BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Miot u Pieszczochów!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Borowik x Iskrzyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Borowik x Iskrzyk. Pokaż wszystkie posty

14 lipca 2026

Od Borowika CD. Iskrzyka

Zamrugałem.
Oh. Iskrzyk to ma jednak świetne pomysły. Płatek wydawał się smutnym kotem. Nie wiem dlaczego. Ale to widzę. Wydawał się również zawsze bardzo miły. Miłe koty nie powinny być smutne. Więc zrobimy tak, żeby był mniej smutny dziś.
– Uh. Dobra. Chodźmy – odparłem od razu, bez głębszej analizy.
– O. Teraz? W sensie… okej! Tam siedzi – Iskrzyk wskazał na niego końcem ogona.
Zerknąłem we wskazanym kierunku, po czym wstałem i ruszyłem w jego stronę, niemal wywracając się w śniegu.
Kremowy zwiadowca również wstał, przeciągnął się i ruszył za mną.
Zatrzymałem się tuż przed stróżem, patrząc na niego z góry. Nie powiedziałem nic. Czekałem, aż dołączy do mnie Iskrzyk. Płatek lekko zmarszczył brwi, patrząc na mnie niepewnie, wyraźnie zdezorientowany pojawieniem się dwóch zwiadowców.
– Oh… Cześć, Borowiku. Iskrzyku. Czy… coś się stało…?
– Tak.
– Nie – powiedział jednocześnie ze mną kremowy.
Iskrzyk spojrzał na mnie z lekko uniesionymi brwiami.
– Uh… Znaczy w sumie nie. Ale… – rozejrzałem się na boki. – Ugh. Chodź. Idziemy. Na spacer – mruknąłem i ruszyłem w stronę wyjścia z obozu.
Zdecydowanie nie był to dla mnie najlepszy dzień na prowadzenie dłuższych konwersacji. W dodatku było mi zimno.
– C…co? Ale dokąd? – spytał zdezorientowany Płatek, patrząc to na moją oddalającą się postać, to na Iskrzyka.
– Pomyśleliśmy, że wybierzemy się razem za obóz, przejść się. Idziesz z nami, prawda? – zagadnął drugi zwiadowca.
– Z wami…? Znaczy… powinienem chyba zapytać… – kocur zaczął się niepewnie rozglądać po obozie. Chyba w poszukiwaniu swojej mamy. Jak widać, nie znalazł jej. – W sumie… jasne… Czemu nie. Tylko szybko… – kocur powstał od razu, nadal nerwowo obiegając wzrokiem otoczenie.
Zdaje się, że przekonanie go nie było trudnym zadaniem. Wręcz przeciwnie, chciał opuścić obóz jak najszybciej…
– No, to chodźmy! Ej, Grzybie, gdzie tak pędzisz? Pali się, czy co?
Zatrzymałem się więc. Odwróciłem się w ich kierunku, strzepując lekko ogonem.
– Ugh. Dalej. Dalej. Mieliśmy iść to… to idę.
Iskrzyk ruszył w moją stronę z lekkim uśmiechem a za nim, po chwili wahania, również i stróż. Kremowy minął mnie, bo nie ruszyłem się z miejsca.
Przy mnie zatrzymał się Płatek. Wyglądał, jakby chciał iść na końcu. Ale ja nie mogłem na to pozwolić. Nie, nie.
Po księżycach szkolenia, jak i rozwijania moich umiejętności społecznych jestem w stanie już doskonale rozpoznać koty, które są przyzwyczajone do chodzenia z tyłu grupy, mimo że tak naprawdę nie chcą. Dlatego ja muszę coś z tym zrobić. No, w dodatku to pozycja środkowa jest tą obiektywnie najbezpieczniejszą strategicznie. Ja, jako że moje mięśnie są niezwykle rozbudowane a mózg ostry i bystry, mogę iść bardziej na skraju. Yy… Tak.
Coraz lepiej widzę, że Iskrzyk miał dobry pomysł z tym całym wyjściem… Płatkowi dobrze to zrobi. O ile nie zamarznie.
– No. No, idź – mruknąłem do liliowego.
– Oh… Okej – wydawało mi się, że powiedział, ale równie dobrze mógł jedynie otworzyć pysk, z którego nie wyszło ani jedno słowo.
Płatek podążył za kremowym kocurem a ja za nimi.

***

Po wyjściu z obozu rozciągnął się przed nami piękny, krajobraz Pory Nagich Drzew. Śnieg, niczym miliony kryształków, odbijał światło słońca. Sople lodu wisiały z gałęzi ośnieżonych drzew.
No.
Tylko zimno jak nie wiem.
– Idziemy nad rzekę? Może po drodze udałoby nam się znaleźć jakąś zwierzynę, choć pewnie będzie ciężko… – Iskrzyk zagadnął z lekkim uśmiechem.
– No.
Nie byłem dziś zbyt rozmowny.
– Płatku? – kremowy zagadnął. – Co ty na to?
– Oh… W porządku. Możemy iść…
– Świetnie! Byłeś tam już kiedyś Porą Nagich Drzew?
– Nie, właściwie to nie…

***

Szliśmy już dość długo, ale, co dziwne, nigdzie nie było widać rzeki.
– Hmm… Dziwne. Na pewno dobrze poszliśmy? – spytał Iskrzyk, zatrzymując się.
– Ja… nie wiem… – Płatek również stanął.
Zmarszczyłem brwi. Rozejrzałem się.
Coś było nie tak. Niby okolica wyglądała jak ta przy rzece. Choć nie jestem tu często, to chyba jednak na tyle, by umieć rozpoznać to miejsce…
– Uh. Chwila…
Ponownie ruszyłem przed siebie. Chciałem coś sprawdzić…
Zaledwie po kilku krokach poczułem trzy następujące po sobie rzeczy. Najpierw, że pod moimi łapami zmienia się podłoże. Potem, że lecę, a raczej ślizgam się do przodu. A następnie… że wpadam pyskiem w zaspę po szyję.
Leżałem w bezruchu.
Za sobą usłyszałem nagłe westchnienie, a potem skrzypienie kroków.
– Borowiku…?
– Grzybie, żyjesz?
Podniosłem ostrożnie głowę. Byłem teraz cały w śniegu.
Zamrugałem. Próbowałem strzepnąć z siebie biały puch, jednak to nie pomogło. Muszę więc chyba zaakceptować jego obecność i nauczyć się z nim żyć…
– Uh… Znalazłem. Rzekę. Zamarzła. I zasypało ją.
Kremowy obiegł okolicę wzrokiem, marszcząc brwi.
– Ej, faktycznie. Dobra. Nowy pomysł. Ślizgamy się?

<Iskrzyku, ślizgamy się>

05 lipca 2026

Od Iskrzyka CD. Borowika

— Pewien, że nie chcesz być Kyzr… ksi? — zapytał Borowik albo jak kto wolał Grzyb.
— Nie ma mowy! Szybciej nazwałbym się e… — i tu Iskrzyk przerwał na chwilę, by pomyśleć. Nastała cisza na parę bić serca. Powiedział jednak z chytrym uśmieszkiem na pysku, jego ton był delikatnie żartobliwy: — Co powiesz na Iskrzykowa Gwiazda? Czy nie byłoby to śmieszne?
— A nie jest to za długie? — zapytał Borowik z nieco zmieszaną miną.
— To, co powie drogi pan Borowik na Gwiazdora, czy nie brzmi to pięknie? — rzekł półżartem Iskrzyk.
— No to niech będzie — przyznał z delikatnym uśmiechem na pysku Borowik.
Dwójka kocurów rozmawiała jeszcze przez dłuższy moment. Jednak po jakimś czasie musieli pójść w swoje strony. Pożegnali się więc szybko i poszli do swoich obowiązków.

***

Iskrzyk wygrzewał się właśnie na środku obozu, siedział z łapami zawiniętymi pod siebie i odpoczywał. Zastanawiał się przy tym, jak zagadać do Płatka, który siedział sobie na drugim końcu obozu. Białoliliowy kocur znów wyglądał na zgubionego, jak to miał w zwyczaju, gdy nie było w pobliżu matki. Z tego, co Iskrzyk widział, kocur, nie miał zbytnio znajomych, o ile ich miał. Miał już do niego iść, spróbować porozmawiać, gdy zobaczył Borowika. Młody zwiadowca szedł w stronę swojego legowiska. Szybko postanowił go zaczepić:
— Hej, grzybie! Chodź mi tu, potrzebuję pomocy! — rzekł kremowy pewnym tonem.
— Tak? — spytał Borowik, podchodząc do niego.
— Chcesz wyjść ze mną z obozu i przekonać Płatka by to z nami zrobił? Wygląda na nieco zagubionego, nie uważasz? — spytał kocura.

<Borowiku? Masz questa!>

09 czerwca 2026

Od Borowika CD. Iskrzyka

Zamrugałem niepewnie. Spojrzałem w ziemię, marszcząc brwi.
– Uh. Przezwisko…? W sensie…
– No, wiesz, taka ksywka! Słowo, którego mógłbym używać do… nazywania cię – zwiadowca wyjaśnił, uśmiechając się lekko.
– Znaczy… imię?
– Nieee! To coś jak… imię dla znajomych.
– Aaa… No tak, tak. Hm. To może… „Borowik”? – mruknąłem. Lekko zadrżała mi końcówka ogonka.
Nigdy jeszcze nie miałem własnego przezwiska tudzież ksywki. Z reguły wszyscy mówią mi po prostu po imieniu, ewentualnie używając słowa opisującego moją relację z nimi, na przykład „brat” albo „uczeń”. Czasem zwracając też uwagę na moje nieprzeciętne predyspozycje umysłowe, posługując się określeniami jak “Geniusz”, “Mędrzec” czy też “Wirtuoz”... uh… no dobra, może nikt tak nie mówi, ale… nie znaczy to, że nie mogliby.
– No nie! Ty już jesteś „Borowikiem”, Borowiku! Nie liczy się. Musisz wysilić kreatywność. To poważna sprawa. Z przezwiskami nie ma żartów, młody – rzekł poważnym tonem, choć widziałem, jak drgają mu wąsy z rozbawienia, którego źródła nie jestem do końca w stanie zidentyfikować.
Wyprostowałem się do siadu.
– Ale… nie, nie. Nie. Słuchaj. Bo tu… nie chodzi o to, by wymyślić mi… „ksywkę”. Chodzi o to, bym był pewnego rodzaju nośnikiem idei „ksywki”. Uh. Nie… nie muszę mieć… prawdziwej takiej. Wystarczy imię, a ono równie dobrze dla jakiegokolwiek innego kota niebędącego mną mogłoby ksywką być. No i łatwiej zapamiętać też. Tak.
Kremowy uniósł brew.
– Hmm… Niech pomyślę… – zamilkł na chwilę, faktycznie zamyślając się. – Nie.
– Ugh. Nie to nie – strzepnąłem głową.
Ułożyłem się z powrotem na brzuchu, kładąc pysk między łapami.
– A może… „kapelusik”? Albo… może… „Boro”? Nie, nie, chwila, mam! Co powiesz na…
– …wężo-żmija – wtrąciłem.
– Co? Dlaczego??
– No bo… żmije są… szybkie jak błyskawica. I ich jad potrafi zabić w kilka chwil.
– Ugh, nie! Nie chodzi o podawanie losowych słów, to trzeba skomponować!
– …architekt pożogi.
– Co? Nie! Co to w ogóle znaczy? – Iskrzyk przewrócił oczami i zawinął łapy pod siebie, oblizując zęby w głębokiej zadumie. – Grzyb. Będziesz Grzyb. Prosto i na temat.
Podniosłem powoli głowę i spojrzałem kocurowi prosto w pysk.
Jejku… Moje pierwsze prawdziwe przezwisko… które nawet nie jest moim imieniem. Ale się cieszę. Yay.
– Uh. No… Mogę być nawet Grzyb. Krótsze niż… Borowik – mruknąłem, marszcząc czoło.
Spuściłem wzrok. Przeturlałem się na prawy bok, leżąc teraz plecami do kremowego zwiadowcy. Odchyliłem ostro głowę do tyłu, patrząc na niego.
– Hm. Hmmm… No a ty możesz być Kyzr… ksi. To „Iskrzyk” od tyłu, co symbolizuje dysonans…
Nie dałem jednak rady wyjaśnić, na czym ów dysonans polega, gdyż zostałem bez skrępowania pacnięty łapą.
Zamrugałem.
– Haha! Nie ma opcji – parsknął kocur. – Grzybie.

<Iskrzykeou??>
[410 słów]

[8%]

08 czerwca 2026

Od Iskrzyka CD. Borowika

— Słuchaj, młody, bycie zwiadowcą to fajna rzecz! Twoje obowiązki nie będą aż tak bardzo odbiegały od tego, czego się uczyłeś. Warto, bardzo warto nim zostać! To dobra ścieżka w życiu! — powiedział Iskrzyk. Kremowy, fakt, pragnąłby w życiu więcej przygód, ale jego życie nie było aż tak tragiczne... Zwłaszcza że chodzenie po drzewach szło mu tak, jakby robił to od zawsze. No dobra, faktycznie robił to od młodego, ale to już inna sprawa. Po przełknięciu kolejnego kawałku wróbla dopowiedział: — Myślę, że to dla ciebie. Sprawny jesteś, a w dodatku dosyć niziutki jesteś do tego, łatwiej ci po drzewach łazić, czyż nie? Zresztą uwierz, Borowiku, mam brata w starszyźnie i wydaje mi się, że gdybym przestał go odwiedzać, zanudziłbym się wśród tych babć i dziadka.
— Nie zamierzam iść do starszyzny… Jestem zbyt młody! — odpowiedział drugi kocur, patrząc na Iskrzyka swoimi zielonymi oczami, ten moment trwał jednak ledwo bicie serca, gdyż oczy Borowika szybko powędrowały gdzie indziej.
Iskrzyk nie do końca rozumiał, czemu Borowik nie patrzy mu zbytnio w oczy, gdy z nim rozmawia, ale postanowił nic o tym nie mówić.
— Na stróża nie ma też na co iść, nie w twoim przypadku — postanowił dodać. — Fakt, życie jako zwiadowca bywa czasem zbyt monotonne… Ale są czasem jakieś przygody! Częste wychodzenie z obozu to piękna rzecz, Borowiku! Jak nie wierzysz, to mogę pokazać ci jakieś fajne miejscówki! Co prawda nie ma ich tyle, ile by się chciało…
— Jakie fajne miejsca? Co masz na myśli? — zapytał Borowik nieco głośniej niż zwykle.
— Oj! Mogę ci pokazać! Tylko musielibyśmy potem jakoś zabrać trochę gliny do obozu! Obiecałem Lisowi, że mu trochę gliny ogarnę jakiś czas temu… I możliwe, że o tym trochę zapomniałem — Iskrzyk przyznał, po czym w nagłym przypływie myśli, rzekł: — Mogę ci dać jakieś przezwisko? Nazywanie cię Borowik lub młody, lub czymś takim jest trochę męczące!

<Borowikuuuuuuuu?>

06 czerwca 2026

Od Borowika CD. Iskrzyka

Kulturalnie jadłem sobie wiewiórę, starając się nie mlaskać za głośno. Było to jednak niełatwe zadanie, gdyż jak zwykle jej futro wlazło mi między zęby. Mam naprawdę niezdrową relację z wiewiórami. Muszę przestać je jeść.Usilnie próbowałem skupić wzrok na ziemi pod moimi łapami lub też na drzewach w oddali, byle tylko nie na rozmawiających kotach. No. Nawet nie tyle rozmawiających, ile wymieniające się powitaniami. Zawsze czuję się niezręcznie w towarzystwie więcej niż jednego kota. Teraz również odczuwam delikatną konsternację.
Ugryzłem kolejny kawałek wiewióry. Wyplułem futro na bok.
Zdaje się, że kotka próbowała ułożyć w głowie w miarę sensowną odpowiedź na pytanie Iskrzyka, jednak szybko poddała się i odeszła zakłopotana, mrucząc ledwo słyszalne pożegnanie. Nim zdążyłem zebrać myśli lub coś odpowiedzieć, ona już zniknęła.
Zerknąłem na kocura spoglądającego za odchodzącą. Również spojrzałem w tamtą stronę.
Przełknąłem głośno kawał wiewióry.
– Uch. Iskrzyku. Dziękuję za wiewiórę. – Próbowałem przerwać niezręczną ciszę. – Nie umrę w najbliższym czasie z głodu dzięki tobie. – mruknąłem, nie patrząc na niego.
Kocur odwrócił głowę z powrotem w moją stronę i uniósł lekko brwi.
– Ach, nie ma za co, młody. Musisz nabrać więcej masy, za mały jesteś jak na swój wiek. – odparł, nadgryzając kawałek wróbla.
– A ten…um. No właśnie. – Strzepnąłem nerwowo uszami. – Bo ty to jesteś tym całym…zwiadowcą, co nie…?
Kremowy mielił chwilę, przełknął i dopiero wtedy odpowiedział.
– Tak, tak, jestem. I to już z niemałym stażem. – Uśmiechnął się do mnie.
– A. To…ciekawe. Hm. No bo…ja to ci mogę powiedzieć, że…już prawie zwiadowcą jestem. Uch. Niedługo już. Być może. Lub też nie. No i…wiesz. Myślałem sobie jak to może być. Ale nie wiem. Powiedz ty mi. Jak to może być…? Co ty z reguły robisz…? I…uch…myślisz, że to dla mnie…?

<Iskrzyku??>
[291 słów]

[6%]

04 czerwca 2026

Od Iskrzyka CD. Borowika

Zwiadowca spojrzał na Borowika nieco zmieszanym wzrokiem. Nie do końca wiedział, o co młodemu kotu chodziło, ale po chwili powiedział:
— Bierz młody, bierz, tylko przynieś mi coś w zamian — powiedział nieco zmieszany Iskrzyk. Kremowy nadal był nieco zmieszany poczynaniami ucznia, ale mimo to postanowił, że może oddać mu swoją zwierzynę… No pod warunkiem, że dostanie coś w zamian, burczało mu przecież nieco w brzuchu.
— Dobrze! — odpowiedział Borowik nieco zbyt głośno oraz energicznie jak na gust Iskrzyka.
Młody pręgus szybkim krokiem poszedł do stosu zwierzyny, nie minęło zbyt dużo czasu, a młodzik już przyszedł z młodym wróblem w pysku i położył go tuż przed łapami kremowego.
— No to wymiana, młody? — zapytał bez większych emocji, odpychając od siebie wiewiórkę.
— Dobrze — odrzekł Borowik, po czym wziął wiewiórkę i usiadł obok Iskrzyka, by ją zjeść.
Nastała chwila ciszy. Kremowy zwiadowca ani uczeń nie mówili nic. Zapewne by tak pozostało, gdyby nie to, że Iskrzyk zauważył zbliżającą się do nich Kasztankę. Kocur rzekł więc:
— O! Cześć, Kasztanko! — powiedział Iskrzyk do przechodzącej obok niego i Borowika kotki. Kotka zatrzymała się na dźwięk jego głosu, więc korzystając z okazji, spojrzał w jej zielone niczym liście kasztanowca oczy. Uśmiechnął się do niej delikatnie i ponownie rzekł do niej — Jak tam mija życie?
— Ja… — rzekła kotka cichym, niemal niesłyszalnym tonem. Spojrzała na ziemię z dala od oczu Iskrzyka. Jej zielone oczy utkwiły na równie zielonej trawie. Kasztanka po chwili odpowiedziała kocurowi nieco niespokojnym tonem, czyżby się stresowała? — Tak…

<BOROWIK?>

31 maja 2026

Od Borowika do Iskrzyka

To było wcześnie rano. Słońce jak zwykle prosto w oczy. Tym razem nie metaforycznie. Obudziłem się więc. Przeciągnąłem się na posłaniu.
Trach.
Ojjj, niedobrze. Coś mi w kręgosłupie strzeliło. Ojej. Uf…
Ale dobra.
Trening miałem zacząć dopiero przed obiadem, zostało mi więc dużo czasu. No to poszedłem sobie po śniadanko. Zszedłem ostrożnie z drzewa i wylądowałem na ziemi. Podszedłem do stosu ze zwierzyną. Usiadłem. Oceniałem.
– Ugh… – mruknąłem z dezaprobatą, skanując cały nasz zapas.
Nic tu nie było. Zupełnie.
To znaczy… były ptaki. Wróble. Wrony. Myszy ze trzy. Królik nawet. Ale zupełnie tak, jakby nic nie było. Masakra. Na szczęście nie było wiewiór. Nie cierpię wiewiór. Ich futerko włazi mi między zęby za każdym razem. Bez sensu, że i tak za każdym razem kończę, jedząc tylko je… Nie wiem, co zrobić w takiej sytuacji. Może po prostu spróbuję upolować wiewiórę jakąś podczas treningu. Ale to później, później…
Wtedy usłyszałem kroki. Postawiłem uszy na sztorc i odwróciłem się w prawo. Zobaczyłem tam Iskrzyka. Zwiadowca leżał sobie pod drzewem, tak jakby to było całkowicie normalne tak leżeć, a między jego łapami spoczywała… wiewióra.
O nie.
Nie cierpię wiewiór.
Ale wychodzi na to, że jestem skazany na cierpienie przez wieczność.
Przypadłem do ziemi i zacząłem czołgać się w stronę Iskrzyka, trzymając się granicy obozu. Byłem już blisko, zaszedłem go od lewego boku, jeśli dobrze pójdzie, to nie ma opcji, żeby się zorientował…
– Borowiku…? Mogę wiedzieć, dlaczego się do mnie skradasz…? – kremowy kocur patrzył na mnie z lekko uniesioną brwią.
Oklapły mi uszy. Nastroszyło mi się lekko futerko.
Jakim cudem on mnie zauważył? Moja technika czołgania się była przecież bezbłędna, a mój siódmy lub ósmy zmysł momentalnie wykryłby czyjś wzrok na mnie…
– Uh. Ja…? No… no wiesz, tak tylko… um – rozejrzałem się na boki i podpełzłem jeszcze kawałek, świdrując wiewiórę wzrokiem. – Dobra. No więc… uh… przychodzę z interesem. A mianowicie… no, daj wiewiórę. Daj zjeść. Bo umrę.

<Iskrzyku?>
[312 słów]

[6%]