⇸ ◦☽✴︎☾◦ ⇷
Paręnaście księżycy temu; zgromadzenie…
Wiatr szumiał do rytmu fal obijających się o brzegi Bursztynowej Wyspy. Księżyc błyskał swoim bladym okiem wysoko na niebie; plamy światła odbijały się słabo od futer zgromadzonych kotów.
Miejsce pod skałą przywódców zajęła w ciszy, skinąwszy jedynie łbem pozostałym kotom w geście powitania. Nie zamierzała się udzielać, ani wyróżniać z tłumu; jej pierwsza pełnia jako pełnoprawna zastępczyni przynosiła jedynie nieprzyjemnie wykręcanie wnętrzności i stroszącą się odruchowo sierść. Lubiła myśleć, że dość dobrze radzi sobie w niekomfortowych sytuacjach czy momentach, w których musi kogoś reprezentować… Jednak tej nocy na widoku czuła się dość nieswojo.
— Och! Widzę, że w Klanie Klifu zmienił się zastępca.
Niechętnie zwróciła wzrok na stojącego nad nią kota.
Może właśnie dlatego wolałaby wmieszać się w tłum, a nie prezentować się pod skałą przed wszystkimi. Już od dawna zgromadzenia zamieniły się z wyczekiwanych w ekscytacji nocy na strach przed tym, że ktoś napatoczy się jej pod łapy czy będzie usiłować kleić z nią rozmowę – szczególnie ktoś z Klanu Nocy. Jak z przymusu unikała rozglądania się po wyspie, aby przypadkiem nie natrafić wzrokiem na na znajomą, szarą sierść czy morskie oczy. Jak tchórz.
Górujący nad nią wojownik zlustrował ją wzrokiem i zajął miejsce obok, na jej nieszczęście ponownie chyląc wargi.
— Gratuluję awansu, Źródlana Łuno.
Zapach Klanu Wilka bił od kocura jak odrzucająca, gorzko-kwaśna mgła. Wzdłuż jej grzbietu przebiegł dreszcz; uniosła lekko brew i po paru uderzeniach serca skinęła głową.
— Dziękuję, Krucze Pióro.
Bezmyślnie zmarszczyła nos, przyglądając się jego ciemnej barwie futra, która na myśl przywodziła jej jednego z nieszczęsnych napastników dawnej wojny. Zmusiła się jednak do wyduszenia kolejnych słów z gardła.
— Cieszę się, że mogę służyć mojemu bratu jako jego prawa łapa.
— Nadajesz się na dobrego zastępcę — odpowiedział jej beznamiętnym tonem i polizał się po barku. — Jak ma się Klan Klifu?
Owinęła ogon wokół łap.
— Dobrze — odparła krótko. — Mam nadzieję, że w Klanie Wilka również jest spokojnie…
— W rzeczy samej.
Łuna przesunęła wzrokiem po tłumie na skale, licząc na to, że na tym zakończą się chęci rozmowy Wilczaka. Cisza, która pomiędzy nimi zapadła, mówiła jednak co innego wiszącym w powietrzu napięciem, jak gdyby drugi zastępca za zębami trzymał kolejną gadkę.
— Wiesz… Mam pewną sprawę.
Nie zdołała się powstrzymać i wywróciła oczyma. Czy Klan Gwiazdy nie mógł wybaczyć jej za wszystkie grzechy i chociaż raz jej posłuchać? Ująć cierpienia?
Mimo wszystko, zastrzygła uchem, odrobinę zaintrygowana.
— Kontynuuj.
— …podoba mi się pewna kotka.
Drgnęła na swoim miejscu pod skałą i zacisnęła wargi.
— Ale nie wiem jak jej to wprost powiedzieć. Wychodzimy razem, jesteśmy dla siebie czuli… Chyba.
Ślipia młodszego błysnęły, zaaferowane i nieco zawstydzone.
— Strasznie mi serce przy niej wali, jakbym miał dostać zaraz zawału. Albo może mam alergię, bo robi mi się przy niej ciepło. Nie znam się na tym wszystkim. Nigdy… Nie czułem czegoś takiego. Nie chcę prosić o pomoc swoich pobratymców, więc… Może- Masz jakieś pomysły..?
Niezręczność rozmowy odbijała się desperacją w oczach Wilczaka. Odchrząknęła i, po chwili zawahania, nachyliła się lekko w jego kierunku.
— Czyli… Jesteście razem?
— Tak? Nie? — Kocur zwiesił łeb. — Nie wiem… Chyba nigdy wprost nie poprosiłem jej o zostanie moją partnerką.
Uniosła brew.
— Proszę bardzo, problem sam się rozwiązał — miauknęła zwięźle i machnęła końcówką ogona. — Trzeba mówić jasno i wyraźnie. Skąd ma wiedzieć, Tobie też się kręci w głowie na jej widok?
Łeb kocura subtelnie schował się głębiej między jego barki.
— Czyli powinienem zapytać?
Powstrzymała chęć wywrócenia oczyma. Klanie Gwiazdy, czy głupota przenosiła rodzinnie? Z jednego kocura na każdego kolejnego?
— Boję się, że powie nie… — kontynuował zastępca, bezmyślnie wpatrując się we własne łapy. — Choć niby nic na to nie wskazuje, ale no… Nigdy nie myślałem, że będę chciał mieć partnerkę, a teraz czuje się zagubiony. Nie wiem jak to zrobić, jak pokazać jej, że bardzo mi zależy. Jestem w tym tragiczny…
Czy każdy z nich był taki tępy?
— Jak nie zapytasz, to nic się nie zmieni i nadal będziecie wokół siebie tańczyć — odparła, wzdychając i unosząc wzrok ku niebu. — Bądź bezpośredni. Nie bój się jej, nie odgryzie Ci głowy. Chyba; nie wiem, w jakich kotkach się lubujesz — wzruszyła ramionami — ale... Proszę, na Klan Gwiazdy, jeżeli wyprzedzi Cię i zacznie głosić Ci dowody swojej miłości, ani się waż uciec.
Przez parę uderzeń serca Łuna zastanawiała się, czy mówienie z własnego doświadczenia będzie mądrym wyborem; jednak Wilczak, który nie wie o niej nie wiele więcej poza imieniem i rangą, za daleko z tą informacją nie pójdzie. Nie zrobi jej więcej krzywdy. Nie więcej, niż już zrobił to los.
Wspomnienia Szałwiowego Serca same nasuwały się jej na język mimo bólu z nimi związanymi. Chciała dodać coś od siebie podczas rozmów pośród współklanowiczów – nawiązać do dawnej rozmowy, opowiedzieć żart czy parę ładnych słów, które od niego zasłyszała, złapać z kimś wspólny język przez zaoferowanie swojej wersji związkowych perypetii. Ponarzekać na to, że większość kocurów ma na co dzień puch i trociny w głowach i że przekonała się na własnej skórze, jaką pustką objawiają się księżyce rozłąki, o których klanowe pary mówią jak o straszliwej legendzie. Że wie, jakie to piękne uczucie wiedzieć, że cała Twoja osoba przyśpiesza bicie serca drugiego kota i że wie również, jak to jest to wiedzieć i nie móc z tego korzystać częściej niż raz na księżyc. A później już w ogóle.
Przełknęła ślinę i potrząsnęła lekko łbem.
— Cokolwiek by się nie działo, jakkolwiek byś się nie bał, to siedź na zadzie i jej słuchaj. Danie nogi w krzaki... Nie maluje dobrego wizerunku.
Krucze Pióro uciekł wzrokiem, lekko zmieszany.
— Nie, co to to nie. Nie śmiałbym uciec. Ale na pewno wolałbym być pierwszy. Tylko muszę coś zaplanować…
Zawahała się na moment.
— Zabierz ją w jakieś ważne dla was miejsce. Gadaj porządnie i wylej wszystko, co Ci na sercu leży — podsunęła. Jej ślepie zabłysnęło. — Możesz jej coś podarować. Coś sentymentalnego? Znaczenie jest ważne.
— Sentymentalnego? Mógłbym coś dla niej zrobić…
Wilczak podniósł spojrzenie na Łunę i zamyślił się.
— Może połączę jakoś krucze pióra i kocanki. Chyba niedaleko Opuszczonego Obozowiska widziałem kilka kwiatów. Co do miejsca, spotykaliśmy się często na polanie przy jeziorze. Może tam będzie idealnie…
Skinęła głową z aprobatą. Odwróciła wzrok w jego stronę, przerzucając w głowie podsunięte jej informacje.
— Tak ma na imię? Kocanka?
— Tak, Kwaśna Kocanka. Znamy się od czasów uczniostwa, choć jeszcze gdy była kociakiem, a ja ledwo zaczynałem szkolenie zwróciła moją uwagę. A potem sama została uczennicą. Wtedy zaczęliśmy dużo rozmawiać i spędzaliśmy ze sobą czas, jako pobratymcy. Cóż, trochę późno obudziliśmy się z tym, że jednak coś do siebie czujemy-
Kocur wyprostował się nagle i, przybierając obojętny wyraz pyska, odchrząknął.
— Więc… No, od jakiegoś czasu po prostu czułem, że muszę coś z tym zrobić.
Zamruczała pod nosem, lustrując kocura wzrokiem; wyglądał na ledwie kilkanaście księżyców młodszego od niej. Odwróciła spojrzenie na tłum i cmoknęła.
— Czasem to, że uczucie rozkwita późno, znaczy też, że będzie ono wam towarzyszyć do końca życia — miauknęła.
Zamilkła za moment, próbując opanować grymas wkradający się na jej pysk. Jej głos przybrał tęskną nutę.
— Będziecie mieli szansę zestarzeć się w ramionach drugiego; los nie odbierze wam szczęścia przedwcześnie, bo nie musiał wam dać go posmakować za młodu.
Uszy Kruczego Pióra poruszyły się z zainteresowaniem.
— Masz kogoś takiego? Jeśli mogę zapytać.
Wbiła wzrok w nieokreślony punkt na niebie. Każde słowo opuszczało jej wargi wbrew jej woli.
— Miałam.
Kąciki jej pyska uniosły się w niewyraźnym uśmiechu. Czuła na sobie wzrok drugiego zastępcy, jednak bała się spojrzeć mu w oczy.
— Gdziekolwiek teraz jest, myślę, że może nadal jest szansa, abyście byli razem.
Drgnęła z zaskoczeniem. Głosem Wilczaka wiodła zaskakująco miękka nuta; uchyliła ucho w jego kierunku.
— Jeśli nie teraz, to po drugiej stronie — kontynuował. — Jeśli to prawdziwa miłość, to nie da się jej tak po prostu zerwać. A jeśli się ją zrywa, to czy kiedykolwiek była prawdziwa?
Po drugiej stronie. Czy Klan Gwiazdy był na tyle łaskawy, robiąc wyjątki dla tych dusz, które wolałyby zaprzestać bytu niż nigdy nie zobaczyć już drugiej połówki swojego serca? Czy jego łąki i doliny też dzieliły granice, czy jego mieszkańcy również spoglądali krzywo na uczucie, które łamie zasadę?
— Nigdy w moim życiu nie byłam bardziej pewna czegokolwiek, niż tego, że go kochałam.
Szybkość, z jaką słowa wypadły z jej pyska, zaskoczyły nią samą. Po jej grzbiecie przeszedł dreszcz, gdy niewygodna myśl, o tym, że rozmawia z Wilczakiem do niej wróciła, ale jej wnętrzności wykręciły się niewygodnie i kontynuowała, dopóki miała szansę to z siebie wyrzucić.
— Kochałam, i nadal kocham. Widzę go w gwiazdach, na które razem patrzyliśmy, w zwierzynie, na którą polowaliśmy... W pyskach moich dzieci, w imionach, które im nadałam.
Nieco za późno zdała sobie sprawę z tego, że nie powinna była się tak zwierzać. Pozostało jej liczyć na to, że zastępca nigdy nie wykorzysta jej słów przeciwko niej samej. Zmarszczyła brwi, odrywając spojrzenie od granatowego nieboskłonu i przenosząc je na kocura.
— Będę liczyć na wasze powodzenie — ze ściśniętym gardłem zmieniła temat, poruszając końcówką ogona. — Niech los wam dopisuje.
Czarnofutry popatrzył się na nią przez parę uderzeń serca, w zamyśleniu, po czym uśmiechnął się delikatnie i skinął łbem.
— Dziękuję.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz