Przeszłość
Kiedy tylko kremowy kocur zaproponował mu spacer, nie był do końca pewny tego wszystkiego. Czuł się nieco zagubiony we własnych uczuciach, szczególnie tych związanych z Gasnącą Łapą. Nigdy nie miał kogoś, kogo mógłby określić mianem partnera — widywał różne pary w klanie i każda z nich była na swój własny sposób autentyczna. Nie wiedział, czy coś takiego będzie mógł zbudować z pomarańczowookim, a nawet jeśli to, czy przetrwają próbę czasu, problemów i innych czynników, na które nigdy nie mieli i nie będą mieć wpływu.
Czarny z dużą rezerwą podchodził do nawiązywania jakichkolwiek głębszych relacji ze względu na sporą ilość kotów, które zdążyły odejść przed nim. Nawet jeśli minęło sporo czasu to każda z tych śmierci była niczym świeża rana, która ledwo co powstała. Bał się, że jeśli zbuduje kolejną bliską relację, to ta równie szybko dobiegnie końca i to nie z jego strony. Miał dość ciągłego bólu, nieprzepracowanej do końca żałoby, czuł, jak z każdym dniem to wszystko powoli do wyniszcza. Przynajmniej tak było, dopóki nie spotkał na swojej drodze Króliczej Prawdy — kocur niespodziewanie szybko zawrócił mu w głowie, pozwalając odkryć nieznane dotąd oblicze Poczciwego Szakłaka.
Zielonooki finalnie zgodził się na wspólne wyjście poza obóz, choć od tego momentu pomiędzy nimi utrzymywała się cisza. Jednolity nie naciskał na swojego towarzysza, wiedząc, jak ciężko jest czasem podzielić się swoimi przemyśleniami, uczuciami czy ciążącą przeszłością. W tej kwestii był bardzo wyrozumiały i trzymał się zdania, że czasem sama obecność drugiego kota potrafi naprawdę dużo pomóc. W końcu jednak cisza została przerwana przeciągłym westchnieniem pręgowanego, a następnie jego słowami:
— Muszę przyznać, że w Klanie Klifu też raczej nie miałem wielu bliskich sobie kotów. Właściwie… to chyba nawet nie wiem, jak powinna wyglądać przyjaźń — stwierdził, wpatrując się w trawę kołyszącą się na wietrze. — Czy to normalne? Opowiadać sobie o wszystkim, co się przeżyło? Może to zbyt personalne… zbyt intymne? Może takie rzeczy są zarezerwowane dla bliższych relacji? — westchnął, utrzymując wzrok na widoku przed sobą. — Wiele księżyców temu spotkałem na granicy z Klanem Wilka pewną kotkę o rudej sierści i pięknych, zielonych oczach. Chyba to właśnie ona zaburzyła mi granicę między przyjaźnią a partnerstwem — zaśmiał się nerwowo, lekko kładąc po sobie uszy
— Też do końca nie wiem, jak powinna wyglądać przyjaźń. Wszystko, co wiem to głównie z obserwacji innych lub tego, jak Rudzikowe Skrzydełko ze Skrzydlatą Płomykówką się do mnie odnoszą. O partnerstwie nawet nie mówiąc… Większość kotów w moim wieku ma już rodziny, dzieci, a ja? Mam tylko dwie siostry za przyjaciółki… No i ciebie — dodał z lekkim uśmiechem, przystając na chwilę. — Jeśli chcesz, możemy razem poznawać, czym jest prawdziwa przyjaźń.
«★»
Pożar w Klanie Burzy
Nie wiedział do końca, co się dzieje. Wszędzie dookoła był dym, krzyki przerażonych kotów oraz gorąc kolejno to zajmujących się ogniem fragmentów obozu. Zielone spojrzenie starało się wypatrzeć pewną sylwetkę ucznia, który przez pewien czas ich znajomości stał się nie tylko przyjacielem, a kimś więcej dla wojownika.
Zakaszlał, kiedy to wdychany dym zaczął nieprzyjemnie drażnić jego przełyk i płuca. W tym samym momencie poczuł szturchnięcie w bark — przez ograniczoną widoczność nie był pewny, kim jest kot obok niego, lecz wiedział, że musi szybko się ogarnąć, nim galopujące myśli doprowadzą do jego zguby. Ruszył za innymi do Groty Pamięci, dopiero tam z czasem powoli zaczęło się wyjaśniać. Właśnie wtedy dowiedział się, że od pewnego czasu garstka Burzaków spiskowała przeciwko dotychczasowemu liderowi. Nie był zaskoczony udziałem Dzikiego Berberysu w tym, gdyż nadal pamiętał, jak dawniej nieco pokłócił się z kocurem na temat Króliczej Gwiazdy. Największy szok natomiast wywołał u niego fakt, iż w to wszystko była również zamieszana Rudzikowe Skrzydełko.
Z każdym słowem srebrnej czuł, jak to, co uważał za przyjaźń, obraca się w drobny mak. Zaczął kwestionować każde słowo, które kota zdążyła wypowiedzieć w jego kierunku — dotychczas nigdy nie poczuł, jak to jest być zdradzony, lecz teraz smak nieznanego dotąd uczucia wręcz palił go w język. Rudzik była mu bardzo bliska jako przyjaciółka, ona pierwsza postanowiła nawiązać z kocurem tego typu relację, a nagle okazało się, że spiskowała z innymi. Czy jej naprawdę było tak źle w klanie? Miała rodzeństwo, do dziś żyjącą matkę, posiadała nawet dzieci!
“Więc dlaczego… Dlaczego!” — krzyczał w myślach, starając się jakkolwiek skupić na słowach zdrajców oraz Zawodzącego Echa.
Kiedy klan miał zadecydować o ich losie, wahał się. Nie chciał przykładać w żadnym stopniu łapy do śmierci kogokolwiek, jednak kiedy to powoli coraz większa ilość kotów decydowała się na egzekucję Tańcującego Pierza oraz Nieustraszonego Chomika, zdał sobie sprawę, że dla ich dwójki i innych raczej nie ma odwrotu. Z gulą w gardle wyraził swoje ostateczne zdanie na temat oskarżonych wraz ze Skrzydlatą Płomykówką, czyniąc ich głosy za decydujące.
«★»
Myślał, że to już koniec i nigdy więcej nie będzie musiał brać udziału w śmierci innych. Jednakże bardzo się mylił. Zawodzące Echo wyznaczył Oskrzydlonego Ognika jako wykonawcę egzekucji Tańcującego Pierza, a jego samego jako obstawę dla rudego kata. Czarny starał się nie myśleć o tym, czego zaraz będzie świadkiem, skupiając się na swoim zadaniu, jednak protesty, groźby, a finalnie krzyki Pierza były czymś, co przez długi czas pozostanie z nim, niczym zmora, nie dając chwili wytchnienia.
Z trudem wrócił do Groty Pamięci, a raczej sąsiadującej jej jaskini, która miała stanowić nowe centrum obozu, choć te nadal było w trakcie prac. Łapiąc tam pierwszego lepszego kota, spytał o Gasnącą Łapę, lecz Burzak odesłał go do Skrzydlatej Płomykówki, która jako nowy zastępca zajmowała się przydziałem zadań i patroli.
— Skrzydlata Płomykówko — zawołał, zauważając srebrną w tunelu prowadzącego do trzech jaskiń oraz wyjścia do starego obozu. Kotka na dźwięk swojego imienia od razu stanęła, kierując spojrzenie na wojownika.
— Szakłaczku. — Określenie to niemal od razu wywołało grymas na pysku kocura oraz lawinę wspomnień związanych z Rudzikowym Skrzydełkiem, która to lubiła mówić do starszego zdrobnieniem imienia.
— Proszę, nie zwracaj się tak do mnie… Przynajmniej przez najbliższy czas.
— W takim razie potrzebujesz czegoś, Poczciwy Szakłaku? — Skinęła głową, przyjmując do wiadomości prośbę przyjaciela.
— Szukam Gasnącej Łapy.
— Wyznaczyłam do patrolu łowieckiego. Jeśli chcesz, to mogę również tobie przydzielić zadanie. Trzeba przeszukać stary obóz i uratować ze zgliszczy wszystko, co się da.
— Jasne, sprawdzę dawne legowisko wojowników. Może jakieś posłania się ostały.
Ruda ponownie skinęła głowy, by następnie ruszyć do żłobka, gdzie Dryfujący Fluoryt opiekowała się znajdkami Zwiewnego Maku. Ona również stanowiła zagadkę dla kocura, pozostawiając te same pytania, co w przypadku Rudzikowego Skrzydełka — obie były matkami, a mimo posiadania osłony przed deszczem, wiatrem, mając zapewnione piszczki, pomoc w opiece nad maluchami, zdecydowały się na spisek przeciwko liderowi.
Odrzucając, chociaż na chwilę te myśli, zielonooki ruszył tunelem, którego wyjście prowadziło do starego obozu, po którym zostały jedynie spalone zgliszcza. Trawa niegdyś obecna niemal na każdym kroku w azylu została w całości strawiona przez ogień, ukazując jedynie jałową ziemię. Powolne kroki skierował do legowiska wojowników, którego wejście niegdyś było przysłonięte krzewami. Teraz jedyne, co po nich zostało to parę zwęglonych gałązek, które już nie nadawały się do pełnionej dawniej funkcji. Krótki tunel do nory teraz był w pełni odsłonięty przed światem zewnętrznym, a zimne promienie słońca bez problemu wpadały do dawnego legowiska. Jego sylwetka rzucała cień na drogę przed nim oraz najbliższe kawałki posłań, które niektórzy w pośpiechu próbowali uratować.
Nie spiesząc się, powoli przemierzał wejście. Co jakiś czas zatrzymywał się i oglądał szczątki uwitych legowisk. Jedno z nich delikatnie uniósł w obawie, że te pomimo trzymania się razem w zwartej konstrukcji, rozpadnie się w jego łapach. Początkowo wyglądało na całe, lecz jego tylnia część okazała się zwęglona, co oznaczało niepowodzenie w dotychczasowych poszukiwaniach. Nie mógł czegoś takiego przynieść do obozu — co innego, gdyby to było jego własne posłanie. Wtedy bez wahania by wziął je i w jaskini przydzielonej wojownikom, próbował uratować każdy kawałek, jaki się da.
«★»
Po bezowocnych poszukiwaniach ruszył w głąb terytorium, chcąc znaleźć gałęzie, które będą na tyle wytrzymałe, by stanowiły umocnienie przejść pomiędzy jaskiniami. Liczył tylko, że pogoda będzie na tyle łaskawa, by w czasie tej wyprawy nie złapał go deszcz, czy też pierwszy śnieg. Wysokie trawy na równinach były wilgotne pomimo górującego słońca, a krople rosy z łatwością osadzały się na półdługiej sierści Szakłaka, sprawiając, że te już po paru krokach zaczynało łączyć się w mokre pasma. Na nieszczęście jego wędrówka nieco mu zajęła i dopiero w pobliżu granicy z terenem Klanu Wilka znalazł odpowiednie gałęzie. Może i znalazłby jakieś wcześniej, lecz wcześniejsze znaleziska według niego nie spełniały wymogów, by zostać użyte do budowy nowego obozu.
Gałęzie były raczej tych większych rozmiarów, więc zabranie ich wszystkich na raz nie było możliwe dla kocura. Wziął raptem parę sztuk i z nimi ruszył w drogę powrotną, która okazała się znacznie dłuższa i cięższa z nowym balastem. Mimo to wierzył, że jego wysiłek nie pójdzie na marne i przyniesione znaleziska idealnie się sprawdzą do powierzonego zadania.
«★»
— Gasnąca Łapo, masz może chwilę? — Pytanie padło z pyska Szakłaka, kiedy tylko powrócił do obozu i odnalazł kocura, którego wcześniej próbował odnaleźć. Chciał mu coś ważnego powiedzieć, czując, że przeciągnie tego, może w późniejszym czasie mścić się na zielonookim. Może to, co miał do wyznania było tylko czymś jednostronnym, chwilowym, lecz pomimo tych obaw chciał, by kremowy kocur wiedział o tym.
<Gasnąca Łapo?>
Event Klanu Burzy:
Zebranie gałęzi na umocnienie przejść pomiędzy jaskiniami
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz