drzwi. Zanim odpowiedział, usłyszał odgłos drapania pazurami o drewno, głośną prośbę o wpuszczenie do środka, a zaraz potem odgłos dwunożnego, który najpewniej odmówił, bo drzwi pozostały zamknięte. Może to i dobrze. Z pyska drugiego kota wydostało się krótkie sapnięcie zawodu. - Nigdy nie rozumieją... ty tak czasem śpiewasz? Moi dwunożni pozamykali resztę drzwi, żeby cię nie słyszeć - zamruczeli z rozbawieniem - Ale oni tak mają, nie znają się. - kolejne szuranie i zirytowane wypuszczenie powietrza, spowodowane niepowodzeniem. Księżyc poruszył uchem szczęśliwy, że ma do kogo chociaż pysk otworzyć i dzielić wspólny język, nie ważne, czy okaże się ten ktoś wrogiem czy przyjacielem.
- Kim jesteś? To twój obóz? - spytał, ze zdumieniem słysząc w uszach dźwięk własnego głosu.
- Jestem Pralinka - przedstawiła się dumnie - Pani i władca tego domu.
Skulił się w swoim nowym, małym, drucianym więzieniu, próbując usłyszeć cokolwiek, co pozwoliłoby mu określić gdzie się znajduje, jednak patrząc na jego sytuację, mógł jedynie zgadywać, że pewnie w jakimś gnieździe dwunożnych. Jego teoria wcale nie była błędna.
Znajdował się w średniej wielkości pokoiku pachnącym kurzem, do którego napływały dwa główne źródła zapachów.
Jeden z uchylonego okna, który zamiast świeżego powietrza przyniósł jedynie stęchliznę spalin, oraz drugi, przedostający się przez szparę pod drzwiami, który był o wiele ciekawszy i przyjemniejszy, dzielący się z gośćmi zapachami kuchennymi, do których należały wonie, jakich Księżyc nigdy wcześniej nie czuł. Bardzo długo był cicho, najpierw próbując przedostać się przez metalowe pręciki klatki, a gdy to się nie udało i zaczynał popadać w coraz większą rozpacz i frustrację, pozostało mu zawodzić tak długo, aż się nie zmęczył i znowu nie skulił w kulkę, kiwając się na boki i nucąc sobie pod nosem na uspokojenie. Jak długo ma tu siedzieć? Dzień? Miesiąc? Wieczność? I właściwie to po co? Przecież mieli tyle miejsca, po co mieliby go trzymać, jako, dla przykładu, zakładnika? Zmarszczył na krótko nos - nie, to nie miało najmniejszego sensu. Minęły kolejne godziny, podczas których zaglądano do niego ze dwa razy, podsuwając jedzenie (odmówił zjedzenia dziwnie pachnącej papki, aż nie przynieśli mu czegoś lepszego, co nie śmierdziało podejrzanie) lub wydając dźwięki, które, jak zgadywał, pewnie były mową dwunożnych. Nie robili mu na razie krzywdy, więc pozwolił sobie na chwilę normalnego oddychania, zamiast zatrzymywania powietrza w płucach na dłuższą chwilę tylko po to, by potem westchnąć ciężko, gwałtownie.
Dzięki temu wszystkiemu (znaczy, uspokojeniu), zdołała dotrzeć do niego mała, aczkolwiek istotna informacja, że wszędzie, gdzie by nie odwrócił pyska, czuć było intensywny zapach innego kota. Być może jego nos już tak bardzo przywykł do smrodu wielu kotów, że ta jedna woń nie rzuciła mu się jako pierwsza do głowy, a może to wina jego nieuważności, niemniej jednak, informacja trzasnęła go w pysk z zaskoczeniem. Co więcej, właściciel zapachu był całkiem blisko. Na tyle blisko, że gdy dwunożny w końcu wyszedł, a słońce zaczęło tracić swój żar, ustępując długim cieniom, zza wysokiej, zagłuszającej dźwięk bariery (potocznie zwanej drzwiami), odezwał się po chwili wahania cichy głos.
- Śmiesznie pachniesz - dało się słyszeć zza drzwi. Zanim odpowiedział, usłyszał odgłos drapania pazurami o drewno, głośną prośbę o wpuszczenie do środka, a zaraz potem odgłos dwunożnego, który najpewniej odmówił, bo drzwi pozostały zamknięte. Może to i dobrze. Z pyska drugiego kota wydostało się krótkie sapnięcie zawodu. - Nigdy nie rozumieją... ty tak czasem śpiewasz? Moi dwunożni pozamykali resztę drzwi, żeby cię nie słyszeć - zamruczeli z rozbawieniem - Ale oni tak mają, nie znają się. - kolejne szuranie i zirytowane wypuszczenie powietrza, spowodowane niepowodzeniem. Księżyc poruszył uchem szczęśliwy, że ma do kogo chociaż pysk otworzyć i dzielić wspólny język, nie ważne, czy okaże się ten ktoś wrogiem czy przyjacielem.
- Kim jesteś? To twój obóz? - spytał, ze zdumieniem słysząc w uszach dźwięk własnego głosu.
- Jestem Pralinka - przedstawiła się dumnie - Pani i władca tego domu.
jezu zdążyłam.
wybaczyć proszę za wypociny, dawno takich z siebie nie wyplułam paskudnych.
wybaczyć proszę za wypociny, dawno takich z siebie nie wyplułam paskudnych.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz