Dawno, dawno temu
Nim jednak zdążyła gdzieś porządnie usiąść i zabrać się za spożywanie kosa, podszedł do niej jej tata. W pysku niósł wróbla i wyglądał, jakby właśnie przygotowywał się do czegoś ważnego. Tylko do czego?
— Wąsatko, co powiesz na wspólny posiłek? — zaproponował ciut niewyraźnie. — Przy okazji muszę z tobą o czymś porozmawiać — dodał i nie czekając na odpowiedź młodszej, udał się do bardziej odosobnionego miejsca.
Czarno-biała ruszyła za nim w krok, zaciekawiona tym, dlaczego zastępca tak nagle wyszedł z inicjatywą wspólnego posiłku. Choć nie, żeby ją to jakoś bardzo zdziwiło, bo w końcu byli rodziną. To normalne, że czasem chcieli po prostu ze sobą pobyć, jak ojciec z córką.
Gdy w końcu się rozsiedli, a Wąsatka upuściła pod łapy kosa, mruknęła:
— To o czym, tato, chciałeś porozmawiać?
Kocur na moment zamilkł, jakby zastanawiał się nad tym, czy na pewno chce powiedzieć to, co właśnie miało opuścić jego pysk.
— Cóż… Wiem, że może być to trudne lub nawet szokujące i wiedz, że mimo wszystko będę cię kochać, jak ojciec córkę — zaczął, pozostawiając Wąsatkę w niepewności.
— Ale? — odparła, unosząc jedną brew.
Czekoladowy ponownie umilkł, układając sobie w głowie słowa.
— Chodzi o to, że nie jesteśmy ze sobą w żaden sposób spokrewnieni. Kiedy mówisz o swojej matce, to nie wiem, kogo masz na myśli, gdyż nigdy z nikim się nie spotykałem, ani nie odwiedzałem poza obozem. Jedynie przypadkowo cię wtedy uratowałem przed utonięciem. Byłaś tak mała i drobna, nie mogłem cię tam zostawić. Sama zdecydowałaś mnie nazywać ojcem, choć byłem ci kompletnie obcy. Początkowo nie było mi to na łapę, gdyż uważałem, że raczej nie nadaje się na rodzica, lecz z dnia na dzień zacząłem akceptować fakt, iż uważasz mnie za ojca i nawet pokochałem niczym rodzoną córkę.
Co?
To… nie mogło być prawdą. On musiał kłamać.
— Ale… ale jak to, tato?! — wyrwało się jej. Zamrugała kilka razy. Przez moment siedziała z rozdziawionym pyskiem i szeroko otwartymi oczami, sparaliżowana szokiem. — Przecież szłam tuż za tobą! Odkąd wyszłam z nory, w której żyłam z mamą i bratem, nie straciłam cię z oczu! — upierała się, kładąc po sobie uszy. — Kto inny miałby mnie uratować, jeśli nie ty, za którym cały czas szłam? — spytała, spuszczając wzrok na łapy.
— Przykro mi, Wąsatko, ale to nie twój biologiczny ojciec cię uratował — mruknął czekoladowy, najwyraźniej sam nie wiedząc, jak powinien ją pocieszyć. — Musiałaś się zagapić, kiedy szłaś za swoim ojcem. To było bardzo dawno temu. Może po prostu nie pamiętasz wszystkiego tak dokładnie, jak ci się wydaje? — dodał ostrożnie.
Jednak Wąsatkowy Ruczaj wciąż nie potrafiła w to uwierzyć. Przecież nie była na tyle głupia, żeby pomylić własnego ojca z kimś innym! Była przekonana, że przez cały czas szła za tatą, nawet na moment nie gubiąc go z pola widzenia.
A może jednak była? Może to, co mówił czekoladowy, było prawdą?
Nie była w stanie o tym myśleć. Poza tym straciła już cały apetyt. Nabrała w płuca drżącego oddechu, po czym podniosła łeb i bez słowa wstała, kierując się w stronę wyjścia z azylu.
— Nie idź za mną... — rzuciła do zastępcy, znikając za obozowym wejściem.
Nie była teraz w stanie patrzeć na kocura po tym, czego się dowiedziała. Dlaczego przyznawał się do tego dopiero teraz? Czemu pozwalał jej wierzyć przez tyle księżyców, że jest jej ojcem? Zrobił z niej idiotkę. Każdy w klanie musiał wiedzieć, że nie jest jego biologiczną córką. Pewnie przez cały ten czas patrzyli na nią jak na mysiego móżdżka, gdy kleiła się do łapy zastępcy i z pełnym przekonaniem nazywała go tatą.
* * *
Czekoladowy może przez pierwsze dni wyglądał na dotkniętego reakcją Wąsatki, lecz po kolejnych próbach rozmowy i kolejnym spotkaniu się z ciszą ze strony wojowniczki najwyraźniej już się poddał. Byli sobie niemal obcy, ale może tak było od zawsze? W końcu nie łączyły ich więzy rodzinne, więc po co w ogóle mieliby ze sobą przebywać. Pustułek nie był też znajomym Wąsatki, a skoro nie był ani nim, ani jej ojcem, to kim miałby być, poza nieznajomym?
Wąsatkowy Ruczaj wciąż jednak zastanawiała się, kto w takim razie był jej prawdziwym ojcem. Pewien wojownik w Klanie Wilka wydawał jej się dziwnie znajomy, choć nigdy nie mogła spamiętać jego imienia, przez co ciężko jej było teraz stwierdzić, czy jest tym Wilczkiem, którego pamiętała za czasów siedzenia w norze. Gdy jeszcze wierzyła, że to Pustułkowy Szpon jest jej rodzicem, nie dopuszczała do siebie myśli, że mogło być inaczej. Jednak teraz? Teraz czuła, że widzi znacznie więcej.
Gdy tak siedziała i o tym rozmyślała, tak jak zresztą prawie zawsze, gdy nie miała czym zająć głowy, doszła do wniosku, że może jednak powinna porozmawiać z Pustułkowym Szponem. Choćby ten ostatni raz, nim na dobre uzna go za obcego. Czuła, że należy jej się poznanie prawdy, a także że zastępca może wiedzieć znacznie więcej, niż ona.
Właśnie dlatego teraz, gdy minął ją przypadkiem w azylu, nie zignorowała go tak jak od ostatnich kilku księżyców. Zamiast tego pospieszyła w jego stronę, w końcu zagradzając mu drogę. Czekoladowy nie spodziewał się tego, a na jego pysku przez ułamek sekundy pojawiło się zdziwienie, nim zostało zastąpione obojętnością.
— Wiesz, Pustułkowy Szponie… chyba musimy o czymś porozmawiać — oznajmiła, wpatrując się w nieodgadniony wyraz pyska zastępcy.
Czyżby zdziwił się, że pierwszy raz od tak długiego czasu nie został nazwany tatą, a swoim pełnym imieniem?
Skinął jednak głową i wraz z Wąsatkowym Ruczajem ruszył do wyjścia z obozu, by tę rozmowę mogli przeprowadzić na osobności. Nie chcieli przecież, by jakiś ciekawski Wilczak wtrącał się w ich rodzinne dramaty.
W końcu, może podświadomie, a może zupełnie przypadkiem, dotarli w pobliże rzeki — tej, z której Wąsatkę uratował czekoladowy kocur. Szli w jej stronę w zupełnej ciszy, aż dopóki zielonooki nie zwolnił, stawiając uszy na sztorc i wyciągając szyję nieznacznie do przodu, jakby był na czymś skupiony.
Wąsatkowy Ruczaj starała się podążyć za jego spojrzeniem, lecz wszystko i tak wydawało się rozmazane. Wydawało jej się co prawda, że w oddali widziała jakiś kształt stojący na kamieniu okalanym przez nurt rzeki.
— Co to? — szepnęła do zastępcy.
— To jakiś kot — odparł Pustułkowy Szpon, na co biało-czarna przyspieszyła kroku, zmierzając w stronę rzeki.
— Halo, nieznajomy! Zatrzymaj się! — krzyknęła, teraz już biegnąc do kota stojącego na kamieniu. Nim jednak zdążyła do niego dobiec, kot przestraszył się jej obecności, stracił równowagę i ześlizgnął się ze śliskiej powierzchni, porwany przez nurt rzeki.
Wojowniczka w końcu dotarła do brzegu, zszokowana tym, co właśnie się wydarzyło. Po chwili coś otarło się o jej łapy, co sprawiło, że futro stanęło jej dęba. Gdy jednak spuściła wzrok, dostrzegła przed sobą… małego kociaka. Miał pręgowane, kremowe futerko i nie mógł mieć więcej niż dwóch księżyców.
Zaraz potem do Wąsatki podszedł Pustułkowy Szpon, który w pierwszej chwili zamarł w bezruchu.
— Czyj to kociak? — zapytał w końcu, zdumiony.
— Nie wiem… może tego samotnika, który przed chwilą utonął? — zastanowiła się po cichu, jakby bała się, że młodziak to usłyszy. — Musimy go zabrać do obozu! Przecież biedaczek sam sobie nie poradzi!
<Pustułkowy Szponie?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz