Widział zmartwione pyski karmicielek, słyszał szepty, jednak nikt nie raczył do nich podejść, zachowywać się "normalnie". A to wszystko przez zniknięcie Truskawkowego Pola. Jego matki, zastępczyni, kotki, która i tak nie była obecna w jego życiu. Mimo to informacja o jej zniknięciu dotknęła Migota. To wtedy kocur zdał sobie sprawę, że Truskawkowe Pole tak naprawdę ich nie kochała. Dopiero wtedy całe jej zachowanie względem ich zaczęło nabierać sensu. Uciekła przez nich?
Siedział w kącie żłobka. Trudno było mu nazwać uczucia, które się w nim kłębiły. Nie tęsknił za matką. Nigdy nie zaznał od niej czegoś, za czym mógłby tęsknić. Bardziej czuł się winny jej ucieczki. Bał się, że to przez nich Klan Klifu stracił zastępczynię. A poczucie twardego zderzenia z rzeczywistością tylko wzmocniły wszystkie te uczucia.
Nagle poczuł obok czyjąś obecność. Odwrócił głowę, by zobaczyć swojego brata. Firmament uśmiechnął się lekko w jego stronę, a Migot zaczął zastanawiać się, czy tylko jego dotknęły tak drastyczne myśli o ich odpowiedzialności za przyszłość Klanu Klifu.
– Jak się trzymasz? – zapytał Firmament.
– Dobrze! Co to w ogóle za pytanie? Zaraz będziemy mianowani! Wreszcie. Czekałem na ten dzień od tak dawna! – powiedział Migot, przywracając na nowo swoją iskrę ambicji. Nie zamierzał rozmawiać z bratem na temat ich matki. Nie zamierzał z nikim o tym rozmawiać.
***
Siedział dumnie wyprostowany, z cierpliwością czekając na swoje mianowanie. Na pysku widniał mu szeroki uśmiech, mimo wydarzeń z rana, o których zwyczajnie starał się nie myśleć. Sierść miał ładnie wyczesaną i czystą, chyba pierwszy raz od księżyców. A dokonała tego Jastrzębi Zew, wraz z małą pomocą innych karmicielek, ze względu na strasznie poplątaną sierść na ogonie kocurka oraz stawiany przez niego głośny opór. Ale co miał zrobić? Przecież nie mógł pozwolić, by jakiś plebs go dotykał! I w dodatku układał jego futro. Jego! Jednak musiał przyznać, że wyglądał znakomicie, jak na małego księcia przystało. A jak na Migota przystało, ten oczywiście musiał się tym szczycić na lewo i prawo, jak to nieskazitelnie wygląda w dzień swego mianowania. Firmament też nie wyglądał źle, ale on akurat wyglądał tak każdego dnia, więc nie było to nadzwyczajne zaskoczenie, jak w przypadku niebieskiego kocurka.
Gdy tylko usłyszał swoje imię, wystąpił naprzód. Z determinacją wypisaną na pysku spojrzał na swojego ojca. Nie stresował się mianowaniem. Nie stresował się początkiem szkolenia. Wiedział, że to wszystko pójdzie mu znakomicie, a Lśniąca Gwiazda będzie z niego dumny. Tak było zapisane w gwiazach migoczących na niebie.
Od tego dnia nazywał się Migocząca Łapa, a jego mentorem został sam lider, Lśniąca Gwiazda.
[477 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz