BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Urodziwy Szafirek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Urodziwy Szafirek. Pokaż wszystkie posty

26 lipca 2026

Od Urodziwego Szafirka CD. Przypalonego Kasztana

Przeszłość

Ubliżałoby jej? Pokręciła lekko łebkiem. Martwiło ją, jak siebie postrzegał wojownik. Dla niej był najwspanialszym kotem na świecie i ponad nim. Nie było tak wspaniałego drugiego kota, jak on. Po prostu nie było i naprawdę chciała mu to pokazać. Udowodnić, że się mylił. Pokazać mu czym była miłość, której doświadczyła od kociaka.
— Tak, właśnie to znaczy. Jesteś moim partnerem, promyczkiem pośród ciemności. Ciepłem kojącym moją duszę i serce. Jesteś kimś więcej niż tylko kotem, jesteś całym moim światem. Czułam to do ciebie, odkąd byliśmy uczniami. Zależy mi na tobie najbardziej ze wszystkich. Chcę być przy tobie i iść przez to życie łapa w łapę, bark w bark — wymruczała ciepło i liznęła go czule w pyszczek. Kocurek spojrzał na własne łapy niepewnie.
— Nie w-wiem... — zaczął, ale głos prędko go zawiódł, łamiąc się. Przełknął nerwowo ślinę. — Nie wiem, czy jestem taki, jak myślisz — poruszył kikutem ogona dość niespokojnie.
— Ciągle się b-boję... i cały czas robię coś niewłaściwie, nawet teraz... nie wiem, co powinienem powiedzieć — wymruczał cicho, patrząc na nią wreszcie dość nieśmiało.
— I co z tego? Każdy się czegoś boi. Nie ma kotów bez wad i lęków — miauknęła ze spokojem. Przycisnęła swój pysk do jego i przymknęła oczy.
— Ale... gdy spędzam czas z tobą, czuję się chyba pewniej. Nie czuję się tak nerwowo i nie podskakuję na każdy ruch ze strony pobratymców. Chciałbym, chyba... żeby tak pozostało. To znaczy... nie, tak... t-tak... — westchnął.
— Jeśli naprawdę chcesz kogoś takiego jak ja, za partnera, to... c-chciałbym być twoim partnerem, już na zawsze — powiedział, lekko się wahając. Słuchała jego dalszych słów w milczeniu. Nie oceniała go, bo nie miała powodu. W jej niebieskich oczach wojownik był po prostu idealny. Zawsze był i nic nigdy tego nie zmieniło, a wręcz przeciwnie, bo po ostatnim spotkaniu z glonojadem, utwierdziła się tylko w swoich przekonaniach. Nie odsunęła od niego pyska. Wdychała jego zapach.
— Nie masz racji. Masz szlachetne serce i mądrość, której większości brakuje. Masz w sobie dużo empatii, o którą w tych czasach naprawdę ciężko. Szczególnie u tych z rodu. — rzekła cicho i liznęła kocurka w pyszczek.
— Tylko nie chcę, żebyś... żebyś się rozczarowała. Nie jestem odważny jak inni wojownicy. Nie jestem szczególnie mądry czy silny... — wyspowiadał się jej wręcz, kładąc po sobie uszy raz jeszcze. Wyciągnął swoją przednią łapę i położył ją ostrożnie na tej należącej do szylkretki.
— Nie zawiedziesz mnie, nigdy nie zawiodłeś. Pragnę spędzić resztę życia przy twoim boku. Nie chcę nikogo innego, bo moje serce już dawno ci oddałam — dodała cicho i się uśmiechnęła. Gdy kocurek położył łapkę na jej, Szafirek bardzo delikatnie wstała. Położyła się od strony jego grzbietu i bardzo delikatnie przewróciła go na siebie, otulając ogonem.
— Kocham cię, z całego serca — wyszeptała czule i liznęła go w uszko.

***

Ślub Trzcinowego Szmeru i Żmijowcowej Wici trwał w najlepsze, ale Urodziwy Szafirek czuła się dosyć samotna. Nie chodziło jej o to, że nie mogłaby z kimś pogadać. Po prostu tęskniła za Kasztankiem, którego tu nie było. W pewnej chwili usłyszała znane jej kroki, a jej serce zabiło mocniej. Jej ukochany podszedł do niej i polizał ją po mordce.
— Szafirku, jak się czujesz? — zapytał lekko nieśmiało. Nie mogła się powstrzymać przed podskoczeniem na równe łapki.
— Kasztasiu...jesteś! — wymruczała zachwycona. Skinęła łebkiem w podzięce w stronę pary młodej, liderki i zastępcy. Odwzajemniła liźnięcie, przyciskając się do boku kocura.
— Wcześniej średnio, a teraz przewspaniale. A ty chmurko? — wymruczała cicho. Chwilę później usiadła i wtuliła się w kocura, uspokajając emocje. Spojrzała na przód, gdzie stała para młoda. Teraz u boku Kasztanka mogła skupić się całkiem na ceremoni.
— Nie spodziewałem się... tylu kotów... ale to dlatego prawie nikogo nie ma w obozie — powiedział, wsłuchując się w ceremonię.
— Dziękuję, że pytasz — powiedział jeszcze.
— Trzcinowy Szmerze, Żmijowcowa Wicio czy w obliczu wszystkich zebranych tu kotów przysięgacie sobie miłość, wierność, uczciwość i wspólne dzielenie łowów nawet po śmierci? — rozległ się głos Mandarynkowej Gwiazdy. Szafirka skupiła się na tej chwili, ale była wyczulona na kocura.
— Przysięgam — padło z pyszczka młodej pary. Szafirka niemal czuła tę ekscytację, którą musieli czuć Trzcinowy Szmer i Żmijowcowa Wić.
— Zatem mocą nadaną mi przez Klan Gwiazdy ogłaszam was mężem i żoną! Niech wasza miłość nieprzerwanie rozjaśnia wasze życia niczym świetliki na łąkach porą zielonych liści! — chwilę po tych słowach nadszedł czas na rzut żabą. Szylkretce nie zależało na złapaniu żaby, ale potraktowała to jako dobrą zabawę. Chwilę później ruszyła z kocurem, by uczestniczyć w wydarzeniu. Co prawda nie udało jej się złapać żaby, ale skoro Kasztanek też był i tyle jej wystarczyło.
— Chodź serduszko — wymruczała. Musnęła ogonem grzbiet kocura i zaprowadziła go nieco na bok.
— Usiądźmy, dziś się cieszmy ślubem Trzcinowego Szmeru i Żmijowcowej Wici, a jutro lub pojutrze będę chciała z tobą pogadać o pewnej kwestii. Nie, nie jest to nic złego. Po prostu chciałabym poruszyć temat który jest dla mnie niezmiernie ważny — wyszeptała czule, kładąc łapę na jego i liżąc raz jeszcze w pyszczek.
— Czy...jest ci smutno, że nie złapałem tej żaby? — zapytał, z lekkim niepokojem spoglądając na wojowniczkę.
— Co? Och nie, nie skarbie. Kichać na tę żabę — wymruczała łagodnie. Przytuliła kocura do siebie, kładąc pysk na jego łebku. Zaczęła cicho mruczeć, by go uspokoić. Kilka uderzeń serca później, cofnęła się lekko. Spojrzała w jego oczy tymi swoimi niebieskimi.
— Jesteśmy parą od jakiegoś czasu i za to dziękuję każdego dnia. Zawsze będę dziękować, że Klan Gwiazdy mi cię zesłał — zaczęła kojącym głosem.
— Bardziej chciałabym zapytać, czy byś chciał...nasz ślub... — zaczęła cicho.
— Nie musisz mi teraz odpowiadać, bo to bardzo ważna decyzja. Mogę czekać na odpowiedź tak długo, jak będziesz potrzebował czasu, więc proszę, nie czuj się tym obciążony. Mamy czas... — wyszeptała. Siedzieli tak w ciszy, otoczeni przez donośny gwar, a na mordce kocura było widać wyraźne zamyślenie. Wreszcie, gdy uniósł lekko łeb i spojrzał na czekającą cierpliwie kotkę, otworzył pysk, ale początkowo nic się z niego nie wydobyło poza wypchniętym z płuc powietrzem, którego potem nabrał nosem już normalnie.
— Myślisz, że... nie przyniosę ci wstydu? Że sobie poradzę? — powiedział trochę do siebie. Szylkretka uśmiechała się łagodnie.
— Oczywiście, że sobie poradzisz piękny — wymruczała czule. Była gotowa zrobić wszystko, by kocur w siebie uwierzył. Kochała go tak bardzo, że zrobiłaby dla niego wszystko.
— Ja...dużo się dzieje, ja... bardzo bym chciał — kontynuował.
— Och? To wspaniale mój drogi promyczku, bo ja też bym bardzo tego chciała — wymruczała. Jej serduszko biło jak szalone, a szafirkowe ślipka błyszczały czystym, nieskażonym niczym uczuciem. Otarła się o niego i polizała w nosek, policzek i łebek. Słysząc jego słowa, pokiwała lekko głową.
— Chodź, damy im wspólny prezent. — wymruczała i przejechała ogonem po jego grzbiecie, ostatecznie otulając go nim i prowadząc powoli do nowożeńców z pakunkiem w pyszczku. Wstał ze swojego miejsca, po czym ruszył u boku Urodziwego Szafirka i gdy znaleźli się przed parą, pochylił przed nimi łeb w geście szacunku. Szylkretka poszła jego śladem i również pochyliła łeb.
— Chcieliśmy życzyć wam wszystkiego, co najlepsze Trzcinowy Szmerze i Żmijowcowa Wicio. Dziękuję również za zaproszenie mnie i pozwolenie przyjść Kasztankowi — wymruczała. Po czym przysunęła bliżej podarek. Było w nim kilka kolorowych, matowych i oszlifowanych przez wodę szkiełek w kolorze oczu młodej pary i ich kociąt. Do tego był również bursztyn z zatopionym owadem. Szukała tego bardzo długo. Chwilami wątpiła, że znajdzie.
— To prezent od Kasztanka i ode mnie — miauknęła łagodnie.

Teraźniejszość

Urodziwy Szafirek obudziła się dosyć wcześnie rano. Przeniosła wzrok na śpiącego u jej boku Kasztana. Przyglądała mu się przez chwilę. Gdy wojownik spał wyglądał tak uroczo. Oczywiście, kiedy nie spał, również był wspaniały i to nie podlegało dyskusji. Widok tego spokoju radował serce szylkretki, ale i rodził w niej chęć ochrony ukochanego przed złem całego świata. Pragnęła go chronić. Zawsze.
— Zawsze będę przy tobie. Nie pozwolę nikomu cię skrzywdzić, a jeśli ktoś spróbuje, odpowie przede mną — wyszeptała, przykrywając kocura ogonem. Chciała zapewnić mu ciepło. Do tego nie budziła go, bo mieli jeszcze czas. Uważała, że ciemny potrzebował jeszcze chwili spokoju przed kolejnym ciężkim dniem.

<Przypalony Kasztanie? Czy wiesz, że wyglądasz słodko?>

26 maja 2026

Od Urodziwej Łapy (Urodziwego Szafirka)

Rano

Ranek ledwie wstał, kiedy Morszczynowy Wąs obudził swoją siostrzenicę i zabrał ją nad wodę. Kazał jej upolować kilka ryb w różnych miejscach przy zbiorniku wodnym. Szafirek podeszła do tego naprawdę bojowo. Domyślała się, dlaczego jej wujek to zlecił, wszak młodsza miała już sporo treningów za sobą i pewnie robił jej test na wojownika. Nareszcie! To dawało jej możliwości, a co za tym szło, była gotowa bronić Kasztanka i każdego innego kota, który by tego potrzebował. Szylkretka podeszła do pierwszego miejsca i zaczekała cierpliwie na pierwszą ofiarę tego dnia. Cały test trwał dość długi czas, ale to dlatego, że ryby były dosyć kapryśne i testowały cierpliwość kocicy. Jednak niebieskooka z determinacją w serduszku czekała. Wierzyła, że jej się uda. Musiało, bo przecież nie mogła pozwolić, by glonojad ją później dręczył, że nie zdała, bo naprawdę rzuciłaby się na niego. Dopilnowała by ten jego ładniusi wygląd ucierpiał dla przykładu od błota czy czegoś tego typu. Ostatecznie kotce udało się upolować wymaganą ilość ryb i powrócić dumnie do Morszczynowego Wąsa. Brat Złocistego Widlika nie odezwał się słowem, a jego pysk nie zdradzał zupełnie nic. Szafirka nie przejęła się tym, chociaż gdyby była tutaj Kropiatkowa Skórka to pewnie by usłyszała jakikolwiek werdykt, pochwałę lub ewentualną informacje o kontynuowaniu treningów. Wzruszyła lekko barkami i wróciła z Morszczynowym Wąsem do obozu. Rozstała się z nim i poszła na bok zamienić kilka słów ze swoją siostrą Lawendą.

***

Urodziwa Łapa spędzała właśnie czas ze swoją siostrą Lawendową Łapą, kiedy Mandarynkowa Gwiazda wskoczyła na miejsce przemów.
— Niech wszystkie koty wystarczająco dorosłe, by polować, zbiorą się na zebranie klanu! — rozległ się głos liderki. Urodziwa Łapa zastrzygła uszkiem, a następnie spojrzała na siostrę.
— Hej, Lawenda to chyba nasza chwila — wymruczała cicho. Podniosła się, a następnie z siostrą u boku ruszyła do reszty kotów. Usiadły obok siebie, stykając się ze sobą futrami. Mandarynkowa Gwiazda rozejrzała się, a jej wzrok spoczął na dwóch uczennicach.
— Zebraliśmy się dzisiaj, by powitać dwie uczennice w gronie dorosłych kotów — zaczęła srebrna.
— Urodziwa Łapo, Lawendowa Łapo wystąpcie — kontynuowała Mandarynkowa Gwiazda. Urodziwa Łapa wysunęła się od razu, a w ślad za nią podążyła jej siostrzyczka. Szafirek ledwie potrafiła ustać w jednym miejscu. To był ten moment, w którym ponownie będzie dzieliła legowisko z Przypalonym Kasztanem, Liliową Pieśnią czy Ulewnym Szkwałem i jeszcze Lawendą.
— Ja, Mandarynkowa Gwiazda, przywódczyni Klanu Nocy, wzywam naszych wojowniczych przodków, by spojrzeli na tęuczennicę. Ciężko pracowała, by zrozumieć wasz szlachetny kodeks, więc polecam wam ją jako wojowniczkę. Lawendowa Łapo, czy obiecujesz przestrzegać kodeksu wojownika, chronić i bronić go nawet za cenę życia? — powiedziała Mandarynkowa Gwiazda.
— Obiecuję — miauknęła Lawenda. Uroda czekała z niecierpliwością na to, jakie imię dostanie kotka, bo swojego się domyślała.
— A zatem mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojowniczki. Lawendowa Łapo, od dziś będziesz znana jako Lawendowa Rozkosz. Klan Gwiazdy honoruje twoją pilność i uważność, a my witamy cię jako pełnoprawną wojowniczkę Klanu Nocy — odparła liderka. Starsza kocica zeskoczyła i podeszła do Lawendowej Rozkoszy. Oparła pysk na jej głowie. Lawenda liznęła jej bark. Chwilę później Mandarynkowa Gwiazda powróciła na miejsce i przeniosła wzrok na niebieską.
— Ja, Mandarynkowa Gwiazda, przywódczyni Klanu Nocy, wzywam naszych wojowniczych przodków, by spojrzeli na tę uczennicę. Ciężko pracowała, by zrozumieć wasz szlachetny kodeks, więc polecam wam ją jako wojowniczkę. Urodziwa Łapo, czy obiecujesz przestrzegać kodeksu wojownika, chronić i bronić go nawet za cenę życia? — powtórzyła po raz kolejny formułkę. Serce szylkretki zabiło szybciej. Podniosła dumnie łebek.
— Obiecuję — wymruczała szczerze, a jej niebieskie oczka lśniły z radości. Zamierzała chronić kodeks i bronić, ale na własnych zasadach w kwestii kilku spraw. Jednak nikt nie musiał o tym wiedzieć.
— A zatem mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojowniczki. Urodziwa Łapo, od dziś będziesz znana jako Urodziwy Szafirek. Klan Gwiazdy honoruje twoją determinację i bystrość, a my witamy cię jako pełnoprawną wojowniczkę Klanu Nocy — rozległ się głos przywódczyni. Szafirek musiała się powstrzymać, by nie wyskoczyć w powietrze. Dobrze, że nie miała skrzydeł, bo pewnie by odleciała. Starsza kocica pojawiła się przy niej i wykonała ten sam ruch, co w przypadku Lawendy. Urodziwy Szafirek polizała jej bark. Gdy Mandarynkowa Gwiazda się wycofała, obok Szafirki pojawiła się liliowa wojowniczka.
— Lawendowa Rozkosz! Urodziwy Szafirek! Lawendowa Rozkosz. Urodziwy Szafirek! — rozległo się skandowanie imion dwóch świeżo mianowanych wojowniczek. Od tego momentu Uroda nie była już uczniem, a pełnoprawnym członkiem klanu. Nie było niczego wspanialszego od tego, chociaż nie. Najwspanialszy nadal i tak pozostawał Przypalony Kasztan. Kiedy ceremonia się skończyła, obie kotki przystąpiły do czuwania.

[726 słów]

[15%]

25 maja 2026

Od Urodziwej Łapy CD. Przypalonej Łapy (Przypalonego Kasztana)

Urodziwa Łapa spoglądała na wojownika w ciszy. Bez słów zachęciła go, by kontynuował swoją wypowiedź. Wierzyła, że było to coś ważnego, a przez to tym bardziej chciała usłyszeć jego słowa. Oczywiście nie poganiała kocura. Nigdy tego nie robiła, bo wiedziała jakby, to zadziałało na ciemnego. Nie chciała sprawiać mu przykrości. Zawsze próbowała go wesprzeć i stać na straży by nikt mu nie ubliżał. Była gotowa wyrwać każdemu wąsy, gdyby chociaż krzywo spojrzał na wojownika. Przypalony Kasztan milczał przez chwilę, aż w końcu dokończył swoją myśl.
— Spacer? — powtórzyła cicho po nim, a gdy dotarła do niej prawdziwość tych słów, uśmiechnęła się ciepło. Kocur proponował jej spacer i to we dwójkę. Czy mogła nazwać to randką, być może tak. Nie wiedziała czemu, ale te słowa wlały w jej serce tyle ciepła i radości jak mało co. Ostatni raz tak się czuła, gdy była mianowana na uczennicę, chociaż wtedy to była połowa tego, co czuła obecnie.
— Byłoby wspaniale. Zawsze chciałam się z tobą przejść tylko we dwójkę. Pamiętam jak o tym rozmawialiśmy, gdy zaczynaliśmy życie jako uczniowie. Nie zapomniałam o tym nigdy. Liczyłam jednak, że może uda mi się zostać mianowaną, wtedy kiedy ty. Jednak najwyraźniej los miał inny plan i wcale mi to nie przeszkadza. Naprawdę cieszę się z twojego awansu i jeszcze bardziej chcę się postarać, by zostać mianowaną i dołączyć do ciebie. Bez ciebie w legowisku uczniów będzie nudno. W końcu nie został tam prawie nikt, kogo bym darzyła połową tego, co ciebie czy mojego brata. Nie wspominając już o tym, że muszę znosić humorki tego całego księciunia. Strasznie go nie lubię — ostatnie zdanie wyszeptała tak, by tylko Przypalony Kasztan ją usłyszał. Na samo wspomnienie o tym glonojadzie robiło jej się niedobrze. Nienawidziła podejścia tego paniczyka do czekotów i uważania się za lepszego tylko dlatego, że jego ojcem był Błękitna Laguna, a on miał ten durny lotos na czole. Symbol głupoty, arogancji, a przede wszystkim niesprawiedliwości. Irytowało ją podejście każdego, kto uważał czekoladowe koty za gorsze. Chciałaby kiedyś zrobić miejsce dla wszystkich, gdzie każdy mógłby czuć się chciany i kochany, a nie znienawidzony przez jakieś durne legendy i historie. Ciekawe czy gdyby wydry miały czarne lub kremowe futro to nienawidziliby czarnych kotów albo kremowych. Dlaczego tak bardzo uparli się na czekoladowe duszyczki. Czy Klan Gwiazdy naprawdę to popierał? Wątpiła w to, ale nie jej to było oceniać. Brakowało tu jeszcze zakazanego koloru oczu i byłby komplet. Strzepnęła uchem, odpędzając od siebie te myśli. Musiała się uspokoić, bo czekał ją przecież cudowny spacer i czas spędzony z kotem, którego darzyła pewnymi uczuciami tak odmiennymi od tych, które miała do ojca, brata, Lilii czy każdego innego kota. Może powinna pogadać o tym z ojcem, chociaż od czego miało się przyjaciół. Lilia z pewnością jej chętnie pomoże. Do brata nie było sensu iść, bo on na pewno jej nie doradzi. Nie znał się pewnie na tym. Zresztą był teraz wielce poważnym wojownikiem i miał inne rzeczy do roboty. Poza tym z nim miała dość szczególną relację. Oczywiście kochała go, bo jakżeby inaczej, ale wolała ograniczać kontakt, by przypadkiem się z nim nie pokłócić na dobre. Jeśli zaś chodziło o Lawendową Łapę, to jakoś nie czuła chęci rozmawiania z nią o uczuciach i podarkach.
— Och, wybacz Kasztanku. Zamyśliłam się, ale już jestem obecna — miauknęła łagodnie i liznęła go w policzek. Później o tym wszystkim pomyśli, bo teraz miała inne plany.
— To idziemy? Jak myślisz, które miejsce będzie najlepsze? Brzozowy Zagajnik czy może Kolorowa Łąka? — zaczęła myśleć na głos. Była taka pora roku, że może łąka byłaby ciekawszą opcją? Chociaż drzewa wcale nie brzmiały źle. Może udaliby się na plażę i popatrzyli na wodę? To też był dobry pomysł.
— A może pójdziemy na plażę? — zasugerowała łagodnie. Ich łapki wciąż były ze sobą w kontakcie, ale im to nie przeszkadzało. Właściwie to był to już ich zwyczaj i rutyna. W końcu się podniosła i ruszyła z kocurem u boku do wyjścia z obozu.

<Przypalony Kasztanie? Nie przejmuj się moim wujkiem>

[647 słów]

[13%]

Od Urodziwej Łapy CD. Liliowej Łapy (Liliowej Pieśni)

Przeszłość

Szylkretka opuściła legowisko uczniów, by zaczekać na mentorkę w umówionym miejscu. Kropiatkowa Skórka miała ją tego dnia nauczyć wspinaczki na drzewa. Urodziwa Łapa nie mogła się tego doczekać. W końcu była z natury kotem ciekawskim, a to kolejna interesująca umiejętność. To prawie jak bycie ptakiem, ale bez skrzydeł i na gałęzi. Świetne urozmaicenie życia. Obserwowanie świata z góry musiało być ciekawym doświadczeniem.
— Urodziwa Łapo? — rozległ się za jej plecami głos ciemniejszej kotki. Szafirka odwróciła się do Kropiatkowej Skórki i posłała jej ciepły uśmiech.
— Witaj Kropiatkowa Skórko, wybacz, zamyśliłam się troszkę — przyznała z lekkim rozbawieniem młodsza.
— Nie szkodzi, każdemu się to zdarza — odparła pogodnie jej mentorka. Niebieskooka uwielbiała tę kotkę. Cieszyła się, że to właśnie Kropiatka ją uczyła.
— To co? Gotowa? — wymruczała starsza. Uroda entuzjastycznie pokiwała łebkiem.
— Jak nigdy! — odparła rozpromieniona. Mentorka skinęła lekko łebkiem i obie kotki ruszyły do miejsca treningu. Po jakimś czasie dotarły do celu. Było to drzewo, które specjalnie wybrała Kropiatka dla swojej uczennicy. Upewniła się, że na pewno było bezpieczne.
— Usiądźmy na chwilę — zdecydowała Kropiatkowa Skórka. Szafirka posłusznie usiadła naprzeciwko niej. Wlepiła ślepka w te należące do mentorki i z uwagą czekała na dalsze słowa kocicy.
— Przede wszystkim musisz pamiętać, by zawsze wysuwać pazury. To jest podstawa i najważniejsza część, jeśli chcesz wspinać się na drzewo — zaczęła starsza. Szafirka przytaknęła pyszczkiem, zapamiętując tę uwagę.
— Przednie łapy służą do podciągania się i nawigacji, a tylne pomagają we wspinaczce. Twoje ciało musi przylegać do pnia, by nie stracić równowagi i nie spaść. Takie upadki nie kończą się dobrze. Przy odrobinie szczęście trafia się do medyków i oni pomagają albo źle spadniesz i niestety nie ma czego ratować — miauknęła bardzo poważnie Kropiatka.
— Dobrze, zapamiętam Kropiatkowa Skórko — odparła szylkretka.
— Zawsze sprawdzaj, czy gałąź, na którą chcesz wejść, utrzyma twój ciężar. Nigdy nie skacz na pewniaka — kontynuowała Kropiatka. Urodziwa Łapa wszystko sobie powtarzała w myślach, by ugruntować sobie tę wiedzę.
— Jak chodzi o schodzenie, jest to najtrudniejsze w tej umiejętności. Zazwyczaj łatwo wejść i trudniej zejść. Schodzisz tyłem. Głowa w stronę korony drzew. Opuszczasz bardzo powoli tylne łapy i szukając oparcia, starasz się zejść — dokończyła mentorka.
— Rozumiem — wymruczała w odpowiedzi młodsza kotka.
— Dobrze, skoro była teoria pora na praktykę. Najpierw ja ci pokażę, a potem ty spróbujesz. Zgoda? — miauknęła Kropiatkowa Skórka.
— Zgoda — wymruczała córka Złocistego Widlika, co Kropiatka przyjęła z ulgą. Chwilę później szylkretka cofnęła się delikatnie, chcąc zrobić miejsce Kropiatkowej Skórce. Starsza klanowiczka płynnie wskoczyła na pień, wbijając pazury w korę drzewa. Zaczęła się precyzyjnie podciągać. Jej ruchy były przemyślane, a mięśnie wyraźnie działały pod jej skórą. Przesuwała się bezbłędnie do góry, aż dotarła do pierwszej gałęzi. Przez cały czas Urodziwa Łapa przyglądała jej się z uwagą jakiej dawno nie miała. Była pełna podziwu dla umiejętności mentorki. Bardzo chciała być kiedyś jak ona. Wiedziała, że mimo wszystko, zawsze będzie jej wdzięczna za poświęcony czas i naukę. W końcu starsza dotarła na gałąź i wpatrzyła się w niebieskie ślipka uczennicy.
— Tak to ma mniej więcej wyglądać. Wiadomo, że każdy kot i tak musi znaleźć swój własny styl wspinaczki, ale na początek to musi wystarczyć — rzuciła w stronę młodszej.
— Dobrze! — odparła szylkretka, a następnie obserwowała jak Kropiatkowa Skórka schodzi z drzewa. Rzeczywiście poruszała się głową w stronę gałęzi. Chwilę później ciemna kocica stała już koło Szafirki.
— Wow! To było niesamowite! — wymruczała zachwycona Urodziwa Łapa.
— Też będziesz tak śmigać, gdy nabędziesz doświadczenia — odparła pogodnie ciemniejsza.
— Naprawdę? — szylkretka przekrzywiła lekko łebek.
— Oczywiście, a teraz spróbuj. Będę w pogotowiu, więc postaraj się nie stresować jakoś bardzo. Pomogę ci, gdyby zaszła taka potrzeba — poinformowała ze spokojem Kropiatka. Szylkretka pokiwała łebkiem.
— Dobrze, dziękuję — odparła niebieskooka. Podeszła do drzewa i odbiła się od ziemi tak jak jej mentorka. Wysunęła pazury i wbiła je w korę. Spróbowała się podciągnąć tak jak jej mentorka, ale nie ruszyła się nawet o mysi ogon, kiedy zsunęła się z drzewa.
— Spokojnie Urodziwa Łapo, mocniej wbij pazury. Nie bój się, nie złamią ci się od mocniejszego wbicia — uspokajała ją mentorka, stojąc blisko uczennicy. Uroda skinęła lekko łebkiem.
— Dobrze — miauknęła cicho. Przeniosła spojrzenie z pyszczka kocicy na korę. Ponowiła skok i tym razem mocniej wbiła pazury. Tym razem się nie zsunęła. Starała się mieć w głowie tylko instrukcje kocicy. W końcu po kilku próbach udało jej się zbliżyć do gałęzi. Pomogła sobie ogonem i po chwili była u góry. Co prawda była to pierwsza gałąź, ale jak na pierwszy raz i tak dla kotki było zbyt wysoko. Przez jakiś dłuższy moment tak siedziała, by przyzwyczaić się do wysokości. Dopiero później spróbowała zejść.
— Głowa u góry, a tylne łapy w dół — mruczała do siebie, kiedy schodziła. W końcu dotarła na sam dół.
— Brawo Urodziwa Łapo! — pochwaliła ją mentorka. Młodsza dyszała ciężko. Próbowała uspokoić swój oddech. Pomógł jej w tym ogon mentorki muskający jej grzbiet.
— Dziękuję, chociaż przyznaję, że to trudniejsze niż myślałam — zaśmiała się cicho.
— Nabierzesz wprawy. Jesteś bardzo utalentowaną kotką — wymruczała ciepło Kropiatkowa Skórka.
— Będziesz ze mnie dumna, obiecuję! — miauknęła Uroda, lekko się rumieniąc na pochwałę mentorki.
— Spróbujesz jeszcze raz? — spytała Kropiatka.
— Pewnie! — wymruczała Szafirka. Chwilę później wbijała już pazury w korę drzewa i zaczęła się wspinać. Ćwiczyły tak jeszcze przez długi czas. W końcu Kropiatkowa Skórka zarządziła powrót do obozu.
— Świetnie ci poszło. Jak wrócimy do obozu to zjedz porządny posiłek. Zasłużyłaś na to — wymruczała Kropiatka. Szylkretce oczka zabłysły.
— Oczywiście! Mam wrażenie, że zjadłabym ławicę ryb, gdybym mogła — zażartowała. Kropiatka roześmiała się i obie kotki ruszyły w stronę domu. Droga im minęła na rozmowie i wygłupach Szafirki. W końcu dotarły do obozu, a gdy przekroczyły wejście, zatrzymały się tak, by nie przeszkadzać innym.
— Był to wyczerpujący dzień, więc jutro masz wolne od szkolenia. Odpocznij sobie i poświęć czas sobie — wymruczała Kropiatkowa Skórka.
— Dobrze, bardzo dziękuję Kropiatkowa Skórko. Dobranoc — wymruczała Szafirek.
— Ja również dziękuję za dziś Urodziwa Łapo, spokojnych snów — odparła mentorka. Kotki rozeszły się. Szylkretowa uczennica podeszła do miejsca ze zwierzyną. Wzięła dwie myszy ze sobą. Jedna dla niej, a druga dla Liliowej Łapy. Miała nadzieję ją spotkać w legowisku uczniów. Skierowała się do miejsca odpoczynkowego, chcąc odpocząć w miłym towarzystwie po ciężkim dniu. Jednak gdy tylko weszła do legowiska, zastała przyjaciółkę w złym stanie. Podeszła do niej.
— Hej, Liliowa Łapo. Czy coś się stało? Jesteś głodna? Mam też coś dla ciebie — młodsza kiwnęła głową, a Szafirek usiadła obok niej.
— Cóż, dowiedziałam się, że moja matka nie żyje i byłam nieświadomie świadkiem jej śmierci — wyjaśniła cicho Liliowa Łapa. Uroda nieco spochmurniała.
— Liliowa Łapo, tak mi przykro z tego powodu — zaczęła cicho. Raczej marna była z niej pociecha w takich sprawach, bo nigdy nie wiedziała co powiedzieć. Przytuliła się do boku przyjaciółki i owinęła ją swoim przyozdobionym ogonem. Liznęła ją delikatnie w policzek.
— Wiem, że to ciężkie, ale tam, gdzie trafiła na pewno jest jej lepiej. Wiem, że się spotkacie, gdy przyjdzie czas, a na razie będzie cię obserwować z góry i cieszyć z każdego twojego sukcesu — miauknęła Urodziwa Łapa. Podsunęła jej zwierzątko. Spędziła z nią naprawdę sporo czasu, a końcowo zasnęły wtulone w siebie.

Aktualnie

Urodziwa Łapa wróciła niedawno z ostatniego treningu z zastępczym mentorem. Morszczynowy Wąs postanowił pogadać z Kropiatkową Skórką, więc Szafirek nie miała nic do roboty. Odszukała wzrokiem jakiegoś znanego futra, by zabić czas. W pewnej chwili dostrzegła sierść Liliowej Łapy, choć teraz już Liliowej Pieśni.
— Liliowa Pieśnio! — ruszyła do niej w podskokach. Zatrzymała się przy kotce i otarła o jej bok.
— Jeszcze raz ci gratuluję awansu na wojowniczkę, zasłużyłaś na to — wymruczała wyraźnie szczęśliwa. Liliowa Pieśń zamruczała cicho.
— Jestem pewna, że niedługo do mnie dołączysz — zapewniła Szafirkę. Niebieskie oczka uczennicy zabłysły.
— Na pewno, może lada moment i znów będziemy cieszyć się wspólnym legowiskiem — miauknęła z entuzjazmem starsza. Czekała na ten moment i już snuła teorię, jakie imię dostanie. Było ono raczej oczywiste, a przez to jeszcze bardziej wyczekiwane.
— Lilio? Masz może chwilkę? Chciałabym z tobą o czymś pogadać — wymruczała szylkretka.
— Oczywiście — odparła pogodnie wojowniczka. Urodziwa Łapa poprowadziła je na bok, gdzie usiadła. Owinęła łapy ogonem i spojrzała Lilii w oczy.
— Wiesz? Podoba mi się Przypalona Łapa, no teraz już Przypalony Kasztan i ostatnio byliśmy na spacerze — zaczęła szylkretka. Jej głos tym razem był spokojniejszy.
— Naprawdę? — odezwała się młodsza, a Szafirek kiwnęła łebkiem.
— Tak, a, jak wiesz już za kociaka przebywaliśmy sporo czasu razem. Chciałabym mu coś podarować, ale zastanawiam się, co byłoby najlepsze. Musi to być coś godnego dla niego, bo wiesz Przypalony Kasztan to dla mnie prawdziwy książę, ale nie mów tego nikomu, bo mi sierść wyskubią i będę w połowie łysa — miauknęła ciszej, a następnie zaśmiała się krótko.

<Liliowa Pieśnio? Co mogę mu dać?>

[1391 słów+nauka wspinaczki na drzewa]

[28% + 5%]

19 maja 2026

Od Urodziwej Łapy CD. Rogatej Łapy

Szylkretka polizała Przypaloną Łapę na pożegnanie i obiecała mu, że jak wróci, pogadają ze sobą. Chwilę później została sama, ale nie na długo, bo zaraz przypałętał się ten glonojad zwany Rogatą Łapą. Urodziwa Łapa przeniosła na niego niebieskie spojrzenie. W przeciwieństwie do udawanej obojętności kocura uczennica nie ukrywała swojej niechęci względem tego kota.
— A ty? Zmądrzałeś? Bo wiesz, takie pytania zawsze działają w dwie strony — odparła ze spokojem w głosie. Jeśli kocur myślał, że to ją zdenerwuje, bardzo mocno się mylił. Właściwie to pytanie ją rozbawiło, ale próbowała udawać poważną, skoro rozmawiała z księciem zrzędą. Przyszłe imię kocura powinno być Rogata Zrzęda lub Zrzędzący Róg. Po czym podniosła się, a następnie wyciągnęła zupełnie nieprzejęta jego pytaniem. Rogata Łapa nie zwlekał z odpowiedzią, prawie że wbijając się szylkretce w zdanie.
— Ja jestem już wystarczająco doedukowany, przynajmniej z pewnością bardziej od ciebie, skoro nie potrafisz zrozumieć, że u nas, w Klanie Nocy, panują takie zasady, a nie inne — odparł, mrużąc oczy i strzepując jednokrotnie uchem z niezadowoleniem.
— Ale tak, nabyłam doświadczenia, jeśli ci o naukę chodzi — odparła rezolutnie. Doskonale wiedziała, o co dokładniej pytał pajęczynowy móżdżek, ale nie chciało jej się marnować słów na bezwartościową odpowiedź. Poza tym prawdopodobnie kocur liczył na odpowiedź adekwatną do pytania, jego niedoczekanie. Nie zamierzała grać, jak ten jej zagrywał. Miała własną wolę, zasady i sposób na życie. Nie będzie tego zmieniać, bo komuś się to nie podobało. Nie wszyscy musieli ją lubić, a ona nie musiała darzyć przyjaźnią wszystkich. Wystarczył względny szacunek do starszych, ale w momencie, gdyby ktoś z nich zaczął obrażać czekoladowego kota, zmieniłaby swoje nastawienie. Absolutnie nie zamierzała stać bezczynnie i obserwować jak inni dręczą kogokolwiek ze względu na kolor futra. Każdy kot miał prawo żyć i być darzony szacunkiem. Niezależnie od tego, czy był z tej zakichanej rodziny królewskie, zwykłej, albo miał czekoladową sierść. Wszyscy powinni być traktowani równo i sprawiedliwie. Powinni ponosić konsekwencje swoich czynów, ale tylko tych naprawdę popełnionych. Powodem kar nie powinno być pochodzenie i czyny rodziców albo czy ktoś był czekotem tylko to, co ktoś zrobił i jak bardzo czyste miał serce.
— Nie wystarczy tylko sucha teoria. Praktyka jest dużo ważniejsza, wtedy przynajmniej pokazuje się reszcie klanu, że nie jest się jakimś wadliwym — odparł, mierząc ją dalej wzrokiem.
— Ale wiesz co, Rogaczku? — zaczęła, a przez jej pyszczek przemknęło rozbawienie. Zaczęła delikatnie okrążać kocura, co jakiś czas ocierając się o niego lub smagając ogonem po nosie.
— Jesteś taki piękny, a te oczy? Na Klan Gwiazdy! Chyba przodkowie włożyli w to sporo gwiazd — zaczęła przesłodzonym głosem. W jej niebieski spojrzeniu dało się dostrzec iskierki rozbawienia.
— A te pazurki? — wymruczała, pochylając łebek w stronę jego łap i lekko tykając jedną z nich noskiem.
— Coś wspaniałego — komplementowała go dalej. Skoro chciał być chwalony i podziwiany, mogła mu dać taki moment. Ten jedne raz.
— Takie zadbane i czyste futerko, jak ty to robisz drogi książę? —** ostatnie dwa słowa specjalnie podkreśliła. Wiadomo dla wydźwięku, choć wcale nieszczerego. Zatrzymała się przy jego ogonie lekko go pacając łapką.
— Ogon taki wyjątkowy, że nic tylko zazdrościć — wymruczała zbyt słodko. Mimo że nie lubiła tego kocura, świetnie się bawiła. W końcu okrążyła go chyba już po raz dziesiąty i stanęła bliżej jego dodatków.
— Te dodatki tak bardzo do ciebie pasują. Oddają twoje piękne wnętrze czyż nie? — mruknęła, muskając ozdóbki noskiem.
— Nie chcę, żeby pobratymcy pomyśleli, że za sobą przepadamy, to by mi zepsuło tylko dobre zdanie o mnie. Odsuń się — syknął z poirytowaniem, po czym wyciągnął w jej kierunku łapę, żeby ją niby trochę odsunąć od siebie.
— Jeszcze ktoś pomyśli, że szukasz mojej uwagi bardziej niż to wskazane — dodał po chwili.
— Dobrze jednak, że dostrzegasz tak istotne rzeczy, może jeszcze coś z ciebie będzie — odparł, po czym zaczął czyścić sobie łapę i przy okazji ucho, udając znudzenie.
— Zastanowię się, czy ci wybaczę. To jeszcze za mało na zyskanie mojego uznania — dopowiedział jeszcze, ale szylkretka jedynie przewróciła oczami. Nie szukała uznania kogoś takiego jak ten futrzak.
— Gdyby jeszcze mnie to obchodziło — wymamrotała do siebie z niechęcią kierowaną w stronę ucznia. Zaraz jednak skupiła się na tym, do czego zmierzała przez cały czas.
— A cały efekt psuje twoje nienawistne serduszko — wyszeptała mu na uszko, a następnie stanęła prosto przed nim. Wpatrywała się w jego oczy tymi swoimi przypominającymi kwiaty szafirków.
— Postępuję właściwie. Moje serce jest najczystsze ze wszystkich — odparł bez wahania, kładąc łapę na piersi, jakby był tego śmiertelnie pewny i jakby chciał jej je wręcz pokazać. Urodziwa Łapa tylko prychnęła rozbawiona z jego słów.
— Gdybyś nie był takim narcystycznym i nadętym księciuniem to może, ale tylko może bym na ciebie poleciała — dodała cicho, ale zaraz się roześmiała. Odsunęła się od niego na odległość mysiego ogona.
— Żartuję, nie chciałabym z tobą być — dodała na koniec. Posłała mu czarujący uśmieszek i odwróciła do niego tyłem, ostatni raz smagając jego pysk ogonem przyozdobionym kwiatami szafirków.
— Oczywiście, że byś poleciała — dorzucił jeszcze.
— Zgrywasz taką, ale doskonale wiem, że ci się podobam — dodał na koniec. Szylkretka zaśmiała się rozbawiona jego słowami. W życiu nie mogłaby pokochać kogoś tak zacofanego, jak ten kocur. Zresztą nie był w jej guście.
— Jest ktoś od ciebie lepszy i bardziej szlachetny, choć księciem nie jest. Ma coś, czego ty nie masz. Dobre serce i duszę — miauknęła poważnie, ignorując reakcję glonojada. Tak, Przypalona Łapa był prawdziwym księciem. Dla koteczki tę nazwę powinien dzierżyć ktoś szlachetny, a nie kot o wypranym umyśle i bezwolnym poddawaniu się temu, co mówiły zakłamane pyski. Niestety jej ojciec i brat nie byli wyjątkami. Kochała ich, ale z każdym kolejnym dniem odsuwała się od nich coraz bardziej. Wiedziała to doskonale, a mimo tych nieprzyjemnych odczuć nie zamierzała zmieniać swojej moralności. Każdy zasługiwał na szacunek. Po czym skierowała się w tylko sobie znanym kierunku.
— I dla ciebie jestem Pan Książę Rogata Łapa! Nie pozwalaj sobie na za wiele — krzyknął jeszcze za nią, jego końcówka ogona biła niespokojnie o ziemię.
— Zapomnij panie gloniku, że tak będę się do ciebie zwracać — rzuciła, a następnie zniknęłą z pola widzenia kocura.

<Rogata Łapo? Glonojadzi pysku czy czujesz się teraz spełniony?>

[980 słów]

[20%]

03 maja 2026

Od Urodziwej Łapy CD. Przypalonej Łapy

Szafirka przeniosła wzrok na kocura i wyszczerzyła uroczo kiełki.
— Dziękuję, chociaż przyznaję, że oryginalny Kasztanek jest najlepszy — wymruczała ciepło. Będąc zupełnie szczerą, nie wyobrażała sobie spędzać tak wiele czasu z kimś innym niż właśnie z Przypaloną Łapą. W jakiś sposób kocur przykuwał jej uwagę bardziej niż ktokolwiek inny. Być może po prostu czuła się dobrze w towarzystwie kogoś, kto tak jak ona nie gardził innymi. Kochała swojego ojca i brata, ale tak naprawdę mieli sprzeczne zdania. Często zdarzało jej się pokłócić, z którymś z nich tylko dlatego, że stawała w obronie kotów o czekoladowym kolorze futra. Dla niej wszystkie koty zasługiwały na równe traktowanie, chyba że były mordercami i innymi szkodzącymi reszcie jednostkami. Wtedy sytuacja była zupełnie odmienna.
— To co? Spróbujesz narysować? Jestem pewna, że wyjdzie ci wspaniale — wymruczała zachęcająco. Jej łapa wciąż znajdowała się na tej należącej do kocura. Nie przeszkadzała jej ta bliskość, a wręcz przeciwnie. Czerpała z tego przyjemność. Zawsze lubiła czułości, może nawet bardziej niż słowa, bo w gestach dało się wyrazić więcej niż w mowie. Przynajmniej tak sądziła Urodziwa Łapa. Przeniosła niebieskie spojrzenie na podłoże pod nimi. Obserwowała w ciszy, jak Kasztanek zaczął kreślić kształty pazurkiem. Szylkretka uśmiechała się, widząc, jak bardzo kocur się skupiał na pracy. Jego ruchy były wyważone i przemyślane. Krótko potem obok namalowanego wizerunku Przypalonej Łapy, pojawił się kształt Szafirki.
— Pięknie ci wyszło. Widzisz? Mówiłam, że sobie świetnie poradzisz — wymruczała dumna z kocura. Po czym dorysowała serduszko z podpisem mówiącym o ich przyjaźni.
— Teraz wygląda perfekcyjnie, nie sądzisz? — miauknęła zadowolona.
— Tak — odparł Kasztanek. Niebieska musnęła jego bok ogonem.

***

Urodziwa Łapa niedawno wróciła z treningu. Od razu odszukała wzrokiem Przypaloną Łapę. Porwała ze stosu dwa stworzonka w pyszczek i pognała do starszego ucznia.
— Cześć, Kasztanku! — wymruczała, zatrzymując się idealnie przy nim. Wyszczerzyła kiełki. Położyła małe istotki przy swoich łapkach.
— Jadłeś już? — spytała z cichą nadzieją w głosie. Liczyła, że ciemny kocur nadal był przed posiłkiem.
— Hej, Szafirko. N..nie jadłem — odpowiedział cicho. Szylkretka uśmiechnęła się szerzej.
— W takim razie chętnie zjem z tobą — podsunęła kocurowi jedno ze stworzonek.
— Wybacz, że to nie jest ryba, ale bałam się, że przez przypadek ugryzę i nabawię się problemów — wymruczała ze spokojem w głosie. Jej uczulenie było utrapieniem. Szczególnie w miejscu, gdzie ryby były podstawą żywienia. Jednak nic nie mogła na to poradzić. Tak miała i już. Usiadła obok kocurka, ocierając się o niego bokiem. Bezwiednie otuliła go ogonem.
— Smacznego Kasztanku — wymruczała łagodnie. Schyliła łebek i ugryzła kęs zwierzyny.
— To jak tam u ciebie dzisiaj? Miałeś trening czy przebywałeś w obozie i tutaj coś robiłeś? A może zdarzyło się coś ciekawego? Och, a chciałbyś się kiedyś udać na krótki spacer? Taki wiesz tylko we dwójkę. Ach, ale to może jak zostaniemy wojownikami. No wiesz, mielibyśmy więcej swobody i w ogóle — miauknęła ożywiona, ale zaraz odkaszlnęła.
— Wybacz, dzisiaj jestem jakaś taka pobudzona — zaśmiała się i odgryzła kolejny kęs, chwilowo się uciszając w ten sposób.

<Przypalona Łapo? Piszesz się na wspólny spacer?>

[476 słów]

[10%]

11 kwietnia 2026

Od Urodziwej Łapy

Urodziwa Łapa leżała na swoim posłaniu i gawędziła z siostrą o mentorach. Obie kotki były zadowolone ze swoich.
— Urodziwa Łapo! Jesteś tu? — spytała Kropiatkowa Skórka. Szylkretka podniosła się i skierowała pysk w stronę wejścia.
— Tak, Kropiatkowa Skórko. Idę! — miauknęła w odpowiedzi mentorce. Przeniosła wzrok na Lawendową Łapę i posłała jej uśmiech.
— To zobaczymy się później! — wymruczała do siostry.
— Do zobaczenia Urodziwa Łapo i miłego treningu — odpowiedziała jej ciepło Lawenda.
— Dzięki! — Rzuciła jeszcze niebieskooka i czmychnęła z legowiska uczniów. Stanęła przed mentorką i posłała jej zadowolony uśmiech.
— Co dziś będziemy robić Kropiatkowa Skórko? — spytała mniejsza. Kropiatka odwzajemniła uśmiech i wskazała łebkiem w stronę, w którą miały pójść.
— Umiesz łowić ryby, więc dziś nauczymy się pływać. Skorzystamy z tego, że nie ma jeszcze śniegu. Jednak potem będzie trzeba się wysuszyć. Także pomożemy sobie nawzajem — odparła łagodnie starsza kocica.
— Pewnie — miauknęła w odpowiedzi szylkretowa uczennica. Jej ozdóbki były dobrze zawinięte w dłuższym futrze na łapkach, więc nie musiała się obawiać, że je zgubi. Ruszyła u boku ciemnej wojowniczki, podskakując co chwila przy jej boku. Po jakiś kilkunastu uderzeniach serca dotarły do celu podróży.
— Zaczniemy od płytkiego miejsca — zaczęła Kropiatkowa Skórka. Urodziwa Łapa przeniosła na nią wzrok. Obserwowała, jak mentorka wchodzi do wody nie dalej jak blisko brzegu.
— Śmiało, Urodziwa Łapo. Poradzisz sobie — wymruczała Kropiatka. Szylkretka skinęła kosmatym łebkiem.
— Dobrze — odpowiedziała ze spokojem. Niebieskooka uczennica zbliżyła się do wody.
— Powoli, bez pośpiechu. Mamy czas — miauknęła jej mentorka. Szafirka kiwnęła lekko łebkiem. Postawiła pierwszą łapę w wodzie. W ślad za nią poszła druga i kolejna, aż w końcu koteczka stała w wodzie. Czuła chłód otulający jej ciało. Nie było to z początku zbyt przyjemne, ale w końcu przywykła do temperatury wody. Stała w miejscu, aż w końcu postąpiła kilka kolejnych kroków w stronę mentorki.
— Dobrze, bardzo dobrze Urodziwa Łapo — pochwaliła ją ciemna wojowniczka.
— Dziękuję — wymruczała kotka. Kropiatka odwróciła się do niej bardziej.
— Urodziwa Łapo, posłuchaj. Nie możesz walczyć z wodą, bo nic z tego nie wyjdzie. Spójrz na moje łapy — miauknęła Kropiatkowa Skórka. Jasna uczennica spuściła niebieskie oczy i przyjrzała się ruchom łap starszej kocicy. Pokiwała leciutko łebkiem.
— Chyba łapię — wymruczała w końcu. Po czym sama spróbowała. Poruszała rytmicznie łapami. Najpierw bliżej brzegu, a potem nieco dalej i dalej. W końcu dotarła do swojej mentorki. W międzyczasie Kropiatkowa Skórka powiedziała jej o zastosowaniu ogona jako steru, a następnie jej to pokazała. Ćwiczyły tak długo, dopóki Szafirka nie opanowała tej sztuki. Kiedy wyszły na brzeg i starannie się wysuszyły, współpracując ze sobą.
— Wspaniale Urodziwa Łapo, wracajmy. Zasłużyłaś na odpoczynek i coś dobrego do zjedzenia — wymruczała kocica.
— Dziękuję za świetny pokaz tej sztuki — odparła ciepło Urodziwa Łapa. Chwilę później obie kotki wróciły do obozu. Całą drogę spędziły na rozmowie.
— Dobranoc Urodziwa Łapo — miauknęła ciemna wojowniczka.
— Dobranoc Kropiatkowa Skórko — odpowiedziała ciepło Szafirka. Wzięła coś do przekąszenia. Zjadła, a następnie czmychnęła do legowiska uczniów. Położyła się na posłaniu i zasnęła.

[471 słów + nauka pływania]

[9% + 5%]

27 marca 2026

Od Urodziwej Łapy do Szkwalnej Łapy

Szylkretka leżała obok Lawendowej Łapy. Rozmawiały ze sobą, dopóki jej siostra nie została zawołana przez swojego mentora. Niebieskooka usiadła i doprowadziła sierść do porządku. Zamierzała poszukać później Kropiatkowej Skórki i spytać się, czy starsza nie mogłaby jej wziąć ze sobą na jakiś patrol łowiecki lub graniczny. Była tak pochłonięta myślami, że nie zauważyła, jak Szkwalna Łapa przyglądał jej się, a gdy tylko miała wstać i wyjść, brat podszedł do niej dość niepewnie.
— Witaj Urodziwa Łapo, chcesz może wspólnie spędzić czas na łowieniu ryb lub na czymś innym? — spytał ją niebieski. Spojrzała na brata i lekko się skrzywiła.
— Nie spodziewałam się ciebie po ostatnim zgromadzeniu — mruknęła. Doskonale pamiętała, co niebieski jej powiedział i nie podobało jej się żadne z jego słów. Do tego wszystkiego źle wpłynął na Kasztanka, którego musiała uspokoić. Nie chciała, by cokolwiek stało się dymnemu uczniowi.
— Emm...no bo ja… — uczeń ledwo umiał z siebie wydusić to, co miał na myśli.
— Chciałbym z tobą spędzić czas, wiesz? Jesteś w końcu moją młodszą siostrą — sprecyzował w końcu cel swojej obecności. Szafirek spojrzała na niego z uwagą. Nie była pewna, co powinna o tym sądzić. W końcu kocurek nie chciał z nią przebywać. Jednak teraz wyglądał na zdeterminowanego. Poruszyła wibrysami i westchnęła.
— Niech będzie, możemy coś razem porobić, ale pod jednym warunkiem — mruknęła bardzo poważnie. Kocur spojrzał na nią niebieskimi ślipkami.
— Chodzi ci o przeprosiny? Bo wiesz, po to podszedłem do ciebie — przez chwilę milczał wyraźnie zakłopotany.
— Bo chciałem cię przeprosić za poprzednie zgromadzenie i to, co powiedziałem na nim, było nieprawdą. Naprawdę lubię spędzać z tobą i Przypaloną Łapą czas i nie chciałem nigdy, by z mojego pyska wyszło co innego. Może też za bardzo mnie poniosło i gdybym postąpił inaczej i bym się zastanowił nad tym, co powiedzieć wcześniej, to nie zraniłbym cię i Kasztana — rzekł w końcu. Przechyliła nieco łebek. Nie do końca miała to na myśli, ale w sumie przeprosiny też były dobrym początkiem.
— Myślę, że trochę ciebie poniosło. Jednak ja również nie byłam chyba zbyt miła. Właściwie pokłóciliśmy się o temat, który nie powinien być tak burzliwy. Nie dotyczy nas to tak do końca, bo oboje nie jesteśmy czekoladowymi — miauknęła spokojnie.
— Również przepraszam. Nie lubię się kłócić — miauknęła i otarła się o brata. Kocurek tylko mruknął.
— Też ci wybaczam, na następnym zgromadzeniu powinniśmy być poważniejsi — zażartował.
— Tak, powinniśmy — wymruczała ciepło. Jej niebieskie oczy lśniły rozbawieniem, ale i miłością, jaką obdarzała brata i siostrę.
— Myślę, że nie powinniśmy rozmawiać o czekoladowych kotach — zasugerowała spokojnie. Skoro ten temat był tym, co ich skłóciło, to powinni tego unikać.
— A skoro już sobie wybaczyliśmy, to jak tam ci idą treningi? Bo ja czuję, że chyba większość rzeczy już umiem i czuję się z tym świetnie — napuszył się dumnie, gdy to mówił. Zaśmiała się cicho na jego komentarz.
— Nim się obejrzysz, będziesz wojownikiem — wymruczała.
— Mi chyba też nie idzie najgorzej, ale trochę mi jeszcze zostało — mruknęła i westchnęła.
— Szybko nadrobisz! Kropiatkowa Skórka pewnie jest dobrą mentorką, nie żebym marudził na mojego, ale Mewi Puch się czasem zachowuje, jakby znalazł test wojownika w rybie z ośćmi. Nie wiem, kto go przepuścił, bo wiem, że Mandarynkowa Gwiazda ma do niego mieszane uczucie. Pomimo tego nie jest źle na naszych treningach — odpowiedział Szkwalna Łapa. Pokiwała lekko łebkiem. Na słowa brata się zaśmiała.
— Tak, bardzo ją lubię — wymruczała.
— To musisz mieć ciekawie — dodała po chwili ze śmiechem na żart brata.
— Chodź, trzeba trochę porozrabiać, znaczy nabyć doświadczeń — miauknęła i kiwnęła łebkiem w stronę wyjścia. Podniosła się i ruszyła przed siebie.

<Braciszku? Porozrabiamy?>
[576 słowa]

[12%]

26 marca 2026

Od Urodziwej Łapy do Przypalonej Łapy

Urodziwa Łapa spała w najlepsze. Właśnie miała przewrócić się na drugi bok, kiedy poczuła lekkie szturchnięcie w bok. Uchyliła niebieskie oczka i uniosła wzrok.
— Kropiatkowa Skórko? — mruknęła cicho, jakby nie do końca spodziewając się ujrzeć pomarańczowooką, a przecież powinna się tego spodziewać. W końcu dzisiaj miały pójść na trening, a chyba zdarzyło jej się zaspać.
— Witaj Urodziwa Łapo, nie było cię w umówionym miejscu, więc postanowiłam przyjść do ciebie. Wszystko dobrze? — spytała łagodnie jej mentorka. Szafirek pokiwała łebkiem.
— Tak, wszystko dobrze. Przepraszam, że zaspałam — miauknęła ze skruchą szylkretka. Usiadła na posłaniu i szybko doprowadziła się do porządku. Zmrużyła lekko oczka, widząc jak sierść na dolnych partiach łapek stawała się coraz dłuższa. Była z tego dumna, ale domyślała się, że sporo trawy czy innych rzeczy bardzo chętnie się w nią wplącze.
— Cieszę się, że wszystko dobrze. Nic się nie stało, ale proszę, następnym razem postaraj się być bardziej punktualna — odpowiedziała ze spokojem ciemna kotka. Urodziwa Łapa pokiwała łebkiem.
— Obiecuję! — wymruczała. Kropiatkowa Skórka skinęła łebkiem, a następnie obie kocice opuściły legowisko uczniów.
— Tak jak mówiłam, dzisiaj nauczymy się łowić ryby. Skorzystamy z tego, że nie ma jeszcze chłodniejszej pory — zaczęła ze spokojem Kropiatka. Szafirek pokiwała energicznie łebkiem. Pamiętała, że już trochę ćwiczyła z Kasztankiem, ale nie przeszkadzało jej, by pójść po raz drugi. Niestety już wtedy zauważyła, że nie mogła jeść ryb. Ubolewała nad tym, bo sporo kotów zachwalało te stworki. Jednak wolała żyć, a nie umrzeć po zjedzeniu ostatniego posiłku jakim, by była owa śliska zwierzyna.
— Dobrze, ćwiczenia czynią mistrzem w dziedzinie — odpowiedziała, odganiając smutki na bok.

***

Kiedy dotarły do zbiornika wodnego, Kropiatka zatrzymała je obie w odległości. Usiadła na ziemi i poleciła to samo niebieskiej. Szafirek wykonała jej polecenie i z uwagą spojrzała w pyszczek kotki.
— Dobrze Urodziwa Łapo, posłuchaj mnie najpierw. Potem poćwiczysz dobrze? — spytała mentorka.
— Dobrze Kropiatkowa Skórko — wymruczała uczennica. Owinęła łapy ogonem i spoglądała w pomarańczowe ślipka starszej kocicy.
— Zacznę od tego, że podczas łowienia ryb musisz uważać na swój cień. Zatem podchodzisz do wody lub na kamień w taki sposób, by nie rzucić swojej sylwetki na ryby, bo może je to spłoszyć — zaczęła ciemniejsza kotka. Szafirek skinęła lekko łebkiem.
— Nie rzucać cienia — powtórzyła cicho, jakby chciała sobie ułożyć kolejność w głowie.
— Dokładnie. Mam nadzieję, że potrafisz wykazać się cierpliwością, bo wytrawny łowca musi mieć tę cechę. Masz ją prawda? — rzekła wojowniczka.
— Chyba tak, a jeśli nie to nabędę tę umiejętność — zapewniła Szafirek. Kropiatka skinęła łebkiem.
— W porządku. Zatem jak już staniesz w odpowiednim miejscu, musisz pozostać w bezruchu. Oczywiście zwracasz uwagę czy nie ma też jakichś drapieżników. Nie zgrywaj bohaterki i jeśli widzisz jakiekolwiek zagrożenie, wycofujesz się. Nie walczysz sama, tylko informujesz kogoś, rozumiesz? — głos pręgowanej był poważny i stanowczy. Szafirek spoglądała na nią przez chwilę.
— Przyjęłam do wiadomości — mruknęła w odpowiedzi, chociaż nie była pewna czy faktycznie zawsze się dostosuje pod tą przestrogę. W końcu Szafirek lubiła kombinować i pokazywać innym jak bardzo odważna i lekkomyślna zarazem potrafiła być.
— No dobrze — mruknęła Kropiatka, chociaż nie wyglądała na przekonaną.
— Wracając do głównego tematu dzisiejszego szkolenia, kiedy ryba podpłynie na tyle blisko, wykonujesz szybkie uderzenie łapą i wyciągasz stworzonko na brzeg. Musisz być bardzo szybka, bo ryby mają to do siebie, że bywają naprawdę szybkie i zwrotne. Idąc tym tropem, musisz błyskawicznie zabić rybę, by ci nie uciekła do rzeki — dokończyła Kropiatka. Szafirek westchnęła cichutko i uniosła niebieskie spojrzenie prosto na pyszczek mentorki.
— Urodziwa Łapo czy możesz powtórzyć to, co mówiłam? Nie musi być słowo w słowo. Wystarczy jak powiesz to, co zapamiętałaś — miauknęła pomarańczowooka kotka.
— Oczywiście. Po pierwsze trzeba uważać na to, by nie rzucać cienia na taflę wody, bo w przeciwnym razie ryby się spłoszą. Po drugie trzeba być cierpliwym i stać w bezruchu. Po trzecie, kiedy ryba będzie na tyle blisko trzeba błyskawicznie uderzyć łapą i wyrzucić stworzonko na brzeg. Po czwarte należy je od razu zabić, by nie uciekło do wody — odpowiedziała i dumnie wypięła pierś do przodu. Kropiatka uśmiechnęła się i skinęła łebkiem.
— Bardzo ładnie, gotowa na praktykę? — wymruczała starsza. Szylkretka pokiwała ochoczo łebkiem.
— Jasne! — odpowiedziała podekscytowana, ale zaraz się uspokoiła. Podniosła się i zbliżyła do wody. Zatrzymała się tak jak jej mentorka kazała, uważając, by nie rzucać cienia. Zamarła w bezruchu i śledziła niebieskimi oczkami to, co działo się pod taflą. Nie wiedziała ile tak stała, ale nie odrywała wzroku od powierzchni. Jej ogon lekko kołysał się na boki, ale łapy tkwiły w miejscu jakby wzrosły w ziemię. Po kilku uderzeniach serca w końcu ujrzała lśniące zwierzątko. Zaczekała, aż ryba podpłynie bliżej, a kiedy tak się stało, uderzyła. Jej łapa śmignęła z zawrotną prędkością, wyrzucając szamoczącą się rybę na brzeg. Urodziwa Łapa nie czekała ani chwili dłużej. Od razu zabiła zwierzątko. Chwyciła je w zęby i odwróciła się do Kropiatkowej Skórki z dumą w niebieskich oczach.
— Brawo Urodziwa Łapo, doskonale ci poszło — pochwaliła ją mentorka. Szafirek poruszyła zadowolona wibrysami. Oddaliła się od wody i położyła rybę pod łapami mentorki.
— Dziękuję Kropiatkowa Skórko, twoje instrukcje były naprawdę dokładne — wymruczała zadowolona. Obie kotki spróbowały połowić razem w pewnej odległości od siebie, ale wciąż na tyle blisko, by jedna widziała drugą. Ostatecznie upolowały trzy ryby, przy czym Kropiatka dwie, a Szafirek jedną. Jednak Kropiatka mówiła, że szło jej naprawdę dobrze i następnym razem z pewnością uda jej się złowić więcej. Szafirek przyjęła jej słowa do serduszka. Wzięły swoje zdobycze i skierowały się do obozu.

***

Kiedy Urodziwa Łapa i Kropiatkowa Skórka wróciły do obozu, poszły odłożyć ryby do miejsca gdzie odkładano zwierzynę.
— Dziękuję za dziś Kropiatkowa Skórko. Obiecuję, że jutro będę punktualnie — wymruczała szylkretka. Kropiatka zaśmiała się cicho.
— Trzymam za słowo. Świetnie ci dziś poszło. Odpocznij sobie i może pogadaj z kimś, to dobry sposób na zrelaksowanie — miauknęła mentorka.
— Dobrze! Dobranoc — wymruczała do ciemnej wojowniczki.
— Dobranoc Urodziwa Łapo — pożegnała się Kropiatka i poszła w swoją stronę, a Szafirek w swoją. Niebieska skierowała się do legowiska uczniów. Wiedziała, że zastanie tam kocurka, którego wprost uwielbiała. Pamiętała jak na zgromadzeniu zaczęła naśladować swojego ojca Złocistego Widlika i przyniosło to oczekiwany skutek.
— Kasztanku? Jesteś gdzieś tutaj? — miauknęła ciepło, kiedy weszła do leża. Jej niebieskie oczka rozejrzały się po wnętrzu.
— Tu jestem Szafirko — rozległ się głos dymnego. Serce zabiło jej mocniej, ale zganiła się za to. Podeszła do kocurka i położyła się obok niego. Ich futra się ze sobą zetknęły, ale nie był to raczej widok nadzwyczajny, bo już w żłobku tak leżeli.
— Jak tam dzisiaj Kasztanku? Wszystko dobrze? Nikt ci nie dokuczał? — miauknęła cicho i liznęła go lekko w grzbiet, układając zmierzwioną sierść.
— Co dziś porabiałeś? Ja łowiłam ryby z Kropiatkową Skórką i muszę przyznać, że nie poszło mi tak źle. Złowiłam co prawda tylko jedną rybę, podczas gdy moja mentorka dwie, ale Kropiatka uważa, że poszło mi naprawdę nieźle i następnym razem będę postrachem ryb — miauknęła z lekkim rozbawieniem na końcu. Przylgnęła bliżej do Kasztanka. Rozejrzała się jakby sprawdzając czy jej brat tu był, ale Szkwalnej Łapy nigdzie nie widziała. Może to nawet i lepiej, bo na ostatnim zgromadzeniu niebieski bardzo ładnie jej powiedział, że nie potrzebuje ich towarzystwa. W ogóle strasznie rzucał się i obrażał czekoladowe koty. Ewidentnie ich ojciec przekazał mu swoją niechęć do tego umaszczenia. Urodziwa Łapa kochała kremowego piastuna, ale w kwestii postrzegania czekoladowych kotów potwornie się różnili. Wiedziała, że to nie ulegnie nigdy zmianie, bo dla niej każdy kot bez względu na kolor futra zasługiwał na szacunek, tolerancję i wsparcie. Doszło nawet do tego, że zaczęła myśleć jakby mogła chronić swoje kociaki gdyby jedno z nich było czekoladowe, ale dość szybko odganiała tę myśl. W końcu wciąż była uczennicą i młodą kotką, więc całe życie miała jeszcze przed sobą.

<Przypalona Łapo?>

[1247 słów plus nauka łowienia ryb]

[25% + 5%]