— Zanim się obejrzysz, to za niedługo nawet — nie zamierzał się obijać, wolał bardziej się wysilić na treningach niż przeciętny uczeń, a potem dostać rangę wojownika i odblokować wiele swobód jako nagrodę, że wcześniej będzie się mianować.
— Cętkowany Tęgosz brzmi dobrze, choć to zależy od samej przywódczyni jak mnie nazwie, na pewno ciekawymi imionami, które mógłbym nosić to Cętkowany Cień albo Południowa Zjawa — odparł rudzielec, sądząc, że to dobrze brzmi.
Księżycek uśmiechnął się lekko.
— Dla mnie nadal będziesz Tęgoszem, przyjacielu — uśmiechnął się bieluch. — Chociaż Południowa Zjawa też brzmi nieźle. Wierzę, że Zalotna Gwiazda wybierze ci odpowiednie imię — dodał.
— Dzięki, gdy tylko usłyszę moje nowe imię, to na pewno będę wiedział, że moja rodzina będzie ze mnie dumna — gdy szybciej zostanie mianowany, na pewno jego rodzina będzie zadowolona, raczej nikt nie lubił w tym klanie kotów, które przeciągały niepotrzebnie swój trening, zwłaszcza do takiego wieku gdzie lider powinien ich wykopać daleko poza tereny Klanu Wilka.
— Wiesz, czemu pomyślałem o członie "Południe"? Moja matka miała tak na imię, właściwie prawie, bo nazywała się Południca, ale nigdy jej nie poznałem, bo zmarła, gdy od razu się urodziłem. Wiem, tyle że była ruda jak ja. Silna i ładna. Szkoda, że jej nie poznałem. Nawet gdy o niej myślę, to mam tylko wyobrażenie tego, co mówił mi ojciec, nigdy tego, co mógłbym zobaczyć, gdyby żyła. Przynajmniej jednak wiem, że jest w Mrocznej Puszczy i kiedyś ją tam spotkam — zawsze wyobrażał sobie, co było, gdyby żyła, ale raczej ot tak nie wstanie z martwych i nie wróci do niego i ojca.
— Za to mroczni przodkowie w zamian dali mi wspaniałego ojca, moje ciocie, Ognikową Słotę i Nadciągający Pomrok. Jeszcze Zalotną Gwiazdę jako babcię, każdego dnia dziękuję moim przodkom, że dali mi takie życie i klan gdzie żyje. Powiedz mi Księżycu, jak ty czujesz się bez ojca?
— Z pewnością będzie! I ja również będę z ciebie dumny, Tęgoszyku — Rozbity Księżyc się odezwał krótko z promiennym uśmiechem na pyszczku. Zastrzygł też lekko uchem i uniósł brwi, gdy usłyszał o jego matce.
— Zmarła, gdy ty przyszedłeś na świat? Musiała mieć ciężki poród... — westchnął cicho starszy, a jego buźka wykrzywiła się w smutnym grymasie. — Czyżbyś był jak twoja matka? Rudy, silny i całkiem przystojny — zaśmiał się, bieluch. — Brzmisz jak jej kopia, Rudzielcu — dodał, liżąc się po łapce. — Hmm, a ty znowu o Mrocznej Puszczy... Też w nią wierzę, ale czy naprawdę musimy to mówić na każdym kroku? — szepnął syn Jaskółczego Ziela, wzdychając trochę jakby cierpiętniczo. Jak Księżyc nie mógł rozumieć, że o Mrocznej Puszczy można zawsze rozmawiać? Był to najlepszy temat, jeśli nie miałeś tematu do rozmowy, czuł, że gadając o nich, składał im hołd. Niewspomnienie o Mrocznej Puszczy na jeden wschód słońca, było jak niezjedzenie swojej ulubionej zwierzyny przez kilka dni.
— Bez ojca? — uniósł brwi, a następnie Księżyc parsknął śmiechem. — Dla ciebie może Cienista Zjawa ma jakieś znaczenie, ale mój ojciec nigdy mnie nie interesował. Właściwie to znam tylko jego imię. Nazywał się Kornik i był jedynie samotnikiem. Nie zawdzięczam mu nic poza tym, że pozwolił na to, abym jako plaga Mrocznej Puszczy pojawił się w łonie własnej matki — odparł, odrobinę zdenerwowany wbijając pazury w ziemię.
— Jestem wdzięczny Mrocznej Puszczy za to, że mam Jaskółcze Ziele i przyjaciela. Może również za to, że Jaskółka miała dodatkową parę łap do pomocy w wychowaniu takiej niedojdy jak ja. Wychowały mnie dwie kotki. Nie brakuje mi ojca i wiesz co? Zdecydowanie wolę nigdy go nie poznać — wypalił, a w jego głosie było słychać coraz to większą irytację.
Nabrał powietrza w płuca, a następnie je wypuścił z łagodnym uśmiechem na pysku.
— Właściwie to czuję się przez nich wszystkich porzucony — mruknął na końcu bieluch, mozolnie rysując na ziemi pod swoimi łapami.
Miło było słyszeć, że nawet jego kolega będzie z niego dumny, choć liczył bardziej że Cienista Zjawa będzie najbardziej z niego zadowolony. Co do jego matki, to czuł, że aż mu się uszy czerwienią, to było dość dziwne, zwłaszcza że nietypowo się czuł, że kocur nazwał go "przystojnym", tylko najgorsze jest to, że to takie mieszane było.
— Weź mi, nie pochlebiaj, lizusie! — Pacnął go przyjacielsko łapom, ale szybko ją zwrócił do siebie, dlaczego ten kocur sprawiał, że tak się zachowywał? Wymienili kilka zdań i zachowywał się, jakby coś w niego strzeliło. Zaciekawiony zaczął słuchać, czy Księżyc czuł to samo, gdy żył bez jednego rodzica. O dziwo myślał, że czuł jakąś radość, ale bardziej słyszał, że białas czuł się wyobcowany. Pomimo opieki dodatkowych dwóch kotek i swojej matki, jakby nie miał z nimi więzi rodzinnej.
— Porzucony przez wszystkich? Futrzaku, przecież obok siedzę i rozmawiam. To chyba znaczy, że nie kroczysz sam po tym całym klanie — rzucił żartobliwie, czekaj, czemu on go wspierał? Przecież na mroczną puszczę miał być obiektem, który miał nawrócić na właściwą drogę, miał go nic nie obchodzić, a jak nic zachowywał się przed nim jak jakaś rozjuszona kotka. Chciał jakoś zmienić temat.
— Jak zostanę wojownikiem to, co ty na to, żeby iść do czarnych gniazd ponabijać się z Klifiaków? Jestem pewny, że po tylu księżycach, nadal mają ból tyłka, że ukradliśmy ich tereny dawno temu, wchodzisz w to? — teraz rozmawiając z Księżycem, dzielił się na dwie osobowości, bo z jednej strony był jakiś bardziej gadatliwy, a ta druga strona chciała udusić tą pierwszą, przecież Tęgosz, który starał się być grzeczny, przez ten cały czas nie chciałby pakować się w głupie pomysły, może to po prostu wina okresu nastoletniego? Którego nie przeszedł, jak był dzieckiem i teraz mu się to objawia? Jakieś zmiany się w nim gotowały i tego bała się druga osobowość w nim, ta najstarsza.
Rozbity Księżyc, słysząc jego reakcje, parsknął śmiechem, zakrywając pysk łapką. Uśmiechnął się, mrużąc lekko oczy.
— No co! Już głupiego komplementu nie można komuś dać? — miauknął Wilczak, niewinnie trzepocząc rzęsami. Uniósł brwi, słysząc odpowiedź cętkowanego, a w jego niebieskich oczach pojawił się ciepły blask. Zarumienił się lekko i chrząknął.
— Ciebie nie miałem na m-myśli — odparł bieluch, zaraz z niewyraźnym uśmiechem na pyszczku. Księżyc wyglądał, tak jakby chciał co powiedzieć, ale przymknął pyszczek.
— Jeszcze się pytasz? Z Klifiaków zawsze — rzucił, był zdziwiony, że spokojny Księżyc zgodził się na jego propozycje, myślał, że białas mu powie, że to nie miłe dokuczać innym kotom, jak to mu mówił na zgromadzeniu, gdy obraził wiarę reszty klanów.
Siedział przez chwilę w ciszy.
— Miękniesz — rzucił krótko ze złowieszczym uśmieszkiem.
— Chyba ty miękniesz! — fuknął, jak on śmiał tak mu mówić? Był Wilczakiem z krwi i kości, nie było tu miejsca na bycie miękkim. Jak będzie prawowitym wojownikiem, to mu już pokaże!
Cętkowany Księżyc obudził się w legowisku wojowników, a najlepsze jest to, że pierwszy raz. Widział dużą różnicę, tutaj wszystkie koty były ściśnięte, a niektóre dzieliły razem legowiska. Legowisko uczniów o wiele razy miało więcej przestrzeni, a teraz gdy uciekł z niego to Seradelowa Łapa i Garbata Łapa dzielili razem tą przestrzeń. Współczuł kotce, bo nienawidziła swego brata, więc zwykle spała bliżej strony rudego. Teraz pewnie musiała przenieść legowiska tam, gdzie nie będzie widzieć czekoladowego. Chociaż zapomniał dodać o Miodowej Łapie, może za nią się skryje? Szczerze, najlepiej by było, gdyby już została wojownikiem, to może wtedy upolowaliby coś razem lub poszli na spacer.
— Cześć, Księżycu! — biały kocur siedział zaś samotnie gdzieś w cieniu, starając się chyba unikać własnej matki, bo to tak wyglądało. Wilczak zrobił wielkie oczy, a Cętek się zaśmiał.
— Znowu się przestraszyłeś rudej pchły? — nieświadomie się droczył ze starszego kocura.
— A spadaj na drzewo — odpowiedział niepoważnie Księżyc, a Cętek się uśmiechnął, co nie umknęło niebieskim oczom rozmówcy.
— Czy mi się wydaje, czy poważny wnuk Zalotnej Gwiazdy się uśmiechnął? — Cętkowany Tęgosz szybko wrócił do swojej poważnej miny.
— Wydawało Ci się, bieluchu! W mojej rodzinie nikt się nie uśmiecha jak głupi do zwierzyny z byle jakiego powodu — syknął na Rozbitego Księżyca, a następnie zmienił tonację swego usposobienia. — Przyszedłem do ciebie, bo obiecałeś mi, że pójdziesz razem ze mną do Czarnych Gniazd, w celu spędzenia miło czasu i skruszenia ego naszych sąsiadów, Klifiaków — czekał, aż Rozbity Księżyc z nim pójdzie, a raczej musiał pójść. Nie przyjmował do siebie żadnego sprzeciwu ze strony jego kolegi, z którym miał iść.
<Księżycu, idziesz?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz