– Uh. Przezwisko…? W sensie…
– No, wiesz, taka ksywka! Słowo, którego mógłbym używać do… nazywania cię – zwiadowca wyjaśnił, uśmiechając się lekko.
– Znaczy… imię?
– Nieee! To coś jak… imię dla znajomych.
– Aaa… No tak, tak. Hm. To może… „Borowik”? – mruknąłem. Lekko zadrżała mi końcówka ogonka.
Nigdy jeszcze nie miałem własnego przezwiska tudzież ksywki. Z reguły wszyscy mówią mi po prostu po imieniu, ewentualnie używając słowa opisującego moją relację z nimi, na przykład „brat” albo „uczeń”. Czasem zwracając też uwagę na moje nieprzeciętne predyspozycje umysłowe, posługując się określeniami jak “Geniusz”, “Mędrzec” czy też “Wirtuoz”... uh… no dobra, może nikt tak nie mówi, ale… nie znaczy to, że nie mogliby.
– No nie! Ty już jesteś „Borowikiem”, Borowiku! Nie liczy się. Musisz wysilić kreatywność. To poważna sprawa. Z przezwiskami nie ma żartów, młody – rzekł poważnym tonem, choć widziałem, jak drgają mu wąsy z rozbawienia, którego źródła nie jestem do końca w stanie zidentyfikować.
Wyprostowałem się do siadu.
– Ale… nie, nie. Nie. Słuchaj. Bo tu… nie chodzi o to, by wymyślić mi… „ksywkę”. Chodzi o to, bym był pewnego rodzaju nośnikiem idei „ksywki”. Uh. Nie… nie muszę mieć… prawdziwej takiej. Wystarczy imię, a ono równie dobrze dla jakiegokolwiek innego kota niebędącego mną mogłoby ksywką być. No i łatwiej zapamiętać też. Tak.
Kremowy uniósł brew.
– Hmm… Niech pomyślę… – zamilkł na chwilę, faktycznie zamyślając się. – Nie.
– Ugh. Nie to nie – strzepnąłem głową.
Ułożyłem się z powrotem na brzuchu, kładąc pysk między łapami.
– A może… „kapelusik”? Albo… może… „Boro”? Nie, nie, chwila, mam! Co powiesz na…
– …wężo-żmija – wtrąciłem.
– Co? Dlaczego??
– No bo… żmije są… szybkie jak błyskawica. I ich jad potrafi zabić w kilka chwil.
– Ugh, nie! Nie chodzi o podawanie losowych słów, to trzeba skomponować!
– …architekt pożogi.
– Co? Nie! Co to w ogóle znaczy? – Iskrzyk przewrócił oczami i zawinął łapy pod siebie, oblizując zęby w głębokiej zadumie. – Grzyb. Będziesz Grzyb. Prosto i na temat.
Podniosłem powoli głowę i spojrzałem kocurowi prosto w pysk.
Jejku… Moje pierwsze prawdziwe przezwisko… które nawet nie jest moim imieniem. Ale się cieszę. Yay.
– Uh. No… Mogę być nawet Grzyb. Krótsze niż… Borowik – mruknąłem, marszcząc czoło.
Spuściłem wzrok. Przeturlałem się na prawy bok, leżąc teraz plecami do kremowego zwiadowcy. Odchyliłem ostro głowę do tyłu, patrząc na niego.
– Hm. Hmmm… No a ty możesz być Kyzr… ksi. To „Iskrzyk” od tyłu, co symbolizuje dysonans…
Nie dałem jednak rady wyjaśnić, na czym ów dysonans polega, gdyż zostałem bez skrępowania pacnięty łapą.
Zamrugałem.
– Haha! Nie ma opcji – parsknął kocur. – Grzybie.
<Iskrzykeou??>
[410 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz