Borówkowa Łapa zaśmiała się delikatnie, cicho, jakby śmiech wypłynął z niej niepostrzeżenie, nieomal nieśmiało. Jej pyszczek rozjaśnił subtelny uśmiech. Przez krótką chwilę patrzyła gdzieś w bok, może na kołyszące się źdźbła trawy, może w dal, gdzie chmurki układały się w niespieszne wzory. Czuła coś przyjemnego — coś lekkiego, jakby puchate piórko opadło na jej serce i rozproszyło napięcie, którego nawet nie była świadoma.
Nie wiedziała, jak odpowiedzieć. Tyle myśli pojawiło się nagle, tyle wspomnień i odczuć, że aż zrobiło się w niej cicho. A jednak słowa wypłynęły z niej same, jak gdyby nigdy nic:
— Wiesz… Gdybym już miała wybierać, to najpewniej byłyby to róże. Są tak piękne, pełne elegancji… — zawiesiła na chwilę głos, jakby widziała je oczami wyobraźni: delikatne, aksamitne płatki, układające się w doskonałą harmonię, tak wspaniałe, tak subtelne. — Ale tak ciężko mi je znaleźć.
Tojad przez siedział w ciszy, po czym odwzajemnił uśmiech.
— Chodźmy już — miauknęła po chwili Borówkowa Łapa.
Tojad szedł trochę z przodu, ale odwracał się co chwilę, by upewnić się, że Borówkowa Łapa nadal jest tuż za nim. Ona z kolei podążała spokojnie, z nosem uniesionym lekko ku górze, chłonąc zapachy, szelesty i ledwo słyszalne ćwierkania ukrytych wśród gałęzi ptaków.
— Kolorowa Łąka powinna być już niedaleko! — rzucił Tojad przez ramię, z nutką ekscytacji w głosie, gdy ich łapy zaczęły miękko uderzać o mech porastający gęsty skrawek lasu.
Borówkowa Łapa nie odpowiedziała od razu — uśmiechnęła się jedynie do siebie, czując, jak z każdym krokiem powietrze staje się cieplejsze, bardziej otwarte, jakby sam las przygotowywał ich na coś wyjątkowego.
I rzeczywiście — po wyminięciu kilku starych dębów, których grube pnie pokryte były srebrzystym porostem, drzewa nagle rozstąpiły się, jakby uchylając przed nimi zasłonę. Ich oczom ukazał się widok tak piękny, że przez chwilę oboje po prostu zamarli w miejscu.
Kolorowa Łąka rozciągała się szeroko aż po horyzont, zalana miękkim światłem zachodzącego słońca. Płatki setek kwiatów — maków, chabrów, niezapominajek, a nawet dzikich róż — poruszały się leniwie na wietrze, tworząc falujące morze barw: czerwieni, błękitów, fioletów i różu.
Nad łąką unosił się zapach nektaru, ciepłej ziemi i czegoś jeszcze — czegoś ulotnego, jak wspomnienie szczęścia sprzed mianowania. Pszczoły bzyczały cicho wśród płatków, a motyle przelatywały z jednej rośliny na drugą, niczym kolorowe iskierki.
Tojad zatrzymał się i spojrzał na Borówkową Łapę.
— Pięknie tu, mam racje? — zapytał półszeptem, z uśmiechem, który był jednocześnie figlarny i pełen szczerego oczekiwania.
Borówkowa Łapa spojrzała na niego, a potem znowu na łąkę. Jej oczy błyszczały, jakby odbijały wszystkie kolory wokół.
— Po prostu idealnie — odparła cicho. A potem zrobiła kilka kroków naprzód, powoli, z odczuwalną delikatnością, jakby nie chciała spłoszyć tego cudu.
Tojad szedł tuż obok niej.
I chyba w końcu poczuła, jak przyjemnie jest mieć kogoś u swego boku.
Nie wiedziała, jak odpowiedzieć. Tyle myśli pojawiło się nagle, tyle wspomnień i odczuć, że aż zrobiło się w niej cicho. A jednak słowa wypłynęły z niej same, jak gdyby nigdy nic:
— Wiesz… Gdybym już miała wybierać, to najpewniej byłyby to róże. Są tak piękne, pełne elegancji… — zawiesiła na chwilę głos, jakby widziała je oczami wyobraźni: delikatne, aksamitne płatki, układające się w doskonałą harmonię, tak wspaniałe, tak subtelne. — Ale tak ciężko mi je znaleźć.
Tojad przez siedział w ciszy, po czym odwzajemnił uśmiech.
— Chodźmy już — miauknęła po chwili Borówkowa Łapa.
Tojad szedł trochę z przodu, ale odwracał się co chwilę, by upewnić się, że Borówkowa Łapa nadal jest tuż za nim. Ona z kolei podążała spokojnie, z nosem uniesionym lekko ku górze, chłonąc zapachy, szelesty i ledwo słyszalne ćwierkania ukrytych wśród gałęzi ptaków.
— Kolorowa Łąka powinna być już niedaleko! — rzucił Tojad przez ramię, z nutką ekscytacji w głosie, gdy ich łapy zaczęły miękko uderzać o mech porastający gęsty skrawek lasu.
Borówkowa Łapa nie odpowiedziała od razu — uśmiechnęła się jedynie do siebie, czując, jak z każdym krokiem powietrze staje się cieplejsze, bardziej otwarte, jakby sam las przygotowywał ich na coś wyjątkowego.
I rzeczywiście — po wyminięciu kilku starych dębów, których grube pnie pokryte były srebrzystym porostem, drzewa nagle rozstąpiły się, jakby uchylając przed nimi zasłonę. Ich oczom ukazał się widok tak piękny, że przez chwilę oboje po prostu zamarli w miejscu.
Kolorowa Łąka rozciągała się szeroko aż po horyzont, zalana miękkim światłem zachodzącego słońca. Płatki setek kwiatów — maków, chabrów, niezapominajek, a nawet dzikich róż — poruszały się leniwie na wietrze, tworząc falujące morze barw: czerwieni, błękitów, fioletów i różu.
Nad łąką unosił się zapach nektaru, ciepłej ziemi i czegoś jeszcze — czegoś ulotnego, jak wspomnienie szczęścia sprzed mianowania. Pszczoły bzyczały cicho wśród płatków, a motyle przelatywały z jednej rośliny na drugą, niczym kolorowe iskierki.
Tojad zatrzymał się i spojrzał na Borówkową Łapę.
— Pięknie tu, mam racje? — zapytał półszeptem, z uśmiechem, który był jednocześnie figlarny i pełen szczerego oczekiwania.
Borówkowa Łapa spojrzała na niego, a potem znowu na łąkę. Jej oczy błyszczały, jakby odbijały wszystkie kolory wokół.
— Po prostu idealnie — odparła cicho. A potem zrobiła kilka kroków naprzód, powoli, z odczuwalną delikatnością, jakby nie chciała spłoszyć tego cudu.
Tojad szedł tuż obok niej.
I chyba w końcu poczuła, jak przyjemnie jest mieć kogoś u swego boku.
Koniec sesji.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz