– O, Wszechmatko… Jestem… pod wrażeniem. Wrono – powtórzyłem. – Udało ci się. Dumny jestem… Dobrze, dobrze… – rzuciłem jej krótkie spojrzenie. – Na czym… polegał twój test na zwiadowcę?
Zadrżałem na samą myśl o moim teście, o posmaku mułu w gardle i bolącym brzuchu przez następne dni, o zacinającym deszczu, o walce z lisem o ochłapy, o niemal śmierci przez utopienie się…
– Musiałam ułożyć kamienie w wieże… – odparła, zmęczonym głosem. – Ale to było podchwytliwe zadanie, bo najpierw trzeba było wyciągnąć je wszystkie z rzeki, potem kombinować jak je skleić a na sam koniec i tak liczyła się przede wszystkim analiza polecenia…
Zamrugałem.
– Aaa… To znaczy…
– …Znaczy, ułożyłam jedną, zamiast kilku… Wyobrażasz sobie? – spojrzała na mnie. – Ale zdałam i tak! Bo użyłam soku, aby wieżę utrzymać w pionie. I znalazłam porzucone śmieci dwunożnych, które ułatwiły mi transport kamieni.
– Hmm… Ja bym na to nie wpadł. Uh. Pewnie w ogóle na nic nie wpadłbym, co by mi to ułatwiło. Ja bym wszystko zębami przytargał. I układał, aż każdy kamień znajdzie się w idealnie harmonijnej pozycji, co by nie spadł…
Wrona pokiwała głową, jakby wyobrażając sobie opisaną przeze mnie sytuację, jako wielce prawdopodobną biorąc pod uwagę mój charakter.
– A twój? Na czym polegał?? – zwróciła się do mnie.
– Uh. Musiałem… no. Przez rozlewisko przejść. Um. W burzy. W błocie po gardło. Walcząc z lisem. Topiąc się.
– Oj… – kotka skrzywiła się w dość widocznym niepokoju.
– No… Myślę, że twój test był lepszy. Pod względem merytorycznym. Lepiej się uczy, jak się nie walczy o przetrwanie. Uh. Nie wiem. To tylko świadczy o… upodobaniach naszych mentorów. O sposobie nauczania. Albo o humorze w danym dniu. No… Raczej to ostatnie. – mruknąłem, strzepując głową na boki.
Czarna kotka zaśmiała się cicho, po czym odkaszlnęła, próbując na powrót przybrać opanowany wyraz twarzy. Nie udało jej się do końca. Cień uśmiechu wciąż był widoczny na jej pysku.
– No, faktycznie twój test, Borowiku, był nieco bardziej… obfity we wrażenia...
– Oj był – pokręciłem głową. – To była niezapomniana noc. Nadal mam bliznę na łapie po tym, jak żem nastąpił na jakąś… trzcinę czy coś. Ale ci nie pokażę. Bo jest niewidoczna w słońcu.
Wrona uniosła brwi, przechylając głowę na bok.
– Niewidoczna w słońcu? – powtórzyła. – A w ciemności też jest niewidoczna?
Spojrzałem na nią z nowym błyskiem w oczach, wracając do energicznego machania ogonem.
– Ugh. To… to nie ma znaczenia. Nie, nie. Ani trochę. Bo. Jesteśmy zwiadowcami w tym samym stopniu, niezależnie od ilości blizn po teście. Znaczy… będziemy. Niedługo. Jak już… mianują cię. Wrono. Ja… cieszę się. Bardzo. Że mianują cię. Wiesz? Będziemy razem mogli na patrole chodzić albo… albo polować i… tak. Różne… rzeczy, tak w skrócie. Myślisz, że… fajnie by było… tak zwiadowcą być?
<Wrono???>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz