Podczas Pory Zielonych Liści, kilka dni po śmierci Aminkowej Łapy.
Rudy kocur stanął przed kronikarzem.
— Grota Pamięci to naprawdę piękne i spokojne miejsce… też bym tu się ukrył przed światem. Na zawsze.
Słowa rozbrzmiały po piwnicy. Echo kroków. Tańcujące Pierze przysiadł się do Lotosowego Pąku. Podsunął mu łapą soczystego zająca. Zanim Lotos mógł zareagować, Pierze zaczął ciepło:
— … Ja przepraszam za mój wybryk, naprawdę — miauknął; w jego głosie można było wyczuć smutek i wyraźne wyrzuty sumienia. — Nie wiem czy Mszyca ci mówiła, ale… cóż, Aminkowa Łapa umarł. Trochę mnie poniosło i omal, co nie rozniosłem lecznicy, he, he… no, ale mniejsza — machnął łapą i wskazał na zwierzynę — Częstuj się. Będę musiał jeszcze przeprosić twoją siostrę… oby gniew Klan Gwiazdy mnie nie dosięgnął… — spojrzał na kronikarza. Zmrużył lisie ślepia, szczerząc kły. — I spokojnie, nie jest zatrute. Ja to nie Gadożer — zaśmiał się. Niepotrzebnie przejmował się tym białym szczurem, który tylko imitował boskie stworzenia takie jak Lotos.
Albinos chwilę się zastanawiał nad propozycją, po czym pokręcił głową.
— Później.
Tańcujące Pierze wzruszył szerokimi barami.
— No, jak chcesz — rzekł i wstał. — Ale polecam zjeść go jeszcze dzisiaj. Może też zanieś go siostrze lub… Wędrującemu Niebu.
“No chyba, że planowaliście grupową głodówkę!” — pomyślał.
Ponownie usiadł na zadku, nie wiedząc, co dalej począć. Wtedy wpadł na zaskakujący pomysł. Szmaragdowe oko zaświeciło.
— Lotosowy Pąku… — zaczął ciszej. — Co myślisz o tym naszym przywódcy? Królicza Gwiazda ostatnimi czasy nie czuje się za dobrze. Nie wychodzi ze swojej wieży. Nie jada z nami. Echo odwala za niego całą robotę! Czy Króliczą Gwiazdę można jeszcze nazywać naszym przywódcom, Lotosowy Pąku? — mówił przejęcie ze zmartwionym głosem. — To jego syn powinien już dawno zająć jego miejsce…
Jeszcze raz obrzucił spojrzeniem przyniesionego zająca, a później siedzącego obok wojownika.
— Najpierw przeprosiny za coś, przy czym mnie nawet nie było, a teraz przesłuchanie? — Uniósł brew. — Nie przyszło ci jeszcze do głowy aby, po twoich ostatnich wybrykach, przestać wtykać nosa w nie swoje sprawy?
Odwrócił pysk od Pierza, wbijając wzrok w ścianę jaskini. Milczał przez parę uderzeń serca.
— Królicza Gwiazda ma już swoje księżyce na karku — miauknął w końcu. W jego ślepiach błysnęła iskierka, jak za każdym razem, gdy chwalił się swoim bystrym tokiem myślenia przed innymi. — Każdy wie, że po śmierci swojej partnerki i drugiego syna, Kruczego Tańca, zaczął... Tracić chęci do działania. Jednak, czy można mu się dziwić, że nadal piastuje pozycję przywódcy? Kto ze swojej własnej, dobrej woli zdecydowałby się na emeryturę, rezygnując z takich przywilejów? Czy to w ogóle byłoby możliwe? Zawodzące Echo nie może zyskać żyć od Klanu Gwiazdy, ani imienia lidera, dopóki jego ojciec nie odejdzie. Pełniłby dokładnie tę samą rolę, co teraz.
Tańcujące Pierze milczał. Czyżby Lotos go nie słuchał? Musiał się powtórzyć najwidoczniej.
— Wybacz, wyraźnie za szybko mówię... jak zwykle. Aminkowa Łapa to był mój brat. Strata kolejnego członka rodziny była dla mnie bardzo... nieprzyjemna. I nie dokończył treningu, gdy mi obiecał, że to on pierwszy zostanie wojownikiem... — skrzywił się, przypominając sobie o wujku, ojcu i matce. Czy rzeczywiście za nimi tęsknił? Nic do jego życia nie wnosili. Wychowali i odstawili pisklęta pod opiekę klanu, lecz czasem żałował, że był zbyt głupi i postanowił zostać w tym klanie. — ... Czy ty też straciłeś kogoś bliskiego, Lotosowy Pąku? — zapytał ciszej.
Po chwili spojrzał w ten sam kierunek, co Lotos. Słuchał go, przyglądając się malunkom na ścianie.
— Nie chcę cię przesłuchiwać — miauknął i westchnął ciężko. Zgarbił się i utkwił wzrok w ziemi. — Po prostu... klan zaczyna się podzielać. Szkoda, że za dnia nie możesz wychodzić — zamknął oczy, próbując sobie przypomnieć ostatnie dni. — ...Kocie szepty w legowisku wojowników narastają na sile. Widzę te krzywe spojrzenia pobratymców na wieżę, widzę ich niezadowolenie. Na pierwszy rzut oka nie zobaczysz, ale w obozie zaczęły się robić grupki — obrócił głowę w kierunku kronikarza. Wyglądał na zmartwionego obecnym stanem klanu. — Przeraża mnie to. Ten klan zaczyna się stawać czymś rodzaju grup samotniczych w świecie dwunożnych. Marnieje. Nienawiść i niepewność, co do przyszłości Klanu Burzy zakorzeniły się głęboko w naszych sercach. Zdaje się, że koty obwiniają o to samego Króliczą Gwiazdę... — posmutniał na pysku i uciekł wzrokiem. — Jesteśmy podzieleni, a powinniśmy ze sobą współpracować. To takie przykre... — westchnął. Odwrócił głowę w bok. Lotos mógł tylko zobaczyć jego długą, iglastą grzywkę na połowę twarzy.
— Ktoś, kto ma dobrą reputację w klanie powinien się tym zająć. Jedni myślą, że pozbycie się Króliczej Gwiazdy przyniesie nam zwycięstwo i świetlaną przyszłość. Drudzy chcą się trzymać tradycji i szanować decyzje gwiezdnych.
Lotosowy Pąk zmrużył ślipia.
— Mam nadzieję, że stoisz po stronie tych drugich — miauknął, po czym westchnął i podniósł się z ziemi. Spojrzał na Pierze. — Nie jestem pewien, co masz na myśli przez "zajęcie się tym"... I chyba nie chcę wiedzieć. Nie popieram wszystkich działań, a raczej — tu skrzywił się — ich braku, Króliczej Gwiazdy, ale myślę, że niewiele czasu brakuje, aby Srebrna Skóra przyjęła go z otwartymi ramionami w sposób naturalny — uniósł brew, akcentując to słowo. — Nie znałem wielu kotów, które dożyły tego wieku.
Pochylił się, złapał podarowanego zająca za kark i nieco podejrzliwie zerknął z ukosa na wojownika.
— Koniec pogaduszek — miauknął z pełnym pyskiem, po czym machnięciem ogona wskazał Pierzu wyjście z Groty Pamięci. — Niektórzy w tym klanie rzeczywiście robią coś pożytecznego. A ty... Nie daj się przygnieść śmierci Aminkowej Łapy. W Klanie Gwiazdy na pewno patrzą na niego jak na pełnoprawnego wojownika.
***
Na szarawym, pozbawionym kolorów nieboskłonie rozpostarły się dwa potężne ptaszyska, bystrym okiem obdarzając wszystko pod nimi z wyraźną pogardą. W wysokich, wyschniętych trawach chowały się bezbronne, futrzaste kulki. Skryły się przed śmiercionośnymi szponami w tej gęstwinie, znajdując chwilową ulgę. To fałszywe poczucie bezpieczeństwa spowodowało, że jedno stworzenie z futrzastych kulek nie mądrze postąpiło, pokazując ciekawską głowę drapieżnikom. Nie minęła chwila, nawet nie uderzenie serca, zanim króliczka porwały ku wschodzącemu słońcu szpony króla niebios. Pobratymcy poległego wytrzeszczyli oczy. Niespodziewany szelest naprzeciw nich spłoszył futrzaste kulki. Uciekły w popłochu, chcąc się ratować.
— Ha! — rozległ się w trawie koci głos. — Wiedziałem, że tak się to skończy!
— … Spłoszyłeś naszą cenną zdobycz… — wymamrotał ciszej drugi głos.
— A, tam! — przerwał mu pierwszy. — Mamy na razie tych szczurów pod dostatkiem. Nie potrzeba nam aż tylu!
— Czy nie możemy już wrócić do domu, Pierze? Zaraz będzie lać… słyszałeś jak grzmi!
— Weź ty przestań w końcu jęczeć! — syknął.
Nagle odezwał się trzeci głos, najpewniej należący do kocicy:
— W takim razie po co nas tu sprowadziłeś, co? Przecież mieliśmy…
Kotka przerwała, gdy nagle przed nimi rozległ się grzmot podobny do warczenia potworów. Jeden z kotów najpierw wyściubił biały nos z wysokiej trawy, po czym wyszedł z ukrycia. Umięśniony, długonogi kocur o biało płomiennej sierści jako pierwszy stanął przed pomarańczowymi tańczącymi językami na wietrze. Zerknął przez ramię na ukryte koty. Zawołał ich jednym ruchem głowy. Po jego prawej pojawił się czekoladowy burmski, a po lewej — wielka, puszysta srebrzysto szylkretowa kocica. Wszyscy wbili zszokowane zielone ślepia w dziwne zjawisko, którego jeszcze nikt z ich trójki nie miał szansy spotkać.
Ogień z łatwością rozprzestrzeniał się po suchej trawie, a wspomagany przez wiatr przenosił się w zastraszającym tempie. Bąbelkowy Plusk cofnął się do wysokiej, zardzewiałej trawy. Kocica zmarszczyła brwi. Natomiast rudy burmski patrzył niby zahipnotyzowany płomiennymi językami. Powoli wyciągnął łapę ku nim. Cofnął prędko kończynę, gdy poczuł na opuszkach pieczenie i ciepło. Wytrzeszczył oczy. Na pysku rudego kocura zaczął formować się niepokojąco szeroki uśmiech. Zmrużył lisie, szmaragdowe oczy, w których wyraźnie odbijały się tańczące, wirujące na wietrze ogniste jęzory.
— Ogień… — szepnął drżącym, podekscytowanym głosem. — No tak! Ogień! To jest ogień! — miauknął, zerkając przez ramię na kotkę. — Ogień niszczy wszystko, co niegodne tego świata. Oczyszcza skażone ziemie. Dzięki niemu powstanie nowy, upragniony porządek! — mówił dramatycznie. — Te króliki może i tego nie zrozumieją, ale my, zające, jesteśmy w stanie pojąć takie głębokie słowa. Wiemy, że to prawda.
Wtedy jeszcze raz spojrzał na płomienne skrzydła rozpościerające się na suchej trawie.
— Szkoda, że Aminkowa Łapa nie może tego zobaczyć… — wymamrotał.
Obrócił się przodem do swoich towarzyszy, ale zauważył, że czekoladowego wojownika z nimi nie było. Zmarszczył brwi.
Bąbelkowy Plusk uciekł, ale dokąd?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz