— W rzeczy samej — burknął cicho Mirtowe Lśnienie, lecz nawet ten krótki pomruk zabrzmiał tak, jakby wydarto go spomiędzy cierni zalegających głęboko w gardle. Na moment odwrócił wzrok, pozwalając, by jego ślepia — żółte niczym ostatnie, dogasające promienie słońca tonącego za linią martwego boru — spoczęły na posępnym krajobrazie.
Ostatnie dni ciągnęły się nieznośnie, niczym długie cienie pełznące pomiędzy pniami sosen, które nawet za dnia zdawały się odrzucać od siebie światło. Cisza, jaka zalegała las, była ciszą nienaturalną; nie rozbrzmiewało w niej ćwierkanie ptaków ani szelest drobnych stworzeń ukrywających się pod korzeniami — być może dlatego, że podświadomie sam odciął od siebie większość rzeczywistości.
Mirtowe Lśnienie czuł, jak zmęczenie osiada ciężko na jego barkach. Każdej nocy budził się gwałtownie, z futrem zjeżonym od karku aż po koniec ogona, zawieszony między swoimi pragnieniami, a niemocą, jaka mu towarzyszyła. Dlaczego nie mógł zostać liderem? Dlaczego to Jaskółka ukradła mu tytuł? Przecież według słów Judasza miał być podobno darem zesłanym przez sam Klan Gwiazd. Czy ojciec zapomniał o swoich własnych słowach?
— A ty? Zdaje się, że jeszcze się nie przedstawiłaś.
Kiedy ponownie skierował wzrok ku wojowniczce, przez krótką chwilę ogarnęło go osobliwe uczucie, jakby spoglądał nie na obcą kotkę, lecz na własne odbicie ukazane w tafli wzburzonej wody. Była do niego zadziwiająco podobna. Jej futro płonęło tą samą, intensywną rudością, cętki rozsiane po jej bokach niewiele różniły się od tych, które on sam nosił, a w jej oczach połyskiwał ten sam odcień złamanej żółci. Dopiero po chwili jego spojrzenie zatrzymało się na ogonie wojowniczki. Krótkim, przypominającym kikut.
— Rozżarzona Pieśń.
Mirtowe Lśnienie przyglądał jej się jeszcze przez chwilę w milczeniu, podczas gdy chłód zaczynał powoli wpełzać pomiędzy drzewa. Coś w tej kotce budziło jego niepokój… Może dlatego, że pomimo jej blizn wciąż wydawała się bardziej pewna siebie, niż on sam kiedykolwiek mógłby być?
— Ciekawe imię — odezwał się wreszcie powoli. — Kojarzy mi się z chęcią do walki… jakkolwiek to brzmi.
***
Lśniąca Gwiazda powoli przemieszczał się po obozowisku, a jego spojrzenie przesuwało się po kolejnych grupkach wojowników, którzy rozmawiali cicho między sobą, dzielili się świeżo przyniesioną zdobyczą albo po prostu odpoczywali po patrolach, jakby cały ich świat ograniczał się do tej polany i rytmu, który znali już od księżyców. Życie klanu płynęło w sposób spokojny i uporządkowany, niemal kojący w swojej przewidywalności, a wiatr przeczesywał uschniętą ściółkę obozowiska z tą samą obojętną regularnością, z jaką słońce przesuwało się po niebie, nie zważając na nic, co działo się na ziemi.
Z pozoru wszystko wyglądało tak, jak powinno — koty były na swoich miejscach, rozmowy toczyły się bez przeszkód, a codzienne obowiązki wypełniały przestrzeń obozu znajomym, stabilnym rytmem. Nawet światło, raz jasne i ostre, raz przygaszone przez przepływające chmury, wydawało się podkreślać tę iluzję spokoju, jakby sama natura dbała o to, by nic nie zakłóciło tego obrazu.
Lśniąca Gwiazda lubił ten widok. Nie dlatego, że budził w nim ciepło czy szczególną sympatię wobec kogokolwiek, lecz dlatego, że był uporządkowany, przewidywalny i możliwy do utrzymania w ryzach. Każdy element klanu wydawał się mieć swoje miejsce, a jeśli coś zaczynało się od niego oddalać, wystarczyło niewielkie przesunięcie, by znów wróciło tam, gdzie powinno być.
Od śmierci Tawułowej Bryzy jego obecność w obozowisku zmieniła się tylko na tyle, na ile było to konieczne, by zmiana została zauważona. Poruszał się nieco wolniej, częściej milczał, a jego spojrzenie dłużej zatrzymywało się na rozmowach innych kotów, jakby w tych prostych scenach szukał czegoś, co mogłoby potwierdzić, że wszystko nadal pozostaje pod kontrolą. Czas spędzany z rodziną był teraz bardziej widoczny, bardziej publiczny — jak gdyby chciał pokazać przed wszystkimi, że potrzebuje odpocząć i skupić się na czymś, co “naprawdę ma znaczenie”.
Gdy któryś z wojowników wspominał Tawułę, na jego pysku zawsze pojawiał się wyraz, który mógł zostać odebrany jako smutek. Choć w rzeczywistości był starannie dobranym układem mięśni, powtarzanym wystarczająco często, by wyglądał naturalnie. Wiedział, jak działa pamięć innych — wystarczyło kilka spójnych reakcji, by stworzyć wrażenie emocji, które nigdy nie musiały być prawdziwe.
Nie czuł żalu. Nie czuł winy. Nie czuł też szczególnej satysfakcji.
Śmierć Tawułowej Bryzy była po prostu zakończeniem pewnego problemu, którego konsekwencje wymagały jedynie odrobiny uwagi. Najważniejsze nie było to, co się wydarzyło, lecz to, co zostało po tym wydarzeniu — spojrzenia, półsłówka, zmiany w tonie rozmów, subtelne przesunięcia w zachowaniu wojowników, którzy zaczynali patrzeć na siebie nawzajem z większą ostrożnością.
Lśniąca Gwiazda zatrzymywał wzrok na krótkich momentach, jakby próbował wydobyć z każdej sylwetki coś więcej niż tylko obecność — emocję, intencję, drobne przesunięcie nastroju, które mogło zdradzić więcej niż słowa.
W końcu jego spojrzenie zatrzymało się na jednej sylwetce.
Kotka o jasnym, rudym futrze poruszała się samotnie w kierunku legowiska wojowników, a jej kroki były spokojne i pewne, pozbawione pośpiechu czy wahania. Jej wzrok skierowany był gdzieś przed siebie, w dal, jakby obozowisko było jedynie przejściowym fragmentem większej drogi, którą znała tylko ona sama. Grzywka poruszała się lekko pod wpływem bryzy, nadając jej sylwetce coś niemal spokojnie odrębnego od reszty klanu.
To wystarczyło.
Nie dlatego, że była szczególnie ważna sama w sobie, lecz dlatego, że była dostępna — możliwa do podejścia, do obserwacji z bliska, do przetestowania reakcji.
Lśniąca Gwiazda zmienił kierunek bez widocznego wahania, ruszając w jej stronę spokojnym krokiem, w którym nie było ani pośpiechu, ani przypadkowości. Każdy ruch pozostawał wyważony, jakby nawet sposób stawiania łap był częścią większego, starannie utrzymywanego obrazu.
Zbliżał się, już układając w myślach ton głosu, wyraz pyska i odpowiednią dawkę zmęczenia, które miało sprawić, że jego obecność wyda się naturalna, a nie obliczona.
I tylko przez moment jego spojrzenie zatrzymało się na jej sylwetce odrobinę dłużej, zanim zmniejszył dystans i pozwolił, by rozmowa zaczęła się tak, jak wszystkie inne — od pozornie przypadkowego spotkania, które nigdy nie było przypadkowe.
— Och, Rozżarzona Pieśni… Dobrze cię widzieć. Dawno nie rozmawialiśmy, hm? — uśmiechnął się lekko, obdarzając wojowniczkę miękkim, lecz wyraźnie melancholijnym tonem. — Co u ciebie?
<Żar?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz