Miło tak wrócić sobie do treningów. Odkąd ukończyłem moje szkolenie, trenowałem już dość rzadko przez natłok zadań zwiadowcy, a jak już, to skupiałem się na sile fizycznej, robiłem to sam i najczęściej niedługo, choć regularnie.
Dawno nie czułem tej adrenaliny i satysfakcji płynącej z dziecięcej i bezsensownej rywalizacji. Jak ja to uwielbiam.
Czekoladowy kocur nie był dużo młodszy ode mnie, dlatego szanse w wyścigu były w miarę wyrównane. Przewagę miałem jednak ja, przede wszystkim przez księżyce spędzone na rzeźbieniu moich mięśni od zmierzchu do świtu i nierzadko również od świtu do zmierzchu.
Byłem w sumie pewien mojej wygranej. Czemu miałbym nie być? Puchacz był daleko za mną. Tak daleko, że w sumie nawet już nie słyszałem… jego… kroków…?
Nie no.
Chwila.
Aż tak szybki przecież nie jestem, żeby go zgubić, mimo całej mojej wspaniałości. Może ja się zgubiłem? To dosyć prawdopodobne.
Wtedy usłyszałem za sobą pisk. Odwróciłem się i ujrzałem łapki Puchacza wbite kurczowo w gałąź. Zamrugałem.
– Oj… – rozejrzałem się na boki.
Skok. Skok. Idę. Skok.
Znalazłem się na tej samej gałęzi co łapki kocurka i dopiero po pochyleniu się dojrzałem jego resztę.
– Oj nie… Chwilka. Może… pomogę… uh… tylko…
– AAA! Zaraz spadnę! Ratunkuuu! BOROWIKU! – krzyknął Puchacz prosto w mój pysk.
Skrzywiłem się, marszcząc brwi. Strzepnąłem uszami.
– Ugh… Dobra. Nie ruszaj się… Spróbuję…
Ostrożnie nachyliłem się nad czekoladowym i chwyciłem go za kark, unosząc go z łatwością, dzięki moim nad wyraz rozwiniętym mięśniom szyi i łap.
Kocurek machał nerwowo łapami w powietrzu, a gdy tylko w jego zasięgu znalazła się gałąź, stanął na niej, cofając się jak najbliżej pnia drzewa, dysząc ciężko.
– Oh… oh, Wszechmatko… Ale to było… – zaczął, łapiąc oddech.
– Uh… Zatrważające. Powinieneś chyba… wiesz, nieco bardziej uważ…-
– Mega przeepickie! Ja tu wisiałem, prawie spadłem i złamałem kręgosłup, zginąłbym jak nic, ALE NIE! Nie tym razem, Borowiku! HAHA!
Futro na karku lekko mi się najeżyło w efekcie jego dość głośnego wyrażania emocji.
Ugh…
– No… No tak. Może… można tak powiedzieć… – zacząłem niepewnie.
– Dobra, biegnijmy już! Mamy wyścig do dokończenia! Dalej! – Puchacz stanął pewniej na łapach w pozie bojowej.
– A. Na pewno? Wszystko dobrze…? Znaczy… Okej. To chodźmy. Biegnijmy.
Nie czekałem na jego odpowiedź.
Skok. Skok. Bieg.
Czekoladowy kocur zawahał się i zmarszczył brwi, nie ruszył za mną.
– E… ej, Borowiku! Czekaj to nie… to nie w tą…
Skok. Bieg. Bieg. Unik.
– …nie w tą stronę…! Biegniesz nie w tą stronę, mysi móżdżku!
Byłem już na tyle daleko, że nie wiedziałem, co ma Puchacz na myśli, krzycząc “nie w tą stronę”. Można to interpretować na wiele sposobów. Ja jednak nie zastanawiałem się za długo. Skupiony byłem wyłącznie na biegu i skakaniu przerywanym unikami.
<Puchaczu?? Borowika wewnętrzny kompas chyba zawiódł… >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz