Przeszłość
Kocur poczuł, jak ktoś nagle na niego wpada, a potem do jego uszu doleciało parę konkretnych słów. Początkowo poczuł się wybity z rytmu, ponieważ nie spodziewał się tego, aczkolwiek nie miał niczego za złe bliskiej mu kotce. Jagnięcy Ukłon zawsze służyła mu pomocą, kiedy tylko najbardziej tego potrzebował. On również powinien dać cokolwiek od siebie… miał wrażenie, że tylko od niej brał, co może i mogło tak wyglądać, aczkolwiek nawet jeśli, to nie robił tego specjalnie. Gdyby tylko była okazja do pomocy, z pewnością by z niej skorzystał i udzielił łap kocicy.
— Och, wybacz, Trójoki Zającu, trochę się zamyśliłam — miauknęła z lekkim rozbawieniem w głosie. Kremowy zamrugał jednokrotnie, aczkolwiek po chwili jego pysk również rozświetliło rozpromienienie. Nie miał jej tego za złe, każdemu czasami się zdarzało tak. On nie raz, nie dwa wpadł na kogoś w swoim życiu. Szczególnie jak był młodszy i głowę miał wiecznie w obłokach albo było mu w głowie tylko odpoczywanie, zamiast ciężka praca. Pokręcił głową.
— Nic nie szkodzi, Jagnięcy Ukłonie. Wszystko dobrze? Nic sobie nie zrobiłaś? — upewnił się, oglądając ją od łap do końcówek uszu, nie żeby wiedział, za czym się rozglądać… w końcu siniaków nie było widać pod futrem. Mimo wszystko zadziałał dość spontanicznie i taką reakcję uznał w danej chwili za stosowną. Medyczka zamiotła delikatnie ogonem.
— Wszystko w porządku — zapewniła go, a zaraz potem dodała. — Jak się dziś czujesz? Jak tam na patrolach? Mam nadzieję, że obyło się bez przykrych niespodzianek — wymruczała pogodnie, przechylając leciutko łebek. Czekała cierpliwie na jego odpowiedź. Kremowy pomyślał, że to bardzo miłe z jej strony. Mimo że niektórzy Klifiacy wcale nie podchodzili do niej pozytywnie, ona nie zrażała się do wszystkich i zachowywała tak naprawdę lepiej, od wielu “szlachetnych” wojowników. Serce miała ogromne, zresztą tak samo, jak i empatię. Była dobrym kotem. Byli takimi szczęśliwcami, że to właśnie ona była ich medyczką.
— Dzisiaj dobrze… wyspałem się i zjadłem dobrze. Mam nadzieję, że ty również skorzystałaś z obfitej sterty zwierzyny — odparł spokojnie, a zaraz potem przypomniał sobie, że to nie było przecież wszystko, na co należało zareagować. — Dzisiejszy patrol był spokojny, odnowiliśmy znaczenia zapachowe na granicach i przebiegło to dość sprawnie. Czas mija jakoś szybciej, gdy… ma się głowę w chmurach — uśmiechnął się raz jeszcze, a policzki uniosły mu się, nadając jego oczom przyjaznego wyrazu. Poruszył wąsami. Kotka słuchała go cierpliwie, nie przerywając ani razu.
— Ach i jak tam twój brat? — dodała jeszcze. Trójoki Zając nigdy nie widział Króliczej Prawdy jakoś szczególnie często w legowisku medyka, możliwe, że nie miał nawet aż tak dobrych relacji z medyczkami – bo najprościej w świecie mógł mieć z nimi neutralną relację. Zielonooki zaś był niezwykle wdzięczny, że mógł teraz tak pogodnie porozmawiać z Jagnięcą Łapą. Zastanowił się chwilę.
— Myślę, że u niego też wszystko w porządku. Dzisiaj minęliśmy się na patrolach, on wyruszył na polowanie razem z Gołębim Puchem i Drzemiącym Słońcem. Powinni wrócić niedługo — odwrócił się ku wyjściu z jamy, jak gdyby mieli wrócić właśnie na jego zawołanie. Tak się jednak nie stało, więc ślepia raz jeszcze zawiesił na koteczce o kobaltowych oczach. — Jagnięca Łapo, jeśli będziesz kiedykolwiek potrzebowała mojej pomocy, pamiętaj, że zawsze jestem. Postaram się pomóc, jak tylko potrafię. Może i nie znam się na ziołach, ale w razie, gdyby było… przykładowo coś ciężkiego do przeniesienia, jestem chętny ci pomóc — wymruczał, czując powinność względem kotki. Miał wrażenie, jakby miał wobec niej dług do spłacenia, chociaż bez ostatecznej daty, kiedy należało go “spłacić”. Pręguska zamrugała parokrotnie, poruszając łapą, jakby niewerbalnie mówiąc: “wcale nie trzeba, dajemy sobie radę z Ćmim Księżycem”. Nie protestowała jednak słownie, a jedynie wyprostowała się sprawnie.
— To w takim razie, jeśli tylko znajdzie się okazja, skorzystam z twojej propozycji — wypuściła powietrze z płuc, a jej mordkę przyzdobił kolejny uśmieszek. Trójoki Zając poruszył łapą nieznacznie po posadzce, a kobaltowooka zerknęła na niego raz jeszcze. Ich głosy ginęły w szumie znad morza, docierającym aż do serca Klanu Klifu. — Trójoki Zającu, a jak sprawy się mają między tobą a Kukułczym Wdziękiem? — zapytała dość nieśmiało, wojownik zarumienił się widocznie, odwracając wzrok na parę uderzeń serca. Dlaczego za każdym razem czuł motylki w brzuchu, mimo że spędził z szylkretką już tak wiele chwil? Czy była to oznaka dalszej niepewności, a może, broń Klanie Gwiazdy, zwątpienia? Nie, to na pewno nie oznaczało tego. On… najzwyczajniej w świecie nie potrafił pozbyć się jej z głowy, nie chciał nawet tego robić. Miał wrażenie, że z każdym kolejnym dniem patrzył na nią coraz to czulej.
— Kukułczy Wdzięk bardzo o mnie dba. Upewnia się, że moje futro jest w dobrym stanie, często wychodzimy na patrole razem, ale ja też staram się dla niej robić, ile tylko mogę. Jeśli uda mi się upolować coś większego, zawsze zanoszę to dla niej. Gdy nie ma siły, pomagam w naprawieniu legowisk lub podnosimy siebie nawzajem na duchu, praktycznie za każdym razem — mówił, chociaż nie padło słowo klucz “jesteśmy partnerami”. Z jego wypowiedzi jednak dało się wywnioskować, iż nie była to najzwyklejsza, przyjacielska relacja, a łączyło ich coś więcej. Kocur rozumiał, skąd brało się pytanie kocicy. W końcu wcale nie tak dawno temu prosił ją o pomoc względem wybranki jego serca, ponieważ nigdy wcześniej nie był w żadnym związku, wszystko było dla niego takie nowe, mimo że jego szczenięce księżyce już minęły. On nadal czuł się tak, jakby był podkochującym się uczniem w innej uczennicy, zbyt wstydliwym, żeby jej to powiedzieć wprost.
***
Teraźniejszość
— Nie, mamy zbyt dużo chorych. Ryzyko zarażenia jest zbyt silne. Czy chodzi o Firletkę? Czuje się gorzej? — zaczęła dopytywać, spoglądając na kocura z lekkim zaniepokojeniem. Wojownik pokręcił głową, z wyraźną ulgą.
— Dzięki waszej wspaniałej pomocy jest z nim jedynie lepiej. Oddycha już bez świstu, udało nam się ostatnio przespać całą noc bez budzenia się z powodu kaszlu — powiedział kocur, idąc teraz u boku prowadzącej go medyczki, przy jednej ze ścian ogromnej jaskini. Przysiedli nieco na uboczu, żeby nikomu nie krzątać się przypadkiem pod łapami. Byli teraz zapracowani, musieli korzystać z wszelkich wyższych temperatur, każda zwierzyna robiła im teraz różnicę, nawet najchudsza nornica, jaką widział którykolwiek Klifiak.
— Miło mi to słyszeć — kontynuowała, po chwili spoglądając na niego raz jeszcze. — Zatem co cię do nas sprowadza, Trójoki Zającu? Coś cię niepokoi? — pytała, próbując dowiedzieć się, dlaczego kremus postanowił złożyć im wizytę. Raczej do tej pory przychodził jedynie po to, żeby pomóc swojej rodzinie z chorobą, albo sobie samemu nawet, ponieważ pogaduchy zdarzały mu się najczęściej w centrum, przy stercie zwierzyny lub blisko któregoś z legowisk. On również był zapracowany, musiał pilnować kociąt. Poruszył uchem, przypomniawszy sobie, że musi przecież coś powiedzieć.
— Zauważyłem, że moja córka, Ćma, bardzo interesuje się ziołami — podjął, a starsza kiwnęła lekko łebkiem. Ona sama z pewnością również zwróciła na to uwagę, zresztą Ćma nie tak dawno temu złożyła im długą wizytę, podczas której próbowała pomagać czy posegregować zioła, wspominała tamten dzień tak, jakby był najlepszym dniem w całym jej życiu. — Czy myślisz, że… mogłaby szkolić się pod waszym czujnym okiem? — zapytał wreszcie, zastanawiając się, czy robił w tym momencie dobrze. Oczywiście, medycy działali dużo inaczej niż wojownicy, a przede wszystkim, nie byli wybierani z dnia na dzień. W kocie potrzeba było powołania, pasji i paru innych rzeczy, o których wojownik nie miał pojęcia, jako iż nigdy nie szkolił się w tym kierunku. — Wiem, że macie teraz bardzo dużo na głowie, dlatego może mogłaby wam pomagać? Może to wcale nie jest dziecięca zajawka — kontynuował, chociaż wiedział, że nie dało się takiej decyzji podjąć ot, tak. Jagnięcy Ukłon poruszyła spokojnie ogonem, a na pyszczku wymalowało jej się zamyślenie.
— Oczywiście nie mogę podjąć decyzji ot tak, to jest dużo bardziej skomplikowane, niż ceremonia na ucznia wojownika i parę treningów z walki, ale będę mieć ją na oku. Wezmę pod uwagę to, co mi powiedziałeś — odparła spokojnie, chyląc lekko przed nim łebek i przymykając na parę uderzeń serca ślepia. Na jej kufie pojawiało się coraz to więcej siwych włosków za każdym razem, kiedy odwiedzał medyczkę. Bardzo go to martwiło, nawet jeśli nie dało się nic poradzić na starość. Klifiak zamruczał z wdzięcznością.
— Dziękuję ci, Jagnięcy Ukłonie — powiedział jeszcze.
<Jagnięcy Ukłonie, czy potrzebujesz może małego pomocnika?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz