Przeszłość
— Chciałem ułożyć fulmara, ale nie działa! — wymamrotał, po czym spojrzał tacie prosto w oczy.
Trójoki Zając zamruczał pod nosem tak, jakby potrzebował się nad tym namyślić. Wyciągnął się odrobinę, łapiąc piórko, które właśnie niemal wylądowało mu na nosie. Przygniótł je delikatnie łapą, tak, żeby go nie uszkodzić, w celu zatrzymania go blisko. Nie potrzebowali porozrzucanych piór wszędzie dookoła, szczególnie że nie byli sami w żłobku, chociaż zielonooki nigdy nie interesował się kociętami Truskawkowego Pola i Lśniącej Gwiazdy szczególnie. Tolerowali swoją obecność, a przynajmniej taką miał nadzieję. Chciał wierzyć, że nikt nie dokuczał jego kociętom, a jeśli tak by się działo, to że powiedziałyby mu o tym. Pręgus przysunął jedną z łap ku kreacji, wreszcie wznosząc kolejną i zaczął układać je tak, jak podpowiadała mu pamięć. Fulmary to były potężne, ogromne ptaki, oddanie ich rozmiarów nie zapowiadało się wcale na proste, dlatego musieli zadowolić się zmniejszoną wersją, o…
— To piórko ułóż tutaj — polecił, na co Firletka przekręcił łebek na bok pytająco, na mordce nadal widać było ślady wcześniejszego poirytowania, aczkolwiek nie protestował i parę uderzeń serca później wykonał powierzone mu zadanie.
— Jak dokładnie wyglądają fulmary, tato? — zapytał Firletka, wbijając wzrok w ojca. Klifiak poruszył nieznacznie uchem, nadal bawiąc się nad kreacją, która wyglądała dość zabawnie od boku, ale z przodu zaczynała nabierać coraz to więcej sensu.
— Fulmary wyglądem są dość identyczne do mew, chociaż gdybyś zobaczył te dwa gatunki obok siebie, od razu byłbyś w stanie stwierdzić, który to który. Dzioby fulmarów są szersze, oczy okrążają czarne linie, a same ślepia mają guzikowate, nierzadko wyglądają tak, jakby były na ciebie zezłoszczone, chociaż nie mamy jak tego wiedzieć, ponieważ nie siedzimy im w głowach… — powiedział, łapą przesuwając szare piórko lekko do boku, a drugie, jaśniejsze, kładąc pomiędzy. — Mają szare, rozłożyste skrzydła i leci to tak od grzbietu do dołu, chociaż brzuch szyję i całą główkę mają białe — mówił dalej, teraz już patrząc na Firletkę. Odkąd przyszedł na świat, zdążył już tak podrosnąć… czy tak samo czuła się Pikująca Jaskółka, gdy obserwowała jego i Króliczka, jednego dnia śpiących u jej boku i domagających się mleka, a drugiego… stających przed półką i wysłuchujących wiwatów związanych z ich nowymi, wojowniczymi imionami? Potrząsnął lekko główką. Niebieski wsłuchiwał się w każde jego słowo z niezwykłą uwagą, której nie dał rady przerwać nawet zgiełk panujący w kociarni. — Ich sylwetka jest dość krępa, są większe od mew, a ich skrzydła są krótsze i węższe, tak samo, jak ogon króciutki.
— Tak samo, jak twój, Ćmy i Mysikrólika? — zapytał Firletka, łapką wskazując na kikut kremusa.
Trójoki Zając uśmiechnął się czule.
— Fulmary mają trochę dłuższy — odparł szczerze, łapą wskazując na kreację, jaką udało im się stworzyć. — Czy takie odtworzenie fulmara miałeś na myśli? — zapytał, wpatrując się w kociaka. Firletka podreptał bliżej piórek, uważając przy tym, żeby przypadkiem na żadne nie nadepnąć ani nie posłać ich w powietrze. Zaczął wpatrywać się w puch, mysi wąs po mysim wąsie badając ich dzieło. Wreszcie pokiwał głową, a w oczach zajarzyły mu się iskierki podekscytowania.
— Fulmary latają sztywno nad falami morza, polegając na locie ślizgowym, czyli biernym. Zamiast trzepotać w nieskończoność, rozkładają ramiona równo i pozwalają wiatrom ponieść się w stronę, którą sobie wyznaczają dzięki własnemu ogonowi. Fulmary mogą być też całe szare, chociaż nie widziałem tej odmiany zbyt wiele razy. Pokarm zbierają z powierzchni, rzadko kiedy nurkując, chociaż nie jestem pewien, dlaczego tak wolą. Dźwięk, jaki wydają, może brzmieć dla naszych uszu nieprzyjemnie – jakbyś uderzał kamieniem o kamień w celu wydobycia z niego chropowatej, drażniącej symfonii. Jednak wierzę, że nie bez powodu brzmią w ten sposób. Morskie fale są w stanie bardzo sprawnie zagłuszyć wszelkie głosy, dlatego taka forma komunikacji nie dość, że zapewnia im usłyszenie siebie z dalszych odległości, tak też dzięki temu są w stanie siebie rozpoznać — kontynuował starszy, przysiadłszy teraz wygodnie na swoim miejscu.
***
Teraźniejszość
Nadeszła Pora Nagich Drzew, a wraz z nią chłody i mrozy, które zmusiły koty do wypchania – kogo było na to stać – własnych legowisk ciepłym, nieprzepuszczalnym zimna pierzem ptaków wodnych, jak i również futer zwierzyny, chociaż teraz tak nielicznej ze względu na masowe ochłodzenia. Trójoki Zając w takich chwilach z jednej strony był wdzięczny, że mieszkali właśnie w ogromnej jaskini. Nigdy nie musieli martwić się odśnieżaniem zasypanych legowisk, nie musieli brodzić w śniegu w celu utrzymania sterty zwierzyny w dobrym stanie, a także nie bywało u nich potrzeby tulenia się do siebie w legowiskach, żeby zachować ciepło. Jego beztroska jednak nie trwała długo, ponieważ… do jego uszu doleciało kichnięcie, a następnie kolejne i kolejne, zmuszając biedne kocię do zmrużenia załzawionych, zaropiałych oczu i pociągania bezradnie noskiem, gdy potem zanosiło się intensywnym kaszlem u boku matki. Było to bezcelowe, bo nozdrza i tak zaraz wypełniała kolejna dawka wydzieliny, nie pozwalając na normalny przepływ powietrza. Trójoki Zając spojrzał na Firletkę ze strachem, jak gdyby działo się przed nim coś tak strasznego, że nie dało się utrzymać typowego dla siebie, pogodnego wyrazu pyszczka. Trącił noskiem niebieskiego, a malec poruszył się jedynie nieznacznie, łapę opierając na mordce kocura przez parę uderzeń serca.
— Firletko, jak się czujesz, mój dzielny wojowniku? — zapytał, spoglądając na niego ze zmartwieniem. Kociak otworzył pyszczek w celu udzielenia odpowiedzi, jednak zanim udało mu się cokolwiek z siebie wykrztusić, zakasłał, zakrywając łapką mordkę. Mysikrólik spojrzała na niego niepewnie, jednak już uderzenie serca później skoczyła na Ćmę tuż obok, także przejętą nietypowym zachowaniem brata.
— Boli mnie gardło… — zachrypiał ospale, poruszając niespokojnie, ale powolnie, ogonem. Kukułczy Wdzięk uniosła pysk znad kocurka, spozierając na partnera dość wymownie. Musiał się ruszyć i cokolwiek zrobić, nie mogło mu się pogorszyć, nie wolno było na to pozwolić.
— Wyzdrowiejesz, zanim zdążysz powiedzieć “piszczka” — zapewniała szylkretka, językiem przejeżdżając parokrotnie po łebku malca. Trójoki Zając kiwnął głową, po czym skierował się ku wyjściu z kociarni. Słonka siedziała na uboczu, przyglądając się wystającej, już nieco zeschniętej paproci. Kocur wyszedł pospiesznym krokiem, gdy miał pewność, że jego kocięta, przynajmniej na teraz, pozostaną wewnątrz jamy. Potrzebował przynajmniej jednej rzeczy pod kontrolą, chociaż nawet na to nie mógł teraz w pełni liczyć, a nie chciał przecież obciążać swojej partnerki nadto, już i tak wiele dla niego robiła, dla niego i dla ich kociąt… Przez centrum przeszedł wręcz w trybie ekspresowym. Serce dudniło mu niespokojnie, a wąsy poruszały się tak, jakby żyły własnym życiem.
Zajrzał do legowiska medyka, nerwowo strzygąc uszami. Gdy nawiązał kontakt wzrokowy z Jagnięcym Ukłonem, pochylił przed nią łeb w geście szacunku, próbując jakoś wyzbyć się zmartwień, chociaż nie było to wcale łatwe, kiedy jego kociak zachorował!
— Jagnięcy Ukłonie, błagam, potrzebuję twojej pomocy! — wykrztusił z siebie wreszcie, przeskakując ślepiami to z jednego granatowego oka, na drugie. — Firletka, mój synek, zachorował. Ciągle kaszle, nawet w środku nocy. Całą noc. Z oczu wydobywa mu się wydzielina, z nosa tak samo i mam wrażenie, że nie ma jej końca. Dawaliśmy mu liście, żeby może w nie wydmuchiwał to wszystko, ale to… mam wrażenie, że to nic nie daje! — mówił pospiesznie, walcząc z narastającą gulą w gardle.
Kotka pokiwała głową, patrząc na niego ze współczuciem, ale swego rodzaju stanowczością.
— Poradzimy sobie z tym. Poczekaj tu na mnie chwilę — poprosiła go, a kremus nie odpowiedział nic, chociaż bardzo chciał. Nie uznał żadnej odpowiedzi w tej chwili za stosowną, dlatego też przymknął pysk. Wreszcie, starsza wyłoniła się z magazynku, a w pysku trzymała parę białych kwiatów z długimi, intensywnie zielonymi łodyżkami. Położyła je przed kocurem. — Nakarm go tym ziołem, a jeśli wystąpią jakiekolwiek komplikacje, przyjdź do mnie jak najszybciej — poinstruowała go, a wojownik poczuł narastającą w nim nadzieję na polepszenie się stanu malucha.
— Dziękuję ci bardzo, Jagnięcy Ukłonie — odpowiedział, po czym chwycił rośliny w pysk ostrożnie, a następnie obrócił się na pięcie i ruszył biegiem przez centrum raz jeszcze. Poczuł chłodne powietrze w gardle, a mroźne pazury Pory Nagich Drzew muskały go po grzbiecie, gdy znalazł się z powrotem w kociarni. Podszedł do Firletki, który w danej chwili miał całkowicie zamknięte oczy. Kocur spojrzał na Kukułczy Wdzięk.
— Zasnął? — zapytał cicho i przysiadł tuż obok. Szylkretka pokiwała głową.
— Powinien odpoczywać, ale bez ziół odpoczynek może przynieść niepożądane skutki — wyjaśniła półszeptem, ogonem muskając lekko nos malucha. Firletka otworzył dość odruchowo pyszczek, a następnie kichnął, marszcząc brwi. Trójoki Zając schylił się odrobinę, po czym przysunął do niego zioła.
— Zjedz je, poczujesz się dużo lepiej — zamruczał, a mięśnie w łapach napinały mu się odruchowo, z każdym kolejnym uderzeniem serca bał się, że go tracili. Malec jednak przysunął główkę do ziół i zaczął je żuć, a na kufie wymalowało mu się lekkie zniesmaczenie.
— Gorzkie… — pożalił się, wtykając niezdarnie łapki pod siebie. Wojownik poprawił posłanie tak, żeby osłaniało niebieskiego, jak najlepiej.
— Wiem, synku… wiem, ale pomoże ci. Przez chwile jeszcze będziesz czuł smak zioła na podniebieniu, ale to mała cena, jaką trzeba zapłacić za wyzdrowienie — próbował go pocieszyć, ale i jednocześnie przekonać. Zdawało się, że minęła wieczność, aczkolwiek kociak przełknął wreszcie ostatni kęs zioła, wystawiając język. Przyniosło to ogromną ulgę Trójokiemu Zającowi. Nawet jeśli nie mógł mieć pewności, czy było to koniec leczenia, tak pierwsza dawka oferowała mu tak wielką nadzieję, że na razie nie chciał skupiać się na ewentualnych scenariuszach, które mogłyby potoczyć się niekorzystnie. Położył łeb obok, nasłuchując nabieranych oddechów. Doszukał się lekkiego świstu, jednak poza tym, odnosił wrażenie, jakby od razu było lepiej.
Wyleczeni: Firletka
<Firletko, wyzdrowiej, to ci opowiem więcej>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz