Oh. Iskrzyk to ma jednak świetne pomysły. Płatek wydawał się smutnym kotem. Nie wiem dlaczego. Ale to widzę. Wydawał się również zawsze bardzo miły. Miłe koty nie powinny być smutne. Więc zrobimy tak, żeby był mniej smutny dziś.
– Uh. Dobra. Chodźmy – odparłem od razu, bez głębszej analizy.
– O. Teraz? W sensie… okej! Tam siedzi – Iskrzyk wskazał na niego końcem ogona.
Zerknąłem we wskazanym kierunku, po czym wstałem i ruszyłem w jego stronę, niemal wywracając się w śniegu.
Kremowy zwiadowca również wstał, przeciągnął się i ruszył za mną.
Zatrzymałem się tuż przed stróżem, patrząc na niego z góry. Nie powiedziałem nic. Czekałem, aż dołączy do mnie Iskrzyk. Płatek lekko zmarszczył brwi, patrząc na mnie niepewnie, wyraźnie zdezorientowany pojawieniem się dwóch zwiadowców.
– Oh… Cześć, Borowiku. Iskrzyku. Czy… coś się stało…?
– Tak.
– Nie – powiedział jednocześnie ze mną kremowy.
Iskrzyk spojrzał na mnie z lekko uniesionymi brwiami.
– Uh… Znaczy w sumie nie. Ale… – rozejrzałem się na boki. – Ugh. Chodź. Idziemy. Na spacer – mruknąłem i ruszyłem w stronę wyjścia z obozu.
Zdecydowanie nie był to dla mnie najlepszy dzień na prowadzenie dłuższych konwersacji. W dodatku było mi zimno.
– C…co? Ale dokąd? – spytał zdezorientowany Płatek, patrząc to na moją oddalającą się postać, to na Iskrzyka.
– Pomyśleliśmy, że wybierzemy się razem za obóz, przejść się. Idziesz z nami, prawda? – zagadnął drugi zwiadowca.
– Z wami…? Znaczy… powinienem chyba zapytać… – kocur zaczął się niepewnie rozglądać po obozie. Chyba w poszukiwaniu swojej mamy. Jak widać, nie znalazł jej. – W sumie… jasne… Czemu nie. Tylko szybko… – kocur powstał od razu, nadal nerwowo obiegając wzrokiem otoczenie.
Zdaje się, że przekonanie go nie było trudnym zadaniem. Wręcz przeciwnie, chciał opuścić obóz jak najszybciej…
– No, to chodźmy! Ej, Grzybie, gdzie tak pędzisz? Pali się, czy co?
Zatrzymałem się więc. Odwróciłem się w ich kierunku, strzepując lekko ogonem.
– Ugh. Dalej. Dalej. Mieliśmy iść to… to idę.
Iskrzyk ruszył w moją stronę z lekkim uśmiechem a za nim, po chwili wahania, również i stróż. Kremowy minął mnie, bo nie ruszyłem się z miejsca.
Przy mnie zatrzymał się Płatek. Wyglądał, jakby chciał iść na końcu. Ale ja nie mogłem na to pozwolić. Nie, nie.
Po księżycach szkolenia, jak i rozwijania moich umiejętności społecznych jestem w stanie już doskonale rozpoznać koty, które są przyzwyczajone do chodzenia z tyłu grupy, mimo że tak naprawdę nie chcą. Dlatego ja muszę coś z tym zrobić. No, w dodatku to pozycja środkowa jest tą obiektywnie najbezpieczniejszą strategicznie. Ja, jako że moje mięśnie są niezwykle rozbudowane a mózg ostry i bystry, mogę iść bardziej na skraju. Yy… Tak.
Coraz lepiej widzę, że Iskrzyk miał dobry pomysł z tym całym wyjściem… Płatkowi dobrze to zrobi. O ile nie zamarznie.
– No. No, idź – mruknąłem do liliowego.
– Oh… Okej – wydawało mi się, że powiedział, ale równie dobrze mógł jedynie otworzyć pysk, z którego nie wyszło ani jedno słowo.
Płatek podążył za kremowym kocurem a ja za nimi.
***
Po wyjściu z obozu rozciągnął się przed nami piękny, krajobraz Pory Nagich Drzew. Śnieg, niczym miliony kryształków, odbijał światło słońca. Sople lodu wisiały z gałęzi ośnieżonych drzew.
No.
Tylko zimno jak nie wiem.
– Idziemy nad rzekę? Może po drodze udałoby nam się znaleźć jakąś zwierzynę, choć pewnie będzie ciężko… – Iskrzyk zagadnął z lekkim uśmiechem.
– No.
Nie byłem dziś zbyt rozmowny.
– Płatku? – kremowy zagadnął. – Co ty na to?
– Oh… W porządku. Możemy iść…
– Świetnie! Byłeś tam już kiedyś Porą Nagich Drzew?
– Nie, właściwie to nie…
***
Szliśmy już dość długo, ale, co dziwne, nigdzie nie było widać rzeki.
– Hmm… Dziwne. Na pewno dobrze poszliśmy? – spytał Iskrzyk, zatrzymując się.
– Ja… nie wiem… – Płatek również stanął.
Zmarszczyłem brwi. Rozejrzałem się.
Coś było nie tak. Niby okolica wyglądała jak ta przy rzece. Choć nie jestem tu często, to chyba jednak na tyle, by umieć rozpoznać to miejsce…
– Uh. Chwila…
Ponownie ruszyłem przed siebie. Chciałem coś sprawdzić…
Zaledwie po kilku krokach poczułem trzy następujące po sobie rzeczy. Najpierw, że pod moimi łapami zmienia się podłoże. Potem, że lecę, a raczej ślizgam się do przodu. A następnie… że wpadam pyskiem w zaspę po szyję.
Leżałem w bezruchu.
Za sobą usłyszałem nagłe westchnienie, a potem skrzypienie kroków.
– Borowiku…?
– Grzybie, żyjesz?
Podniosłem ostrożnie głowę. Byłem teraz cały w śniegu.
Zamrugałem. Próbowałem strzepnąć z siebie biały puch, jednak to nie pomogło. Muszę więc chyba zaakceptować jego obecność i nauczyć się z nim żyć…
– Uh… Znalazłem. Rzekę. Zamarzła. I zasypało ją.
Kremowy obiegł okolicę wzrokiem, marszcząc brwi.
– Ej, faktycznie. Dobra. Nowy pomysł. Ślizgamy się?
<Iskrzyku, ślizgamy się>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz