Przeszłość
Świerszcze szeleściły pomiędzy trawami, śpiewając swoje najlepsze melodie w akompaniamencie licznie zasiadywanych gałęzi przez ptaki. Klangor mew niósł się echem po jamie, a ryk wodospadu uderzającego o posadzkę dość sprawnie tłumił wszystkie inne dźwięki, samemu niezwykle hałasując. Kocur przypadkowo wpadł na jedną z uczennic, która nawet nie siedziała w centrum, a na uboczu. Jego myśli zaczęły zalewać wszelkiego rodzaju obawy, a uszy kładł po sobie nieprzyjemnie. Nie miał w zamiarach wpadać dzisiaj na kogokolwiek, jednak zmęczenie dawało się we znaki. Opieka i rozmawianie ze starszymi, wyciąganie tych wszystkich obrzydliwych kleszczy… wymiana posłań, wszystkich, które były zaniedbane i w strzępkach, a potem wyniesienie tego wszystkiego poza obóz, żeby nikomu nie wadziło pod łapami. Następnie, pomoc w poukładaniu ziół w lecznicy, upewnienie się, że karmicielki wraz ze starszyzną zjedli należyty posiłek. Zapowietrzył się wręcz, czując nieprzyjemne ukłucie w płucach. Gdyby Nietoperza Łapa zechciała, mogłaby niezwykle uprzykrzyć mu życie. Zupełnie tak, jakby obecnie nie wyglądało ono dość nieciekawie. Czasu jednak nie cofnie, a wszystkiego na zmęczenie zwalać nie mógł, w końcu dzisiaj się przecież wyspał. — Jak chodzisz? — mruknęła, wyraźnie niezbyt zachwycona z tego, co się właśnie wydarzyło. Westchnęła cicho, a następnie usiadła. Wbiła wzrok w kocura. Kremowy poczuł, jakby odcięto mu język. Dlaczego w chwilach, kiedy najbardziej go potrzebował, on się zapadał i odmawiał mu posłuszeństwa, tworząc w gardle nieprzyjemną gulę? — Właśnie odpoczywałam i spędzałam czas ze swoimi myślami, a tym mi w tym przeszkodziłeś — dodała i pokręciła lekko łebkiem. Przełknął ślinę, słuchając dalej jej słów. — Cóż za brak wychowania — dorzuciła i wyszczerzyła delikatnie ząbki.
Trójoki Zając zmarszczył trochę brwi, jednak po paru uderzeniach serca je wygładził. Nie potrzebował kłótni z uczennicą, miał swoje księżyce na karku, doświadczenie także. Nie wyłapał, że jedynie sobie żartowała. Pomyślnie przeszedł test na wojownika, a do traktowania go gorzej jakoś nie potrafił się przyzwyczaić, mimo fali wyrzutów sumienia zalewających jego umysł, chłonący wszystkie te przykrości niczym gąbka wodę. Pochylił przed nią łeb, wstrzymując oddech, a potem wypuszczając powietrze powoli, pyskiem. Nie chciał powiedzieć jej niczego niemiłego, a nerwów miał coraz to mniej ze względu na ciężki, pracowity dzień.
— To się więcej nie potwórzy. Przepraszam, że przeszkodziłem — powiedział, a potem, gdy już miał się wycofać, poczuł, jak czarnofutra lekko szturcha go w bark.
— Wyluzuj, cały czas chodzisz taki spięty — powiedziała, nosem wskazując na jego tylne łapy, które go już zaczynały boleć od ciągłego napinania ich. Wszystko to przybywało do niego tak niespodziewanie, czasem odnosił wrażenie, że nie posiadał pełnej kontroli nad własnym ciałem, co było dość… dziwne. Zmęczenie robiło różne, nietypowe rzeczy z kotem.
Później, gdy wrócił do swojego posłania, dostrzegł w nim żabę. Istotka zamrugała z kamiennym wyrazem twarzy, jedyne co jej się poruszało, to podbrzusze. Kremowy westchnął przeciągle. Kto mu wiecznie sprawiał psikusy? Nie miał na to siły. Pochwycił żabę, a potem odłożył ją tuż obok, poza jego posłaniem i położył się w nim, nakrywając nos łapą. Wystarczyło mu już, że miał tak paskudne imię i był traktowany niczym wyrzutek.
Nie chodziłby spięty, gdyby nie musiał tak chodzić. Nie miał nic więcej do dodania od siebie, a nie chciał palnąć czymś głupim znowu. Nawet jeśli Nietoperza Łapa nie chciała raczej źle, to Trójoki Zając był zbyt zmęczony, żeby to odebrać jakoś pozytywnie. Chociaż on nie żywił urazy wcale długo.
***
Teraźniejszość
Psotny Nietoperz została mentorką Kurzej Łapy, czyli jednej z dwóch znajdek, jakie zawitały w obozie Klanu Klifu już jakiś czas temu. Jako, iż jej brzuch stawał się coraz to bardziej okrągły, została przeniesiona do żłobka. Jego ostatnia interakcja z łaciatą kocicą była tak dawno… nosił jeszcze imię Lekkomyślnej Łapy, za którym wcale nie tęsknił. Tak wiele rzeczy, miał wrażenie, działo się dookoła niego, a on nie miał za bardzo czasu nawet nad tym dywagować. W rzeczywistości uważał, iż było mu dobrze z jego właściwym, porządnym imieniem, Trójokim Zającem. Brzmiało dumnie, a przede wszystkim nie stawiało go w negatywnym świetle, oczywiście w pewnym sensie. Życzył kotce jak najlepiej, nawet jeśli ich pierwsze spotkanie wcale nie było takie kolorowe, jak chciałby je zapamiętać. Mimo to, próbował pozostawać względem każdego tak neutralnym, jak tylko było to możliwe. Przełknął nerwowo ślinę, mała Mysikrólik zaczęła gryźć go po uszach, jednak on nie zwracał na to szczególnej uwagi. Wreszcie, gdy jej się to znudziło, podniósł się z własnego miejsca i zbliżył delikatnie do łaciatej, ale nie szczególnie blisko. Tak, żeby go usłyszała.
— Psotny Nietoperzu, dziękuję, że ostatnio zwróciłaś uwagę na jedną z moich córeczek, Ćmę — powiedział do kotki, gdy nawiązali kontakt wzrokowy. — Sama wiesz jak to jest... osiągnęły taki wiek, że je ciągnie poza ściany nory. Gdyby nie ty, nie wiem, jak dalej mogłoby się to potoczyć — dopowiedział jeszcze, czując wyrzuty sumienia, że nie był w stanie wtedy zareagować, ponieważ nie było go nawet w obozie, ale i ulgę, że ktokolwiek zwrócił uwagę i zapobiegł ewentualnej tragedii.
<Psotny Nietoperzu?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz