Zawodzące Echo odrywając spojrzenie od oddalającej się córki, potrząsnął łbem i westchnął. Odchrząknął i uniósł głos.
— Mamy wystarczająco głosów, aby wydać wyrok!
Szumy w tłumie ucichły. Spojrzał po zebranych kotach, po czym wzrok skierował na grupę oskarżonych.
— Pamiętajcie, że decyzja ta została podjęta wspólnie.
Wziął głęboki oddech.
— Zgodnie ze słowami większej części klanu, Tańcujące Pierze oraz Nieustraszony Chomik spotka kara śmierci — oznajmił. Zamilkł na moment, pozwalając informacji dotrzeć do każdego. Po jego grzbiecie przeszedł dreszcz. — Dziki Berberys zostanie wygnany daleko za naszą granicę. Gradobijący Cierń, natomiast... Zostaje skazany na dożywotnią pracę w tunelach pod stałym nadzorem. Liczę, że będzie skłonny do współpracy, abyśmy mogli w przyszłości lepiej wyjaśnić tę sytuację.
Odczekał parę uderzeń serca.
— Co do Rudzikowego Skrzydełka, Zwiewnego Maku oraz Bąbelkowego Plusku — kontynuował — ich również spotka kara w postaci prac w obozie i poza nim, jak i ograniczonej wolności.
Rudy podejrzany wciąż miał rozluźniony tułów, mimo to zmarszczył brwi i zacisnął szczękę. Na jego język cisnęły się różne, niezbyt kulturalne słowa. Zauważył to spojrzenie Gradobijącego Ciernia, który po ujrzeniu szmaragdowego ślepia Pierza odwrócił prędko wzrok. W oczach rudego tliła się furia.
Przegrał?
Tańcujące Pierze przegrał.
— Upiekło ci się jak na mordercę dwóch starszych kotów — Dziki Berberys uśmiechnął się arogancko do brata. — No, no, no... Nie wiedziałem, że uda ci się tak spłakać przed resztą, że łaskawie ci darują życie. A podobno to ja byłem beksą. Szkoda tylko, że wspinasz się po trupach do celu, a potem wycierasz się innymi. Nikt ci nie kazał zabijać, zrobiłeś to sam i to dwa razy.
Cierń spojrzał teraz na brata, który ciskał w niego piorunującym spojrzeniem.
— Berberysie, przykro mi, że tak uważasz i że sam nie żałujesz swojego występku. — odpowiedział cicho kocurowi.
Białorudy zaśmiał się rozbawiony słowami srebrnego.
— Sam byś tego nie żałował, gdyby ciebie nie złapano i nie przeraziła wizja śmierci z łap pobratymców. Czasami trzeba mieć honor, ty go już dawno straciłeś. Pewnie ojciec byłby z ciebie dumny — prychnął rozbawiony, z nietęgiej miny brata. — Całkiem dobrze jak niespełna rozumu mordercę.
— Gradobijący Cierń łga. Mówi to, co się mu nasuwa na język niczym idiota niższej klasy. Kłamać to potrafi, a w nie tylko jednej sprawie — odezwał się Tańcujące Pierze. — Twój braciszek o mało, co nie zabił własnej siostry. Ciebie. Zobacz, do czego może się posunąć taki egoistyczny kot, aby przeżyć, zniżając się do... ale to już nie mój kłopot — odetchnął i uśmiechnął się. — Niech ten klan zgnije z raną, której przez dumę nie chciała pokazać medykowi.
Skinął głową Dzikiemu Berberysowi.
— Owszem, Dziki Berberysie. Gradobijący Cierń jest jak ze skóry zdarty swojego ojczulka. Mówił mi, że chciał go pomścić. Najwyraźniej Świerszczowy Skok na długo nie opuści naszego ukochanego Klanu Burzy, co? — uniósł brew i wyszczerzył ząbki w irytującym uśmieszku. — Jaki ojciec, taki syn. Oboje bezmyślni, ale tylko jeden zachowujący, choć grosz honoru i podziwu. I to na pewno nie ten, co teraz się skulił pod wzrokiem zwykłych kotów — prychnął z pogardą i uniósł podbródek.
— Dobrze byłoby go nazwać po tym wszystkim Świerszczowy Skok. Aby zapamiętał, dla kogo zabił aż dwa koty i mógł zabić jeszcze więcej — wycedził przez zaciśnięte zęby, nie odrywając wzroku od Gradobijącego Ciernia.
Berberys zamruczał rozbawiony na słowa Tańcującego Pierza. Polizał swoje pazury i przeczesał białą kryzę.
Zwrócił wzrok na Berberysa i Pierze.
— Uspokójcie się. Decyzja już zapadła — miauknął, jego głos ostry. Odczekał parę uderzeń serca, po czym ponownie uchylił pysk. — Nim wszyscy się rozejdą, a oskarżeni tymczasowo powrócą do dołów, chciałbym coś ogłosić.
Spojrzał po kotach zebranych w Grocie Pamięci. Z jego pyska można było wyczytać zmęczenie, jak i zmartwienie, ale głowę trzymał wysoko uniesioną.
— W związku z odejściem Króliczej Gwiazdy — zaczął, uciszając tym samym większość szeptów w tłumie — Jestem zobowiązany oficjalnie przejąć rolę przywódcy oraz wyznaczyć nowego zastępcę.
Wziął głęboki oddech, zamrugał, po czym wbił wzrok w jednego z kotów.
— Skrzydlata Płomykówko, wystąp — polecił. Gdy kocica, po chwili zawahania, stanęła przed nim, kontynuował. — Jesteś kompetentną wojowniczką, jak i wytrwałą mentorką, co pokazał trening Ostatniego Pożaru. Dziś wykazałaś się umiejętnością przewodzenia grupie oraz zachowałaś spokój pomimo stresującej sytuacji. Od tej chwili pełnisz rolę mojego zastępcy.
Wysilił się na delikatny uśmiech, po czym zniżył ton głosu.
— Przykro mi z powodu śmierci Twojej matki i partnera — mruknął, słowa skierowane tylko do stojących obok kotów i samej Płomykówki. — Sójczy Błękit odeszła jako szlachetna wojowniczka, broniąc życia innych. Widzę w Tobie to, co tak bardzo szanowałem właśnie w niej.
Prychnął kpiąco na tą wiadomość. Kolejny kot, który doprowadzi w najbliższych księżycach do upadku Klanu Burzy. Gdyby nie Tańcujące Pierze, Zawodzące Echo nadal byłby Zawodzącym Echem; bo co, jeśli Królicza Gwiazda jeszcze na długo by pełnił swoją rolę?
Przyszły przywódca nie poprzestał na nowych informacjach.
— Gdy tylko sytuacja Klanu Burzy się ustabilizuje, odbędę podróż do Księżycowej Sadzawki — kontynuował. — Na razie powinniśmy się skupić na wyżywieniu klanu oraz zajęciu się jego najmłodszymi członkami.
Skinął głową swojej nowej zastępczyni.
— Skrzydlata Płomykówka wyznaczy patrole łowieckie. Trzymajcie się zachodniej części naszego terytorium, tej, której nie dosięgły płomienie; w przeciągu następnych wschodów słońca wysyłane będą również grupy, których celem będzie ocena wielkości strat. Chętnych uczniów oraz wojowników proszę również o zgłoszenie się do Wdzięcznej Firletki, aby w wolnej chwili pomóc jej oraz Łzawej Łapie w odbudowaniu prowizorycznych zapasów ziół, aby mogły zająć się waszymi urazami, jeżeli takowe się pojawiły. Dodatkowo, szczątki Pozłacanej Pszenicy oraz Ognistej Piękności zostaną przygotowane do czuwania, aby później mogły zostać godnie pochowane.
Zamilkł na moment.
— Tańcujące Pierze, Nieustraszony Chomik oraz Dziki Berberys powrócą do dołów, w których spędzili wczorajszą noc — oznajmił. — Tam, pod stałym nadzorem, wyczekiwać będą egzekucji, lub w przypadku Berberysu, odprowadzenia poza granice klanu. Gradobijący Cierń, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Bąbelkowy Plusk zostaną przeniesieni do ślepej odnogi jednego z tuneli prowadzących do Groty Pamięci.
***
Tańcujące Pierze nie spał. Wiercił szmaragdowym okiem w kotach, które niegdyś bez słowa go popierali w morderstwach. Niegdyś byli tak przekonani o jego racji, tak teraz są, jak skruszony lód, bezużyteczni dla niego w każdym, małym aspekcie. Ich obecność w dziurze tylko frustrowała rudego kocura. Zwłaszcza Gradobijącego… nie, jego tu już nie było. Świerszczowy Skok, potomek zawodowego mordercy, teraz się kulił niczym Paskudek i płakał. Co za rozczarowanie. Rudy oczekiwał od niego więcej. Miał nadzieję, że koty dadzą mu nauczkę.
Wszyscy się od niego odwrócili. Lodówkowa Łapa…
Nie. Nie wszyscy. Wciąż miał swojego Bąbla. Bąbelkowy Plusk nie mógłby go porzucić. Nigdy. Miał szczerą nadzieję, że kocurowi uda się pomścić braci.
***
W końcu nadszedł świt i zabrano go wraz z Nieustraszonym Chomikiem na egzekucję. Specjalnie poszli w przeciwne strony, aby podejrzani nie mogli się komunikować ze sobą. Tańcujące Pierze szedł pomiędzy Szakłakiem a Ognikiem. Przeszli dłuższy kawałek terytorium, postanawiając, że zakończą jego udrękę raz na zawsze w pobliżu wody. Pogłos Klanu Burzy miał go uśmiercić, natomiast drugi, nieco dalej gdzieś z boku siedział Burzak, który służył za obstawę, najprawdopodobniej, gdyby Tańcujące Pierze stawiał jakikolwiek opór.
Brat Rudzikowe Skrzydełka przygotował się na szybką śmierć, lecz zanim faktycznie tego dokonał, oskarżony otworzył pysk w celu przemówienia.
— Jak mi ciebie szkoda, Ogniku... — zaczął szeptem, zważając, że niedaleko czaił się irytujący, zmieniający strony jak dwunożni dziwne futra na tylnych łapach, czarny kot o imieniu Szakłak. — Dobrze wiemy, że to ty powinieneś był zostać zastępcą. W końcu jesteś Pogłosem Klanu Burzy... zasługiwałeś na to stanowisko od początku — wymruczał, a na jego pysk wkradł się lekki uśmiech. — Klan Burzy to jeden wielki spisek, Ogniku. Nie zdziwiłbym się, gdyby to wszystko było zaplanowane od początku. Skoro dopiero teraz poleciały te wszystkie... brudy... nie sądzisz, że czekali na ten moment? Może chcieli się nami wysłużyć i zabić niepotrzebne koty? Może od początku byliśmy tylko ich marionetkami... — wtedy powstał na pysku szeroki, niepokojący uśmiech Tańcującego Pierza. Mimo to w oczach nic się nie tliło. Nawet jedna iskra słońca, z którego według legend Nocniaków ogniste futro miało powstać, nie umiała wpaść w jego szmaragdowe ślepia.
Na pysku Ognika pojawił się głęboki smutek.
— Miałeś wielki potencjał, Tańcujące Pierze. Szkoda, że się pospieszyłeś — mruknął z nieodgadnionym wyrazem na pysku i dziwnym błyskiem w oczach. — Wielka szkoda.
Rudy morderca zamknął oczy.
Nagle z jego gardła wyrwał się głęboki, maniakalny śmiech.
— GDY TU WRÓCĘ, BĘDZIECIE MNIE BŁAGAĆ O WYBACZENIE!
I tak o to czarna owieczka zakończyła własny żywot. Nawet śmierć Tańcującego Pierza była szybka.
Białe owieczki w końcu pozbyły się, choć z tej samej rasy, to spaczonego i zawiedzionego przez środowisko wyrzutka w wilczej skórze. Bowiem zimowa owca zawsze będzie dla białych, głupiutkich owieczek tylko zagrożeniem, abominacją. Czymś, co według ich prawa nie powinno istnieć.
Kiedy otworzył szmaragdowe ślepia, nie widział przed sobą zmieszanego Szakłaka i rudego Pogłosu. Spalonych równin i wzgórz też nie było w pobliżu. Zamiast tego obudził się w ciemnym lesie bez ich liściastych koron. Uniósł brwi i wstał. Obejrzał dookoła polanę, na której przed chwilą spoczywał. Gdzie on się znajdował?
— Jesteś teraz w lepszym miejscu, Tańcujące Pierze.
Rozległ się za nim czyjś donośny, męski głos. Zaalarmowany, wysunął pazury i obrócił się szybko w stronę źródła dochodzących słów. We mgle najpierw dostrzegł zieloną parę kocich oczu i ogniste futro. Zdał sobie sprawę, że został otoczony na polanie przez inne istoty. To nie był właściwy Klan Gwiazdy. Mimo to nie czuł lęku.
Uśmiechnął się szeroko, gdy rudy postanowił się zbliżyć do młodego wojownika.
— Witaj w domu… — zaczął, szczerząc żółte kły w uśmiechu.
— W Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd — dokończył z dumą Tańcujące Pierze i skinął mu głową. — Tak. Mój dom zawsze tu należał…
Jego dom od teraz był spowity mrokiem i przesiąknięty krwią tych, którzy go nie zrozumieli.
Ta zimowa owieczka szukała w świecie śmiertelników tylko zrozumienia, miłości. Może jej losy potoczyłyby się inaczej, gdyby ktoś w końcu zaczął się zamartwiać, co się działo w umyśle maluszka w żłobku Klanie Burzy?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz