Elegancki jeszcze nieco młody wojownik odpoczywał na swym posłaniu, zajmując miejsce blisko Śnienia, który pomimo dołączenia jakiś czas temu do Owocowego Lasu, dopiero niedawno został wojownikiem, a raptem parę dni temu miało miejsce mianowanie znajdek. Jedna z nich trafiła pod skrzydła czarnego kocura, na co liliowy przewrócił jedynie oczyma. Uważał się za znacznie lepszą partię do zostania mentorem, nie rozumiał decyzji Czereśni, lecz raczej nie planował jej otwarcie kwestionować.
Jego często iskrzące pomarańczowe oczy były skryte pod przymkniętymi powiekami, a srebrny pręgowany klasycznie bok unosił się i opadał we własnym spokojnym rytmie, świadczącym o śnie, w jakim był pogrążony kocur. Może i byłby dalej, gdyby nie bezczelna kropla wody, która niespodziewanie wylądowała wprost na różowym nosie Purpury. Grymas niezadowolenia od razu pojawił się na jego pysku, w końcu, jakim prawem coś takiego jak durna kropla mogła zakłócić jego regeneracyjny sen! W kolejnym odruchu przetarł łapą mokre miejsce, poruszając przy tym wibrysami, a ciężkie westchnienie opuściło jego jasny pysk. Czuł, że ilość snu była niewystarczająca, jednakże nie miał zbytnio co narzekać i tak niedługo pozostali, by zaczęli się krzątać na swoich posłaniach, swym szmerem wzbudzając go, jak co dzień tak naprawdę.
Jasne spojrzenie szybko przeskanowało pobliskie legowiska na drzewie. Na obecny moment on jedyny nie spał — niestety — oraz Śnienie, gdyż kocura nie było na uwitym z mchu i innych materiałów posłaniu. Prawe ucho wojownika zastrzygło, jak gdyby w próbie odpędzenia uciążliwego owada, który latał za bardzo w jego pobliżu. To właśnie na tym uchu widniały dwa nacięcia, które były oznaką rangi, jaką pełnił pomarańczowooki w Owocowym Lesie. Jego brat również wybrał tę ścieżkę, lecz jak się okazało paręnaście księżyców temu, ten nie nadawał się na wojownika, skoro tak łatwo dał się otruć staremu uzdrowicielowi. Nigdy nie był z czekoladowym jakoś blisko, mając wrażenie, że rodzice nieco go faworyzowali z racji na swoje dziwne zachowania za kociaka oraz fakt, iż to właśnie on posiadał dość symboliczne imię, które wiele znaczyło dla Czerwca oraz Miodunki. Kiedy i ojciec i brat odeszli, pozostał on jedynym kocurem w rodzinie i to na jego barki automatycznie spadł obowiązek opieki nad owdowiałą matką oraz siostrą.
Srebrny zgrabnie z niemal wyćwiczoną elegancją podniósł się z miejsca, które biło delikatnym ciepłem po jego ciele. Pręgowany ogon zafalował w powietrzu, niczym samotna fala na tafli jeziora, a on sam zdawał się przez chwilę zamyślony, jakoby rozważając parę możliwości kierunków, w które może się udać. Stąpając bezszelestnie po gałęzi w stronę pnia klonu, w którego koronach odpoczywali wojownicy po poprzednim dniu, kątem oka spoglądając na jeden z krzewów kaliny, który zajmowali stróżowie, w tym pewna ruda kotka, która już od dłuższego czasu zaprzątała myśli kocura. W międzyczasie pojawiło się parę plotek z jego i jej udziałem, lecz raczej nigdy oficjalnie nie oznajmili, że są razem, a teraz było to nieco niemożliwe przez niedawne zgrzyty pomiędzy ich dwójką.
Końcówka ogona minimalnie zadrżała w powietrzu, będąc jedyną oznaką jakichkolwiek emocji liliowego na myśli krążące wokół obecnej sytuacji z jego ukochaną. W ostatnich księżycach raczej nie popisał się swym zachowaniem, robiąc z siebie jakiegoś głupiego małolata niż dojrzałego wojownika, gotowego do założenia rodziny oraz szkolenia ucznia. Może właśnie z powodu ostatnich plotek Czereśnia wstrzymywał się przed przydzieleniem mu podopiecznego i wolał dać kogoś Śnieniu.
Po chwili odwrócił wzrok, by swoje iskrzące spojrzenie skupić na pniu drzewa, które było jego jedyną drogą na bezpieczną ziemię w obozie. Miał jeszcze trochę czasu przed porannym patrolem zwiadowców, do którego może się dołączy, o ile nie został do niego wyznaczony inny wojownik. Nie rozumiał zbytnio sensu tej zasady o niewychodzeniu przed powrotem pierwszego patrolu — przecież lisy na ich terenach były rzadkością i tak naprawdę zdarzały się nieliczne przypadki, gdy były widziane. A to, że można było wpaść na ich świeży trop to inna kwestia, dopóki ich dwie różne grupy nie wchodziły sobie w drogę to po co tak wyolbrzymiać?
Purpura ledwo zdążył dotknąć wszystkimi łapami ziemi, gdy niedaleko siebie usłyszał szelest. Jego ciało zareagował odruchowo, mięśnie się napięły, a umysły zaczął pracować na pełnych obrotach, jakby Owocniak wcale ledwo, co się nie obudził. Stan gotowości szybko jednak minął, gdy pomarańczowe ślepia spostrzegły drobną kotkę, której futro w niektórych miejscach było przyozdobione liśćmi kasztanowca. Jej żółte ślepia jedynie podkreślały częsty wyraz przerażenia czy smutku na jej rudawym pysku. Kocur nie wiedział, co dokładnie go urzekło w Kasztance, lecz powoli zdawał sobie sprawę, że chcę ją chronić od wszystkiego, co powoduje ten strach tak bardzo widoczny nie tylko w mimice, ale i każdym ruchu, geście, czy słowie. Możliwe, że podświadomie chciał być przez nią postrzegany jako bohater, wybawiciel.
Srebrny nic nie powiedział, nawet zbytnio się nie poruszał, obserwując uważnie, gdzie stróżka zmierza o tak wczesnej porze. Nieco zmrużył ślepia, zdając sobie sprawę, że ta stawia swe niepewne kroki w stronę dziupli uzdrowicieli.
“Czyżby była chora?” — przeszło mu przez myśl, ruszając z dotychczasowego miejsca, gdy tylko kocica zniknęła we wnętrzu drzewa. Może i nie leżało w jego naturze skradanie się i podsłuchiwanie, lecz był ciekaw, co jego obiekt westchnień może robić u uzdrowicieli, kiedy to niemal cały obóz wciąż śpi.
— Kasztanko, co robisz tu o takiej porze? — Cichy głos Gołąbka rozbrzmiał z dziupli. Przez chwilę panowała kompletna cisza, przerywana jedynie dźwiękami budzącego się lasu, do momentu, gdy do uszu liliowego dotarły przytłumione słowa, będące zapewne odpowiedzią na pytanie. Potem na nowo zapadła głucha cisza, która przez dłuższy czas się utrzymywała, więc kocur postanowił zrezygnować z dalszych prób dowiedzenia się celu wizyty rudej u uzdrowicieli.
༺═──────────────═༻
Pomarańczowe ślepia z uwagą śledziły parę ptaków, które na zmianę się goniły pomiędzy licznymi owocodajnymi drzewami w Owocowym Lasku. Wojownik nie rozumiał celu swojej podróży tutaj, lecz jego łapy same go tu przyprowadziły, jakoby w celu pokazania tego miejsca, może jako miejsce, w które mógłby zabrać Kasztankę i próbować się z nią pogodzić? W sumie musiał przyznać, że to miejsce miało coś w sobie, nawet jeśli ani on, ani ruda nie byli wierzącymi we Wszechmatkę, dla których ten lasek był czymś na wzór świętego miejsca.
Liliowy nie wiedział do końca, ile czasu spędził na swych obserwacjach, jednakże w momencie, gdy słońce zaczęło zbyt często swymi promieniami natrafiać na jego iskrzące oczy, zadecydował o powrocie do obozu. Nie spieszył się z tym zbytnio, uważając, że i tak nikt nie zauważy jego zbyt długiej nieobecności w obozie, a nawet jeśli to będą to koty, które będą się z tego cieszyć. W końcu nie każdy lubił, czy chociaż tolerował Purpurę, czego doskonałym przykładem był ojciec Kasztanki, Kolendra, który niezmiennie od ostatnich księżyców pełnił funkcję zastępcy. Choć od niedawna można było usłyszeć pewne plotki, iż może się to zmienić.
Ledwo zdążył przekroczyć próg azylu, gdy do jego uszu dotarło wołanie Czereśni, gdzie na jednej z niższych gałęzi topoli znajdowała się mównica. Czekoladowy był tam obecny i swym żółtym spokojnym spojrzeniem obserwował, jak Owocniaki powoli zaczynają się schodzić, by wysłuchać jego słów. Starsi uczniowie z pewną niecierpliwością oczekiwali na rozwinięcie wydarzeń jakby z nadzieją, że to właśnie moment ich mianowania na wojownika, bądź zwiadowcę. Och, jak był ich zawód, gdy lider zaczął przemawiać:
— Po długich dniach namysłu z pomocą Purchawki zdecydowałem o pewnych zmianach wśród moich zastępców — urwał, obserwując, jak pośród zgromadzonych przebiegają pojedyncze szepty, a dwójka Owocniaków, o których była mowa, minimalnie się napinają, jakoby z obawy, że czeka ich najgorszy możliwy scenariusz. — Przy wyborze zdawał się idealnym kandydatem na to stanowisko, lecz pewne plotki oraz własne obserwacje utwierdziły mnie w błędzie, jaki popełniłem, za co was przepraszam. Jako lider powinienem wybierać zastępców, którzy będą w przyszłości nienagannie wzorować naszą społeczność.
Wystarczył moment ciszy ze strony żółtookiego, aby reszta społeczności wykorzystała to do swoich głośniejszych spekulacji o to, o kim mógł mówić ich lider. Purpura wszystko to obserwował z boku, a raczej starał się, gdyż jego pomarańczowe ślepia były utkwione w sylwetce drobnej stróżki, która siedziała u boku matki.
— Kolendro. — A więc wyrok wybrzmiał, to właśnie on miał zostać zdegradowany. — Dawałem Ci czas i szansę na poprawę swego zachowania, lecz ich nie wykorzystałeś, dlatego też jestem zmuszony podjąć taką, a nie inną decyzję. Z dniem dzisiejszym zostajesz znowu wojownikiem. Guziczku. — Kolejne imię wybrzmiało, tym razem niespodziewane. — Chciałbym, abyś został drugim zastępcą. Owocowy Las potrzebuje świeżego i młodego spojrzenia. Czy przyjmujesz moją propozycję?
— Tak! Bardzo dziękuję Czereśnio za danie mi szansy! — odpowiedział entuzjastycznie kocur, a partner u jego boku od razu zaczął mu gratulować, podobnie jak cały Owocowy Las. Może oprócz Kolendry, który zdawał się zacząć chować urazę do młodzika.
༺═──────────────═༻
Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, a liliowy wojownik czuł, jak stres w jego ciele powoli coraz bardziej zaczyna narastać, co często się nie zdarzało. Zwykle wychodził z założenia, że wszystkie kotki będą mu jeść z łapy, jeśli tylko wystarczająco czarujący się okaże, lecz ostatnio biało futra zielarka skutecznie ściągnęła go na ziemię w tej sprawie. Jej chłód oraz uwaga na koniec mocno wyryła się w umyśle kocura, na tyle, by zacząć planować, jak przeprosić Kasztankę za swoje zachowanie i prosił o przebaczenie oraz drugą szansę.
Wziął głęboki wdech i wydech. Dopiero po tym ruszył do legowiska stróżów, gdzie zastał swoją wybrankę zwiniętą w kłębek na jednym z legowisk. Nie miał zbytnio serca jej budzić, lecz musiał, o ile chciał doprowadzić swój plan do realizacji. Po cichu podszedł bliżej rudej, by następnie delikatnie szturchnąć jej bok łapą, na co ta jedynie coś wymruczała pod nosem, co wywołało ledwo dostrzegalny ciepły uśmiech u wojownika.
— Kasztanko, zbudź się — mruknął cicho wprost do jej ucha, gdy tylko się nad nią nachylił. Jego ciepły oddech owiał wrażliwe ucho, które od razu zastrzygło w reakcji na powiew powietrza, niosącego ze sobą słowa pomarańczowookiego.
— Purpuro? Co ty tu robisz? — spytała, kiedy tylko do jej nieco spowitego snem umysłu dotarł fakt, kto zakłóca jej odpoczynek. — Jak możesz mieć czelność się tu zjawiać po tym wszystkim? — dodała. Teraz nie brzmiała na tak nieśmiało i wystraszoną kotkę, jaką była na co dzień, co zapewne było związane z silnymi emocjami kierowanymi w kocura.
— Chciałbym Cię gdzieś zabrać. Mogę? — Po dłuższej chwili w pełnej napięcia ciszy, ruda skinęła głową, na co wojownik uradowany machnął ogonem.
Po opuszczeniu legowiska stróżów niektóre spojrzenia Owocniaków od razu padły na nich, lecz liliowy zignorował to, idąc tuż u boku kotki przez cały ten czas. Dwójka kotów pilnujących wyjścia jedynie przelotnie na nich zerknęła, lecz nie miała w planach zatrzymywać wychodzącej pary — głównie z powodu, iż Purpura omieszkał ich uprzedzić o swych planach, nie chcąc, aby ci później czepiali się ich późnego wyjścia z obozu.
— Kasztanko — zaczął, gdy tylko przeszli pewien kawałek przez Owocowy Lasek, a stróżka zdawała się urzeczona widokiem owocowych drzew o zachodzie słońca. — Wiem, że przez ostatnie księżyce nie byłem idealnym partnerem, lecz chciałbym to naprawić. Będę się starał, przestanę nawet być aż tak szarmancki wobec innych kotek w Owocowym Lesie i nie tylko, tylko proszę, daj mi szansę na pokazanie, że mogę specjalnie dla Ciebie zmienić się na lepsze.
Wyznanie to było raczej dość krótkie i bez zbędnych pięknych wstawek, lecz pełne emocji, które kocur próbował przekazać. Miał nadzieję, że mu się to udało, lecz kiedy z każdym uderzeniem serca cisza ze strony żółtookiej wciąż trwała, on powoli tracił nadzieję. Już był gotowy nawet pogodzić się ze swoją porażką w tej sprawie, gdy ruda wykonała krok w jego stronę, aby następnie swoją głową wtulić się w pierś wojownika. Liliowy to uznał za niemą zgodę, przez co po chwili czule przejechał językiem po głowie partnerki, tym razem chyba już oficjalnej.
Wyleczeni: Kasztanka
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz