— No… Przyszedłem sobie. Co miałem nie przyjść…? Yyy…chciałem sprawdzić, czy żyjesz. No. I żyjesz, jak widać. Dobrze, dobrze.
Borowik spoglądał na nią szeroko otwartymi oczami, jakby wciąż jeszcze zastanawiał się, czy Smok na pewno nie była trupem.
“Co za mysi móżdżek!” — pomyślała szylkretka.
— Okej, to pa — mruknął nagle kocur, odwracając się na pięcie.
Spróbował wysunąć się z krzewów, jednak już po kilku krokach zamarł w bezruchu. Smok mogłaby przysiąc, że nawet z tak daleka była w stanie wyczuć, jak jego serce zaczyna bić szybciej
— Um. Smoku. Ratunku. Utknąłem chyba. Utknęło mnie — mruknął, szamotając się, jednak bez rezultatów. — Albo nie. Albo nie. Ja dam radę sam. Chwilka.
Po tych słowach wgryzł się w jedną z gałęzi, próbując odgiąć ją i sprawić, by wypuściła go ze swojego uścisku.
Nie szło mu to jednak najlepiej. Wyglądał tak, jakby utknął w pazurach jakiegoś potwora — a to znaczyło, że wyglądał naprawdę żałośnie. A przy okazji całkiem zabawnie, przez co Smok zachichotała, obserwując jego marne próby oswobodzenia się z gałęzi.
— Coś mi się nie wydaję, że sobie poladzisz! — krzyknęła szylkretka, podnosząc się z posłania i ruszając w stronę ucznia. Sama nie była od Borowika silniejsza ani nie miała pojęcia, jak mogłaby pomóc mu się uwolnić, lecz mimo wszystko wolała przybrać pewną minę i chociaż udawać, że wie, co robi. — Lecz nie maltw się, buly koleżko. Pzepotężna Smok ci pomoże! — ogłosiła dumnie.
Gdy znalazła się bliżej Borowika, chwyciła w ząbki jedną z gałęzi i z całej siły pociągnęła ją do siebie. Niestety po chwili patyk wysunął się z jej pyska i sprężyście uderzył prosto w ucznia.
— Auć! — mruknął, jeżąc futro na karku. — Dam sobie radę. Mówiłem ci.
Spojrzał na szylkretkę tak, jakby właśnie dopuściła się największej zdrady.
— Hmpf! — prychnęła koteczka, odwracając się od Borowika i wracając do wnętrza żłobka. — W takim lazie powodzenia! I tak mi nie pomogłeś, gdy Pulchawka mnie polywała, więc ci się należy! — miauknęła na pożegnanie, po czym zwinęła się w kłębek na swoim posłaniu, choć wcale nie była senna.
Jeszcze przez jakiś czas słyszała, jak Borowik szamocze się wśród gałęzi, jednak w końcu i te odgłosy ucichły. Widocznie jakoś się oswobodził i wrócił do swoich uczniowskich obowiązków.
Minęło już trochę księżyców, odkąd Smok rozpoczęła szkolenie, ale nie czuła się jakoś szczególnie… wyszkolona. Wiedziała, że ma już dziewięć księżyców na karku, więc nie miała zbyt wiele czasu, by wziąć się w garść i pokazać swojemu mentorowi, że zasługuje na mianowanie tak młodo, jak to tylko możliwe! To oznaczało, że już za niecały księżyc!
Jednocześnie obserwowała też, jak radzi sobie jej rodzeństwo. Miała wrażenie, że szło im nieznacznie gorzej niż jej samej, co skutecznie podbijało jej ego. Musiała zostać mianowana pierwsza. Musiała! W przeciwnym razie… chyba obraziłaby się i uciekła z tego niesprawiedliwego Owocowego Lasu! Ani Mordor, ani Pierścień nie zasługiwali na to, by piastować swoje posady szybciej od niej. Najbardziej zależało jej na pokonaniu brata w tym wyścigu, ponieważ on również szkolił się na wojownika. To oznaczało, że ich treningi wyglądały mniej więcej tak samo, więc o tym, kto pierwszy awansuje, miały zadecydować wyłącznie własne predyspozycje i umiejętności.
Smok kręciła się teraz po obozie, ponieważ zakończyła już swój dzisiejszy trening z Sajgonem. Potwornie się nudziła, dlatego nieustannie omiatała wzrokiem azyl, próbując znaleźć idealnego kota do zaczepki. W końcu jej spojrzenie padło na drobną, rudą kotkę. Była bez wątpienia starsza od Smoka, choć wcale na taką nie wyglądała. Szylkretka kojarzyła ją całkiem dobrze. Słyszała o niej… a właściwie o plotkach, które od jakiegoś czasu krążyły na jej temat po Owocowym Lesie.
— Kasztanka, mam lację? — mruknęła, podchodząc do stróżki, która na dźwięk jej głosu uniosła uszy. — Jak tam z Pulpulą? Słyszałam, że już cię nie kocha — zachichotała, poruszając wibrysami z rozbawienia.
W ogóle nie znała tej kotki. To znaczy, nigdy wcześniej z nią nie rozmawiała. Nie miała powodu, by ją zaczepiać ani wchodzić w jej życie prywatne. Była jednak Smokiem. Była sobą. A to oznaczało, że uwielbiała wściubiać nos w cudze sprawy.
— Nie k-kocha? — miauknęła cicho Kasztanka. — Nieprawda… Kocha mnie Purpura, tylko… zazdrosny trochę — oznajmiła, patrząc na Smoka swoimi dużymi, żółtymi ślepiami, w których tliła się wyraźna niepewność.
Szylkretka pokręciła nosem, wyraźnie nieusatysfakcjonowana odpowiedzią stróżki.
— Słyszałam też, że lubi dokuczać Płatkowi! Gdyby cię kochał, to by mu nie dokuczał, bo jesteś pzecież jego mentolką — stwierdziła uczennica, zadzierając brodę.
— Nie… — wydukała Kasztanka, nie kończąc jednak swojego zdania. Po chwili ponownie otworzyła pysk, ale wydostało się z niego jedynie kilka cichych, niezrozumiałych słów.
— Co ty tam mamloczesz? Mów głośniej! — fuknęła Smok, machając ogonem z irytacją. Po chwili prychnęła. — Ach, zlesztą. Nie mam czasu na lozmowy z takimi mysimi selcami.
Odwróciła się i odeszła bez słowa pożegnania.
Wciąż potwornie się nudziła. Rozmowa z Kasztanką nie przyniosła jej żadnej satysfakcji, bo stróżka przez cały czas jedynie kuliła się pod jej spojrzeniem. Takie koty w ogóle nie powinny mieszkać w Owocowym Lesie. Przynosiły mu tylko wstyd! Gdyby ktokolwiek z innych klanów zobaczył na Bursztynowej Wyspie takie popychadło, chyba wybuchnąłby śmiechem.
Smok postanowiła sobie, że jeśli tylko Czereśnia spróbuje zabrać tę fajtłapę na Bursztynową Wyspę, szylkretka osobiście zagrozi jej, że jeśli tylko postawi łapę poza obozem, wepchnie ją z powrotem do środka.
Jak na razie do zgromadzenia było jednak jeszcze trochę czasu, a Smok nadal nie miała czym się zająć. Nie pomagał też fakt, że wciąż nie dorobiła się zbyt wielu pachołków, z którymi mogłaby się pośmiać i pożartować. Oczywiście nigdy by się do tego nie przyznała. To oznaczałoby przecież, że nie jest lubiana w Owocowym Lesie. A to była kompletna bzdura! Przecież rozmawiała z Wroną i… Modrogończykiem, a także… Borowikiem! Tak. Oni byli przecież jej znajomymi. Musieli ją lubić.
Właśnie dlatego, gdy obozem przechadzał się bury zwiadowca, Smok postanowiła do niego zagadać, jakby od zawsze się przyjaźnili.
— Bolowiku! — miauknęła, zagradzając mu drogę. — Witaj, kolego. Wiesz, postanowiłam ci wybaczyć to, że gdy polywała mnie Pulchawka, patzyłeś na to i nie zaleagowałeś. Każdemu może się to zdazyć, dlatego jestem skłonna puścić to w zapomnienie — oznajmiła z pełnym przekonaniem, uśmiechając się do burego kocura.
Borowik spoglądał na nią szeroko otwartymi oczami, jakby wciąż jeszcze zastanawiał się, czy Smok na pewno nie była trupem.
“Co za mysi móżdżek!” — pomyślała szylkretka.
— Okej, to pa — mruknął nagle kocur, odwracając się na pięcie.
Spróbował wysunąć się z krzewów, jednak już po kilku krokach zamarł w bezruchu. Smok mogłaby przysiąc, że nawet z tak daleka była w stanie wyczuć, jak jego serce zaczyna bić szybciej
— Um. Smoku. Ratunku. Utknąłem chyba. Utknęło mnie — mruknął, szamotając się, jednak bez rezultatów. — Albo nie. Albo nie. Ja dam radę sam. Chwilka.
Po tych słowach wgryzł się w jedną z gałęzi, próbując odgiąć ją i sprawić, by wypuściła go ze swojego uścisku.
Nie szło mu to jednak najlepiej. Wyglądał tak, jakby utknął w pazurach jakiegoś potwora — a to znaczyło, że wyglądał naprawdę żałośnie. A przy okazji całkiem zabawnie, przez co Smok zachichotała, obserwując jego marne próby oswobodzenia się z gałęzi.
— Coś mi się nie wydaję, że sobie poladzisz! — krzyknęła szylkretka, podnosząc się z posłania i ruszając w stronę ucznia. Sama nie była od Borowika silniejsza ani nie miała pojęcia, jak mogłaby pomóc mu się uwolnić, lecz mimo wszystko wolała przybrać pewną minę i chociaż udawać, że wie, co robi. — Lecz nie maltw się, buly koleżko. Pzepotężna Smok ci pomoże! — ogłosiła dumnie.
Gdy znalazła się bliżej Borowika, chwyciła w ząbki jedną z gałęzi i z całej siły pociągnęła ją do siebie. Niestety po chwili patyk wysunął się z jej pyska i sprężyście uderzył prosto w ucznia.
— Auć! — mruknął, jeżąc futro na karku. — Dam sobie radę. Mówiłem ci.
Spojrzał na szylkretkę tak, jakby właśnie dopuściła się największej zdrady.
— Hmpf! — prychnęła koteczka, odwracając się od Borowika i wracając do wnętrza żłobka. — W takim lazie powodzenia! I tak mi nie pomogłeś, gdy Pulchawka mnie polywała, więc ci się należy! — miauknęła na pożegnanie, po czym zwinęła się w kłębek na swoim posłaniu, choć wcale nie była senna.
Jeszcze przez jakiś czas słyszała, jak Borowik szamocze się wśród gałęzi, jednak w końcu i te odgłosy ucichły. Widocznie jakoś się oswobodził i wrócił do swoich uczniowskich obowiązków.
* * *
Teraźniejszość
Minęło już trochę księżyców, odkąd Smok rozpoczęła szkolenie, ale nie czuła się jakoś szczególnie… wyszkolona. Wiedziała, że ma już dziewięć księżyców na karku, więc nie miała zbyt wiele czasu, by wziąć się w garść i pokazać swojemu mentorowi, że zasługuje na mianowanie tak młodo, jak to tylko możliwe! To oznaczało, że już za niecały księżyc!
Jednocześnie obserwowała też, jak radzi sobie jej rodzeństwo. Miała wrażenie, że szło im nieznacznie gorzej niż jej samej, co skutecznie podbijało jej ego. Musiała zostać mianowana pierwsza. Musiała! W przeciwnym razie… chyba obraziłaby się i uciekła z tego niesprawiedliwego Owocowego Lasu! Ani Mordor, ani Pierścień nie zasługiwali na to, by piastować swoje posady szybciej od niej. Najbardziej zależało jej na pokonaniu brata w tym wyścigu, ponieważ on również szkolił się na wojownika. To oznaczało, że ich treningi wyglądały mniej więcej tak samo, więc o tym, kto pierwszy awansuje, miały zadecydować wyłącznie własne predyspozycje i umiejętności.
Smok kręciła się teraz po obozie, ponieważ zakończyła już swój dzisiejszy trening z Sajgonem. Potwornie się nudziła, dlatego nieustannie omiatała wzrokiem azyl, próbując znaleźć idealnego kota do zaczepki. W końcu jej spojrzenie padło na drobną, rudą kotkę. Była bez wątpienia starsza od Smoka, choć wcale na taką nie wyglądała. Szylkretka kojarzyła ją całkiem dobrze. Słyszała o niej… a właściwie o plotkach, które od jakiegoś czasu krążyły na jej temat po Owocowym Lesie.
— Kasztanka, mam lację? — mruknęła, podchodząc do stróżki, która na dźwięk jej głosu uniosła uszy. — Jak tam z Pulpulą? Słyszałam, że już cię nie kocha — zachichotała, poruszając wibrysami z rozbawienia.
W ogóle nie znała tej kotki. To znaczy, nigdy wcześniej z nią nie rozmawiała. Nie miała powodu, by ją zaczepiać ani wchodzić w jej życie prywatne. Była jednak Smokiem. Była sobą. A to oznaczało, że uwielbiała wściubiać nos w cudze sprawy.
— Nie k-kocha? — miauknęła cicho Kasztanka. — Nieprawda… Kocha mnie Purpura, tylko… zazdrosny trochę — oznajmiła, patrząc na Smoka swoimi dużymi, żółtymi ślepiami, w których tliła się wyraźna niepewność.
Szylkretka pokręciła nosem, wyraźnie nieusatysfakcjonowana odpowiedzią stróżki.
— Słyszałam też, że lubi dokuczać Płatkowi! Gdyby cię kochał, to by mu nie dokuczał, bo jesteś pzecież jego mentolką — stwierdziła uczennica, zadzierając brodę.
— Nie… — wydukała Kasztanka, nie kończąc jednak swojego zdania. Po chwili ponownie otworzyła pysk, ale wydostało się z niego jedynie kilka cichych, niezrozumiałych słów.
— Co ty tam mamloczesz? Mów głośniej! — fuknęła Smok, machając ogonem z irytacją. Po chwili prychnęła. — Ach, zlesztą. Nie mam czasu na lozmowy z takimi mysimi selcami.
Odwróciła się i odeszła bez słowa pożegnania.
Wciąż potwornie się nudziła. Rozmowa z Kasztanką nie przyniosła jej żadnej satysfakcji, bo stróżka przez cały czas jedynie kuliła się pod jej spojrzeniem. Takie koty w ogóle nie powinny mieszkać w Owocowym Lesie. Przynosiły mu tylko wstyd! Gdyby ktokolwiek z innych klanów zobaczył na Bursztynowej Wyspie takie popychadło, chyba wybuchnąłby śmiechem.
Smok postanowiła sobie, że jeśli tylko Czereśnia spróbuje zabrać tę fajtłapę na Bursztynową Wyspę, szylkretka osobiście zagrozi jej, że jeśli tylko postawi łapę poza obozem, wepchnie ją z powrotem do środka.
Jak na razie do zgromadzenia było jednak jeszcze trochę czasu, a Smok nadal nie miała czym się zająć. Nie pomagał też fakt, że wciąż nie dorobiła się zbyt wielu pachołków, z którymi mogłaby się pośmiać i pożartować. Oczywiście nigdy by się do tego nie przyznała. To oznaczałoby przecież, że nie jest lubiana w Owocowym Lesie. A to była kompletna bzdura! Przecież rozmawiała z Wroną i… Modrogończykiem, a także… Borowikiem! Tak. Oni byli przecież jej znajomymi. Musieli ją lubić.
Właśnie dlatego, gdy obozem przechadzał się bury zwiadowca, Smok postanowiła do niego zagadać, jakby od zawsze się przyjaźnili.
— Bolowiku! — miauknęła, zagradzając mu drogę. — Witaj, kolego. Wiesz, postanowiłam ci wybaczyć to, że gdy polywała mnie Pulchawka, patzyłeś na to i nie zaleagowałeś. Każdemu może się to zdazyć, dlatego jestem skłonna puścić to w zapomnienie — oznajmiła z pełnym przekonaniem, uśmiechając się do burego kocura.
<Bolowiku?>
[1000 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz