Siedział przed legowiskiem uczniów. W ciszy przyglądał się szarym chmurom, jednakże umysłem był gdzieś zupełnie indziej. Kobaltowe oczy ucznia zmrużyły się, czując podmuch wiatru. Kątem oka zauważył Rudzikowe Skrzydełko. Wahał się, czy podejść do matki, ale postanowił zostać w miejscu. Oby nie było burzy w nocy, pomyślał. Wtedy nie mógłby trenować z białym przewodnikiem... bo co, jeśli piorun trafi któregoś z nich?
Perłówkowa Łapa trzymała się blisko legowiska uczniów. Mimo to rodzeństwo wydawało się najspokojniejszymi kotami w obozie.
Spojrzał na siostrę koło niego i ją szturchnął w bark, aby zwróciła uwagę na koty w obozie.
— Boją się — wymamrotał. — Czy ty się boisz? — zapytał krótko.
— To tylko burza — powiedziała, powstrzymując ziewnięcie. — Ciągle ostatnio pada.
Rozejrzała się chwilę po obozie, przyglądając się różnym kotom.
— Chociaż rzeczywiście dzisiaj jest poddenerwowana atmosfera.
— Aha... — przytaknął kocurek. — Właściwie... ej, słyszysz to? Królicza Gwiazda z kimś rozmawia.
Wstał, nadstawiając uszu. Wytrzeszczył wielkie, kobaltowe oczy.
Kotka podążyła wzrokiem na miejsce, które wskazał brat, nasłuchując. Nie brzmiało na komfortową rozmowę. Położyła nieznacznie uszy po sobie.
— Widać nie tylko niebo grzmi dzisiaj.
Zauważył, jak z wieży wychodzi Królicza Gwiazda. Ogon Ciernia nerwowo podrygiwał, patrząc z nienawiścią na kocura. Czy to pogoda, czy jakoś jego własny humor go do tego skłonił, wstał, przechadzając się do kocura. Zatrzymał się tuż przed nim, na co starszy spojrzał na niego zdezorientowany.
— Okropna dziś pogoda, nieprawdaż? Jeśli mam być szczery, jest coraz mniej zwierzyny, a Klan Burzy jest… Coraz słabszy. Ciekawi mnie dlaczego, co? Przecież tak świetnie przewodzisz klanem, patroli jest tak wiele, że wręcz na siebie wpadają — spojrzał na niego z fałszywym uśmieszkiem
Zamrugał, zmęczonym wzrokiem spoglądając na Cierń.
— ...Gradobijący Cierniu, o co ci chodzi?
— Chodzi mi o to, że uważam, że… Mówiąc delikatnie, robisz się stary, Królicza Gwiazdo. Nie wyciągasz konsekwencji kotom, które popełniają błędy, a potem… Cóż, dzieje się, co się dzieje. Myślę, że wiele kotów się ze mną zgodzi, że czasy świetności Klanu Burzy są już tylko wspomnieniem. Królicza Gwiazdo, moim zdaniem powinieneś odstąpić funkcji lidera Klanu Burzy.
Przywódca wpatrywał się w wojownika. Po chwili omiótł wzrokiem pozostałe koty w obozie, przestępując z łapy na łapę z dyskomfortem.
— Czy to źle chcieć dożyć sędziwego wieku? — odparł po chwili, marszcząc brwi. — Nadal, pełniąc funkcję, którą otrzymałem od mojego poprzednika? Gradobijący Cierniu, ja rozumiem, że nie każdemu można dogodzić... Ale nie musisz wytykać mi w pysk moich błędów.
— Nie, nie jest to złe. Jednak czy nie uważasz, że krzywdzisz tym resztę Klanu Burzy? Mamy cierpieć, abyś ty poczuł się lepiej? Królicza Gwiazdo, nie twierdzę, że… Zawsze byłeś złym liderem. Jednak musisz wiedzieć, że w pewnym momencie zaciera się granica, a ty stoisz już za nią.
Nie odpowiedział, zapewne szukając właściwych słów. Jego pysk zmarszczył się, a spojrzenie uciekło w bok.
Widząc, że lider nie ma nic do powiedzenia, prychnął.
Zawodzące Echo wysunął pysk z Kamiennej Wieży.
— Ojcze? Gradobijący Cierniu? — miauknął, powoli wychodząc. — O co chodzi?
— My? — zaczął Cierń. — Tak tylko rozmawiamy o Klanie Burzy, bo… Nie uważasz, Zawodzące Echo, że jest w nim coraz gorzej?
Rzucił kątem oka spojrzenie na ojca. Podszedł bliżej i stanął naprzeciwko Ciernia.
— ...klan widział na pewno lepsze dni — przyznał po paru uderzeniach serca — ale jesteśmy silni. Ja i Królicza Gwiazda robimy wszystko, co możemy, aby Klan Burzy rozwinął się na lepsze.
— Czy aby na pewno wszystko? Gdyby tak było, mój ojciec zostałby wydalony z klanu jeszcze przed zabiciem mojej matki. Pomyślałeś o tym? Zawodzące Echo, musisz to wiedzieć. Chyba że trzyma cię sam sentyment do ojca. On ma już swoje księżyce, dla niego samego i jego zdrowia byłoby lepsze odpuszczenie.
Zmarszczył brwi.
— Wybacz, że nie mam umiejętności czytania kotom w myślach i przewidywania tego, kiedy zdradzą klan — mruknął zastępca, ton jego głosu przybierający kwaśną nutę.
— Za to ja przewiduję, że Królicza Gwiazda zrujnuje nasz klan, a nawet, że już to robi.
Z jego piersi uszedł ostry oddech.
— Gradobijący Cierniu — ostrzegawczo podniósł głos. Kątem oka rzucił spojrzenie na ojca, któremu najwyraźniej łapy wrosły w ziemię, a usta skleiły żywicą — Krytyka jest niepotrzebna. Jeśli nie masz niczego wartościowego do powiedzenia, to zachowaj to dla siebie.
Spojrzał przez chwilę na kocura. Po chwili w końcu prychnął.
— Cóż, Zawodzące Echo, być może po prostu ty i Królicza Gwiazda powinniście-
Kurza Łapa przestał ich słuchać.
Skinął jej lekko głową. Westchnął ciężko; wolał już być z przewodnikiem w tunelach niż słuchać tego, co się tu dzieje. Po prawej miał kłótnię matki z synem, po lewej natomiast żądanie abdykacji obecnego przywódcy. Był otoczony idiotami, pomyślał i przewrócił oczyma. Jego długie, pofalowane futerko zatańczyło na wietrze. Spojrzał kątem oka na siostrę i się zastanowił. Zastrzygł uszami podobnymi do matki.
—... Perłówko, a jak się trenuje z mentorem podczas dnia? Śniący Obserwator czasem mnie bierze za dnia, ale... on nie jest moim mentorem.
— Pewnie nie szczególnie inaczej, tylko Równonoc pyta mnie o rzeczy, które normalnie wida... — urwała przez nagły krzyk.
Narastające w obozie napięcie przerwał tupot łap i przerażony wrzask jakiegoś Burzaka.
Nagle ni stąd, ni zowąd do obozu wpadł czekoladowy burmski wojownik. Za nim zagrzmiało. Zdyszany Bąbelkowy Plusk wbiegł w centrum obozu, krzycząc: — OGIEŃ! PALI SIĘ! — miauczał z chrypką. Zakasłał. Bąbelkowy Plusk spojrzał na Króliczą Gwiazdę. — ZARAZ OGIEŃ DOSIĘGNIE OBOZU! — dodał ze zdartym gardłem. Widać było, jak młody wojownik się trząsł.
Wstała gwałtownie na łapy, jeżąc futro i spojrzała się prosto na brata.
Kurza Łapa podskoczył, słysząc nagły krzyk w centrum. To był... brat Tańcującego Pierza? Zmrużył oczy. Na pysku ucznia nie można było zobaczyć silnych emocji. Spojrzał na Perłówkową Łapę, a potem na Bursztynową Łapę.
— Ch... ch... cho... chodźcie! — zająknął się.
Bursztyn zerwał się szybko, zerknął najpierw na Kurzą Łapę, a potem zniknął w legowisku uczniów i już po chwili był przy swojej siostrze.
Naprawdę starał się nie panikować i zapanować nad zbyt szybko bijącym sercem.
— Medycy, kocięta i uczniowie na przedzie! — zawołał Zawodzące Echo. — Razem ze mną i — przeskanował wzrokiem zebrane koty. — Rudą Lisówką!
Dreszcz przebiegł po jego grzbiecie.
— Sójczy Błękicie! — krzyknął do kocicy. — Zbierz grupę wojowników do asysty starszym i tym, którzy nie nadążają! I niech ktoś pomoże Króliczej Gwieździe!
Spojrzał na siostrę.
— Chodź! — zawołał, cofając się w stronę wyjścia.
Sójczy Błękit wraz ze Skrzypiącym Skrzypem i Szarą Skórą, którzy wpadli właśnie do obozu, zbiera starszych — Ognistą Piękność i Szafirkowy Wiatr, jak i Króliczą Gwiazdę, pomagając im wysunąć się z obozu za resztą.
— Kurza Łapo chodź tutaj albo szybko wynoś się z obozu! — podbiegł do młodszego, widząc go w tłumie — Gdzie Perłówka?
— Obok! — odpowiedział donośnie, drepcząc ku swojej rudej rodzince.
Perłówka podbiegła, trzymając się jego boku, ale nie wyprzedzając. Nie chciała wcześniej pokazywać, że nastroje w klanie zaczynają się odbijać na jej samopoczuciu, ale ta nagła panika i chaos wyszła na chwilę na jej pyszczek. Upewniła się, że Kurza Łapa jest dalej tuż obok i spróbowała się trochę otrząsnąć, zanim zauważy.
Brat Perłówkowej Łapy dobiegł do Ognika i Rudzika wraz z siostrą. Niepewnie spojrzał na Pogłos Klanu Burzy.
—Wszyscy? To wychodzimy, szybko... — zerknął jeszcze na Kurzą Łapę, zanim wziął go za kark do pyska.
Kurza Łapa nie spodziewał się takiego zagrania ze strony wujka. Mimo to nie protestował i jak laleczka dał się ponieść Ognikowi. Jedyne, co mogło wskazywać na niezadowolenie to jego mina zabójcy.
Jeszcze rozejrzał się za matką i Płomykówką, ale nigdzie ich nie widział.
— ... Gdzie idziemy? — zapytał raz jeszcze. Czyżby zapomniał?
— W stronę Kamiennych Strażników.
Nie mogła być przyklejona do boku brata w powietrzu, ale dalej trzymała się jak najbliżej. Najeżone futro sprawiało, że wyglądała na trochę większą.
— Ostrożnie — powiedziała cicho, ale trudno stwierdzić czy do kogoś konkretnego, czy do siebie
Wszystkie koty obecne w obozie zdążyły go opuścić. Koty obecne na patrolach czy treningach również zmierzali w kierunku Kamiennych Strażników, a grupa ze starszymi i przywódcą szli w pewnej odległości od reszty pędzących Burzaków.
Z wierzchu Rudzik wyglądała, jakby nic się nie działo, nie licząc ciągłego oglądania się dookoła. Ognik wypuścił malca i gdzieś zniknął. Rude rodzeństwo trzymało się siebie, bacznie oglądając się za płomieniami sięgającymi obozu.
Ognik zerkał po kotach, wracając z obchodu do dwójki młodych, które powinny być teraz z matką. Tak... powinny, lecz Rudzikowe Skrzydełko nagle przepadła. Zanim rodzeństwo mogło się zorientować, wuj zaczął:
— Nie widzieliście może, kiedy mama zniknęła? — zapytał Perłówki i Kurczątka, nerwowo poruszając uszami.
Zerknął na siostrę, po czym pokręcił głową.
— Pewnie znowu się gdzieś szlaja. Jak zwykle. Może poszła pomóc w eskorcie? Pewnie niektórzy starsi byli zbyt słabi, aby kontynuować drogę…
Ponownie rozległy się grzmoty. Wiatr wezbrał na sile. Jednak, zamiast kolejnych piorunów, z nieba zaczął lać deszcz.
***
Pierwsza była Rudzik i towarzyszył jej Opadający Rumianek.
— W... wróciłaś... — wymamrotał syn cicho i niepewnie.
Dostrzegł Rudzik idącą wraz z Rumiankiem, zaraz do niej przydreptując.
— Na gwiezdnych, gdzie ty byłaś?! — ujął jej pysk w dwie łapy, szybko ją oglądając, zastanawiając się, czy dać jej w pysk. — Nic ci nie jest? Po co się oddalałaś? Gdyby coś ci się stało, to zostawiłabyś dzieci same! Rozumiem, że możesz nie lubić spacerów ani biegania, ale mieliśmy pożar, pożar! Nie lekkie promienie słoneczne czy lekką burzę.
Jako drudzy po dłuższej chwili od przybycia rudej wojowniczki wrócili Gradobijący Cierń, Dziki Berberys i Zwiewny Mak — najszybciej wracająca do swoich pociech. Natomiast ostatni po dłuższym odczekaniu byli Chomik, Pierze i Bąbel.
Zawodzące Echo ze zmarszczonymi brwiami patrzył, jak wojownicy, mokrzy i brudni, stają przed kamiennym kręgiem.
— A wy gdzieżeście się podziewali? — zapytał, mrużąc ślipia. — Dziki Berberysie, Gradobijący... Cierniu. Byliście na tyle grupy. Co się stało ze starszymi i Króliczą Gwiazdą? Zwiewny Maku, dlaczego zostawiłaś swoje kocięta?
— Zawodzące Echo! Chwila, Króliczej Gwiazdy nie ma z wami? Ja i Pierze uciekaliśmy, było strasznie dużo dymu, a płomienie były bardzo wysokie… Nie widzieliśmy go… Przykro mi… — powiedział, patrząc teraz na swoje łapy. — Przepraszam za to, co dzisiaj powiedziałem… Gdybym wiedział, że to wszystko się stanie, nigdy bym tego nie powiedział… Nie wiem, co we mnie wstąpiło…
Zawahał się.
— Tańcującego Pierza nie było z nami podczas ewakuacji — zauważył. — Czemu odłączyliście się od grupy?
— Jak uciekaliśmy, byłem niedaleko starszych, ale płomienie odcięły mi drogę… Biegłem naokoło, Pierze przybiegł, widząc z daleka dym. Próbowaliśmy znaleźć resztę, ale tam nie było nic widać…
Z boku, Gadożerowa Łapa spoglądał to na Cierń, to na stojącego dalej Pierze. Nie wytrzymał.
— To wszystko ich wina! — wrzasnął, wskazując wojowników pazurem. — Ciągle ciągną się za nimi nieszczęścia! Pierzasta Paskuda snuje się po terenach i szepcze kotom podejrzane rzeczy na uszy, a Cierń dosłownie przed chwilą wyrzucał Króliczej Gwiedździe w pysk wszytskie jego błędy! A teraz cała masa kotów zniknęła i nikt nie wie, gdzie się podziali. A oni wrócili jako ostatni!
— O czym ty mówisz, Gadożerowa Łapo! — Lodówkowa Łapa rzuciła w brata. — Sam zachowujesz się dziwnie, cały czas dziwnie na mnie patrzysz i w dodatku nie chcesz ze mną rozmawiać…
— Bo podlizujesz się temu ścierwu! — zawołał. — Jak możesz tak robić, po tym, jak zrzucił na mnie swój głupi błąd? I to ja musiałem zbierać bęcki?
Lodówka burzona spojrzała na brata.
— Podlizuję? Pierze to dla mnie dobry przyjaciel! Nie moja wina, że ty nie masz żadnych. — prychnęła, strzepując ogonem.
Zawodzące Echo przeniósł wzrok z Ciernia na Gadożera. I z powrotem.
— ...przenosimy się do Groty Pamięci! — polecił klanowi, zeskakując ze skały. — Pilnujcie wszyscy siebie nawzajem.
Wszedł wraz z Nieustraszonym Chomikiem i Bąbelkowym Pluskiem do Groty Pamięci. Wspomnienia wracały do niego natychmiastowo. Szedł na samym końcu, zwieszając głowę.
Echo wkroczył w półmrok Groty Pamięci. Przez świetlik w sklepieniu ledwo wpadało jakiekolwiek światło, a o taflę wody Oka uderzały krople deszczu.
Zbliżył się do czekającego pod jedną ze ścian Białego Strumienia.
— Nie ma tu przypadkiem Wełnistej Mszycy? — zapytał, rozglądając się. — Tylko kronikarze i przewodnicy?
Czerwone ślepia błysnęły w mroku, a dźwięk deszczu odbijał się echem po ścianach Groty. Patrzył na Zawodzące Echo, czując dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa. Na pytanie o siostrę, podniósł uszy.
— Niestety nie ma jej tutaj — odpowiedział spokojnie. — Tak, pozostali Kronikarze i Przewodnicy są obecni.
Z westchnieniem Echo skinął głową.
— Zaraz przyślę kogoś, aby wyjaśnił wam całą sytuację.
Podniósł łeb i spojrzał po wlewających się do jaskini kotach.
— Klanie Burzy! — zawołał; nie musiał krzyczeć, gdyż jego głos odbił się od kamiennych ścian. — Zajmijcie miejsca. Niech każdy, kto nie widzi obok swoich najbliższych, mi to zgłosi.
Odczekał moment.
— Dodatkowo, chciałbym zyskać parę wyjaśnień. Gradobijący Cierniu, Tańcujące Pierze, macie coś do powiedzenia?
Uniósł brew, jednak jego spojrzenie było zdecydowane, gdy spoglądał w oczy kocurom.
Rudy usiadł obok Ciernia naprzeciw Zawodzącego Echa.
— Próbowaliśmy z Nieustraszonym Chomikiem zgasić pożar. Powiedzieliśmy Bąblowi, aby powiedział reszcie. Byliśmy głupi; ogień się rozprzestrzeniał w zaskakującym tempie... musieliśmy szukać drogi ucieczki. Podczas pożaru natknęliśmy się na Cierń i na Bąbla, który nas szukał.
Wymamrotał te słowa z nadzieją, że któryś z pobratymców to usłyszy, może zareaguje. Bardziej kierował to na tył, na świadków. Westchnął ciężko, po czym nagle wytrzeszczył oczy.
— Czekajcie... gdzie jest Królicza Gwiazda? — zapytał, rozglądając się po zebranych. — Nie ma z nami Szarej Skóry, Sójczego Błękitu... ani Skrzypiącego Skrzypu. I Szafirkowego Wiatru, i Ognistej Piękności... a gdzie Pozłacana Pszenica? Ogień już zgasł, Zawodzące Echo. Powinniśmy ich poszukać — zaproponował zmartwiony. — Powinniśmy się też przygotować na najgorsze... — posmutniał.
Spojrzał na Pierze, a potem na ziemię. Wydawał się zmartwiony zaistniałą sytuacją.
— To prawda… Jak tylko się uspokoi, trzeba ich poszukać. Teraz może być ryzykownie, w tym dymie można się podusić, a teraz jak ogień gaśnie, jest go sporo.
— Przestań zgrywać niewiniątko! — syknął Gadożer ze swojego miejsca pod ścianą. — Wszyscy wiedzą, że skoro wróciłeś ostatni, to maczałeś w tym pazury! Teraz siedzisz z podkulonym ogonem, licząc, że nikt Cię nie przejrzy!
— To prawda — mruknął Zawodzące Echo, po czym spojrzeniem uciszył Gadożera. Zwrócił wzrok na Pierze. — Zaskakująco szybko zorientowałeś się, kogo z nami nie ma. — A Gradobijący Cierń oznajmił już na głos nieobecność Króliczej Gwiazdy — dodał. — Dość głośno. A ty stałeś obok.
— Całkiem szybko rzucacie się do pomocy i szukania. Nie miałam okazji jeszcze obserwować tak szlachetnego zachowania z waszej strony — mruknęła cynicznie Śpiewający Raniuszek, zatrzymując spojrzenie dłużej na Pierzu.
Zdziwił się tonem kocura, który śmiał go oskarżać o takie zbrodnie.
— Gadożerowa Łapo... — nie wiedział, co powiedzieć; naprawdę wyglądał na zszokowanego. — Bąbelkowy Plusk, Nieustraszony Chomik, Gradobijący Cierń mogą potwierdzić moje słowa. Kiedy deszcz zaczął padać, mogliśmy w końcu bezpiecznie przejść. Zanim nastąpił, staliśmy w rzece, ponieważ Bąbel i ja źle się poczuliśmy przez tyle dymu. Poza tym też się baliśmy; ogień to niszczycielski żywioł...
Przełknął ślinę i spojrzał zmęczonym okiem w oczy Echa.
— Trudno nie zauważyć braku przywódcy, trzech wojowników i starszych — zauważył. — Zawsze byłem spostrzegawczy, Zawodzące Echo — miauknął, wiercąc się na zimnym kamieniu.
Westchnął ciężko.
— Pożar naprawdę był stresujący, sam powinieneś wiedzieć. Gdybyś musiał wdychać ciągle dym i jak najszybciej się stąd wydostać, naprawdę twój mózg by się roztopił. Teraz nabrałem czystego powietrza i zauważyłem ich brak. Przepraszam, że się powtarzam... wciąż mi niedobrze po wdychaniu tyle dymu... — wymamrotał słabo, szukając wzrokiem Wdzięcznej Firletki. Gradobijący Cierń zmartwiony podszedł do boku Pierza, widząc, że ten kasłał trochę co jakiś czas.
— Będziecie potrzebowali dużo świeżego powietrza… Być może medycy będą w stanie wam pomóc albo lekko złagodzić ten kaszel…
Zawodzące Echo zamrugał.
— Będziecie mogli wyjść z jaskini, gdy skończymy rozmawiać — oznajmił. Spojrzał po zebranych kotach. — Srebrzysta Równonocy, weź, proszę, kawałek mchu — wskazał łapą stertę, którą dla posłań chowali kronikarze — i zbierz trochę wody z zewnątrz. Każdy będzie mógł się napić.
Po Grocie rozległ się głos Nieustraszonego Chomika.
— Potwierdzę to, ogień rozprzestrzenił się w takiej dużej ilości, że musieliśmy skorzystać chwilowo z rzeki, ten dym był tak ostry, że nie dało się normalnie oddychać, a ja nie jestem w kwiecie wieku, żeby wdychać spaliny — rozejrzała się przez chwilę, sprawdzając, ile jest kotów, zauważyła, że akurat kogoś brakowało, kogo nie pilnowali.
— Nie możemy sobie skakać do gardeł, sycząc, kto kogo pilnował lepiej. Pożar był gwałtowny i nieprzewidziany, a że działaliśmy pod presją, tylko sprawiło, że nasze działania nie były dokładne. Nie mówiąc już o tym, że wam też zabrakło jednego kota, gdzie Pozłacana Pszenica?
Zawodzące Echo zmarszczył brwi.
— ...Źle się czuliście, więc staliście w rzece, aby utopić się, jeżeli zemdlejecie — mruknął pod nosem. — Mądre.
Westchnął.
— Pozłacana Pszenica musiała odłączyć się od nas podczas ucieczki z obozu — odpowiedział na pytanie Chomik. — Ostatni raz widzieliśmy ją właśnie tam.
Ponownie obrzucił spojrzeniem Pierze i Ciernia, po czym uciekł wzrokiem w bok, na Dzikiego Berberysa i Zwiewny Mak.
— Nie chcę nikogo pochopnie oskarżać. Jednak część z was nigdy w obozie się nie zjawiła, a wróciliście jako ostatni. Nie możecie mi powiedzieć, że to nie brzmi, choć odrobinę podejrzanie. — Wziął głęboki oddech. — A na dodatek, patrząc na rzeczy, które ostatnio usłyszałem, nie wiem, czy jestem skłonny wam ufać.
— Właśnie — zaczął Biały Strumień. — Gdzież się podziewa moja siostra, Wełnista Mszyca? Niemożliwe jest, by zostawiła Klan w potrzebie i nie przyszła do Groty, by spotkać się z resztą, wszak jest to miejsce spotkań.
Wdzięczna Firletka z opuszczonymi nieco uszami zwróciła się w stronę przewodnika.
— Musiała odłączyć się od nas, gdy opuszczaliśmy obóz — miauknęła. — Ja pilnowałam uczniów, nie pamiętam momentu, w którym zniknęła mi z oczu. Nikt nie jest w stanie powiedzieć, czy ją widział. Ale... Wątpię w to, że się zgubiła. Zna nasze tereny bardzo dobrze, a poruszanie się po nich w ograniczonej widoczności nie było nigdy dla niej problemem. W końcu wychodziła w nocy.
Przewodnik zmrużył oczy, przesuwając długim ogonem po ziemi. Jego końcówka drżała, kiedy myślał nad ewentualnościami.
— Masz rację, Wdzięczna Firletko. — Miauknął. — Co więc mogło się stać, iż nie przybyła tutaj? Coś ja trzymało? Może ktoś?
— Nie widziałem jej… — wymamrotał Gradobijący Cierń. — Myślałem, że pobiegła z wami. Przecież widziałem ją przed sobą nie długo przed tym, jak rozdzieliły mnie płomienie od reszty. Potem już nie widziałem nikogo oprócz tych, z którymi biegłem potem.
Albinos zwrócił się ku kocurowi.
— Nie wybiegałem z Wami, nie było mnie przy Was przecież. — Odpowiedział, mierząc go przeszywającym wzrokiem.
— Chodziło mi o tych, którzy biegli w grupie przed starszyzną. Przepraszam, zwróciłem się za bardzo do ciebie… Wracając, przez ten chaos i zamieszanie pamiętam tylko ten jeden moment. Może jest bezpieczna ze starszyzną? I Króliczą Gwiazdą…? Może im pomogła…
— Zawodzące Echo, z całym szacunkiem, ale nie sądzę, że Nieustraszony Chomik jest winna — nagle rozbrzmiał głos Złocistej Wydmy. — Po co miałaby przechodzić przez całą walkę z lisem tylko po to, żeby za chwilę wszystko zepsuć? To nie jest logiczne.
Echo zwrócił wzrok w stronę Złocistej Wydmy.
— Słuszna uwaga — miauknął. — Jednak moja uwaga jest skierowana również na inne koty.
Niepewnie Kurza Łapa patrzył to na matkę, to na Cyklonowe Oko, aż w końcu nie mógł się zdecydować kogo obdarować swoim dziwnym, przeszywającym wzrokiem. Ta wymiana zdań… była druzgocąca. Słowa, które kilka dni temu wybrzmiały z ust Kurzej Łapy, znów do niego dotarły. Spiął się. “Czyli o to jej chodziło?” — rzekł do siebie w myślach. Zamrugał parę razy, przysiadając się po dłuższej chwili nieco bliżej mentora i nasłuchiwał tego, o czym mówili starsi. Czy na pewno chciał tego słuchać? W końcu zobaczył Rudzikowe Skrzydełko. Przełknął głośno ślinę, po czym wytrzeszczył kobaltowe oczy, widząc, jak mama mdleje. Skulił się u boku albinosa.
— ... Czemu tu siedzimy, zamiast szukać ocalałych? Sójczy Błękit i Szara Skóra dalej mogą się tam włóczyć lub skonać... — wymamrotał w stronę mentora, lecz ten, zbyt przejęty stanem Mszycy, go zignorował. Kurza Łapa westchnął ciężko.
Echo czekał na znak, że wojowniczka nie odejdzie nagle z tego świata. Gdy Wdzięczna Firletka spojrzała na niego i skinęła głową, odetchnął.
— Wracając... Koty Klanu Burzy! — miauknął, chcąc zwrócić uwagę wszystkich. — Chciałbym, aby wszyscy posłuchali tego, co niektórzy będą mieli teraz do powiedzenia.
Zamilkł na moment.
— Ruda Lisówko?
Wojownik wyprostował się. Od razu wiedział, o co chodziło.
— Parę księżyców temu — zaczął powoli, unosząc głos. — Wcale nie tak dawno, podczas polowania natknąłem się na dwa koty. Przy Przybrzeżnym Oku.
Wziął oddech.
— Jednym z nich był Tańcujące Pierze. Wtedy Pierzasta Łapa. Usłyszałem część jego słów. "Chcę, aby razem pozbyła się tego czarnucha". Do kogo Pierze trzyma urazę? Do władzy klanu. Nie trudno wpaść na myśl, że przez czarnego kota miał na myśl Króliczą Gwiazdę, czy nawet Zawodzące Echo.
Po chwili milczenia zastępca wywołał z tłumu drugiego kota.
— Śniący Obserwatorze?
Przewodnik wyszedł niechętnie z cienia, stojąc w bezpiecznej odległości, bliżej Echa.
— Kilka księżyców temu udało mi się podsłuchać rozmowę Dzikiego Berberysu i Gradobijącego Ciernia — zaczął z nieco większą energią niż tą, którą okazywał zazwyczaj — Z rozmowy wynikało, że chcieli się mścić za brata i matkę, wykazywali swoje niezadowolenie z rządów lidera. Chcieli się ,,Pozbyć Króliczej Gwiazdy". — ostatni specjalnie wybarwił — Wspominali o władzy. I nieodpowiednich łapach. To nie wszystko. Jakiś czas później trafiłem na kolejną rozmowę. Przy Kamiennych Strażnikach. — tu przejechał szybko wzrokiem po zainteresowanych zebranych, wracając do patrzenia zaraz po chwili w nieznanym kierunku — Które tylko potwierdziły moje przypuszczenia i obawy. Wspominali o mordowaniu każdego, kto nie jest po ich stronie, jak i obawie przed wprowadzeniem rządów podobnych do tych w Klanie Nocy. I jeśli uszy mnie nie mylą, obawy te padły z pyska Tańcującego Pierza. — przerwał na moment, zatrzymując dłużej wzrok na kocurze — Kotów i głosów do nich należących było więcej— dodał na koniec — Niestety nie byłem w stanie wyłapać nic ponadto.... — zmarkotniał, wyraźnie chcąc wrócić w swoje wygodne miejsce w cieniu. Wydawał się zmęczony, to już drugi raz, gdy musiał grzebać w sprawie czyjejś śmierci.
Z grupy wyrwał się nagle Bursztynowa Łapa.
— Pierze niczego takiego na pewno nie powiedział! — zaoponował kocurek, wyskakując do przodu jak filip z konopii — A nawet jeśli powiedział, to na pewno nic złego nie zrobił! — dodał, rozszerzając możliwość zbrodni.
Zawodzące Echo kiwnął głową Śniakowi, puszczając mimo uszu marudzenie Bursztyna. Odczekał moment, aby słowa zapadły w pamięci kotów.
— Czy ktoś jeszcze ma informacje, którymi mógłby się podzielić? — zapytał. — Czy ktoś słyszał coś, był czegoś świadkiem, i jest w stanie nam ten moment przytoczyć?
— Ekhem — chrząknęła Ostatni Pożar.
— Tak?
— Widziałam ostatnio Rudzikowe Skrzydełko niedaleko granicy z Klanem Klifu. Rozmawiała z kimś na temat rządów Króliczej Gwiazdy i mówiła nawet o możliwości pozbycia się Ciebie, Zawodzące Echo. Chyba nie była to jednorazowa sytuacja, bo wielokrotnie widziałam, jak idzie w tamtym kierunku. — zeznała.
W odpowiedzi Rudzikowe Skrzydełko uniosła ogon i zmarszczyła brwi.
— Ostatni Pożarze... — mruknęła. — Rozumiem, że masz pełne prawo mnie nie lubić, a nawet się mścić, ale możesz aż tak nie zmyślać? — zapytała, krzywiąc pysk. — Nigdy nie miałam problemu do Króliczej Gwiazdy czy Zawodzącego Echa! Czemu miałabym mieć? — mruknęła i westchnęła cicho. — Jakie masz powody, żeby tak kłamać? Czy naprawdę musisz być taka jak swoja matka Ostatni Pożarze? Patrzeć na mnie krzywo i stawiać mnie w takich sytuacjach? — miauknęła cicho. — O co wam z tym chodzi? — dopytała jeszcze zdenerwowana takimi oskarżeniami.
— Nie zamierzam dyskutować ze spiskowcami.
— Po prostu przyznaj, że kłamiesz i nie chcesz się do tego przyznać — odparła cicho Rudzik. — I do tego, że najzwyczajniej w świecie mnie nienawidzisz. Nigdy nie zrobiłabym krzywdy własnemu przywódcy. Nie tak kieruje mnie Klan Gwiazdy — dodała.
— To, że Ostatni Pożar za tobą nie przepada, nie sprawia, że jesteś niewinna — zauważyła Złota Wydma.
Córka Sójczego Błękitu spojrzała na Złocistą Wydmę i westchnęła cichutko.
— Doskonale wiesz, że nie to miałam na myśli i nie broń swojej przyjaciółki — syknęła cicho. — Nigdy, powtarzam nigdy, nie zrobiłabym krzywdy swojemu przywódcy. Ani nikomu innemu. W rzeczywistości boję się krwi! — mruknęła. — I mam duży problem z nawet uśmierceniem myszy. Przysięgam, to nie ja... — mruknęła, będąc o krok od rozpłakania się. — Nigdy nie zrobiłabym czegoś takiego. Prawda, widywałam się z kimś. Z ojcem moich kociąt. Nie ufam mu, w końcu porzucił mnie i moje potomstwo, ale zdaje się o mnie... troszczyć — uśmiechnęła się ciepło, a słowa, które mówiła były tylko częściowo prawdą. — Nie mam bladego pojęcia, skąd wyciągnęłaś takie bzdury. W klanie jest moje rodzeństwo i maleństwa. Dlaczego miałabym robić cokolwiek, co kazałoby mi ich porzucić? — mruknęła, a jej oczy stały się szklane.
Pożar skinęła partnerce łbem i gestykulował, żeby usiadła i uspokoiła się.
Ślepia zastępcy otworzyły się szerzej na słowa Pożar, ale tylko skinął głową. Planowaną odpowiedź przerwał mu Biały Strumień.
— Ja chciałbym zabrać głos. — Zaczął z dziwną nutą w głosie.
Jego oczy cały czas tańcowały pomiędzy zebranymi. Nieustannie analizował ich zachowanie, zapachy, wypowiedzi oraz reakcje pozostałych. W dodatku... Wyjątkowo przypatrywał się Tańcującemu Pierzu. W jego aparycji, poza ociekającym wodą z rzeki futrem, było coś jeszcze.
— Jakiś czas temu, gdy szedłem nocą do obozu, słyszałem zaaferowane wręcz głosy, uniesione. Tak nerwowe, iż zwróciły moją uwagę. — Ciągnął. Zerknął na Zawodzące Echo. — To była dwójka kotów... Młodych kotów, których niestety nie byłem w stanie rozpoznać. — Przerwał na moment. — Przeczucie kazało mi poczekać chwilę dłużej i po chwili zobaczyłem kolejne dwie sylwetki... Pierzastej Łapy, teraz Tańcującego Pierza oraz Nieustraszonego Chomika.
Jego głos zawisł pomiędzy kotami. Albinos zrobił krok do przodu ze swojego miejsca, stając naprzeciw wspomnianemu kocurowi. Tańcujące Pierze.
— Patrzę na Ciebie od dłuższego czasu. Czym jest ta smuga na Twoim podbródku?
Zastępca zamrugał.
— Tańcujące Pierze — powiedział wolno. — Unieś, proszę pysk.
Rudy kocur oddychał szybciej i głośniej, nerwowo skacząc po oskarżających i oskarżanych. Z początku wszystko wdział i słyszał, jedynie pokasływał. Oczy z czasem się kleiły, przymykał na dłuższą chwilę powieki. Przez chwilę wszystko ucichło... aż nagle obudziło go pytanie Echa.
— J-ja... ja... — mamrotał pod nosem, jakby był po wąchaniu kocimiętki. Zakasłał.
Nagle zgiął się w łuk i zwymiotował prosto przed łapy Zawodzącego Echa. Wstał chwiejnie.
— Ja... ja n-nie... amin-
Nogi stały się wiotkie. Pierze bezwładnie upadł na kamienne podłoże. Oddech stał się płytki, nieregularny; oczy lekko przymknięte. Było widać nienaturalnie rozszerzone źrenice. Ciało rozluźniło się, a sam kocur przestał reagować na wołanie.
Kocur nagle odzyskał świadomość. Podskoczył, uderzając przypadkowo Firletkę. Medyczka syknęła, uchylając się do tyłu, gdy głowa Pierza dość mocno spotkała się z jej podbródkiem. Schował pysk w grzywie, cofając się.
— To... to moja krew... — wymamrotał. — Chomik i Bąbel mogą potwierdzić. Zakaszlałem krwią podczas biegu i nie było czasu tego wyczyścić... O, przepraszam, Firletko... nie chciałem... — mamrotał, dalej mówiąc tylko: "przepraszam najmocniej, naprawdę nie chciałem...".
Bąbelkowy Plusk podszedł do Pierza migiem, mierząc ich wzrokiem, jakby dotknęli jego dziecka.
— To prawda. Mogę to potwierdzić! — miauknął.
Wdzięczna Firletka wysunęła łeb zza Ognika i zmierzyła Pierze wzrokiem. Po chwili delikatnie odsunęła się od starszego z wojowników, stając przed Pierzem, ale nadal w bezpiecznej odległości.
— ...Mógł kaszleć krwią — przyznała po chwili. — Tego nie mogę zaprzeczyć. Dym mógł podrażnić jego gardło.
— Dokładnie!
— Tak, bo potwierdzenie rodzeństwa cokolwiek zmieni — parsknęła Śpiewający Raniuszek, wstając — Może byłoby łatwiej, gdyby nasze kochanie podniosło w końcu głowę, by mógł ktoś zbadać tę domniemaną ranę? Lub rany? — spojrzała na Firletkę bez wyrazu zaraz potem — A czy ktoś widział, jak kaszlał krwią? Czy ktoś jeszcze ma podobne objawy? Nie tłumaczy to wciąż jego zachowania i próby ukrycia podbródka.
Pierze zmarszczył brwi, widząc kotkę.
— O, a Raniuszka jak zwykle w dobrej formie — mruknął i przewrócił oczyma. Pokazał zaschnięte brązowo—czerwone futro. Krew już dawno zaschła i jedyne, co można było zbierać to paprochy. — Widzisz? To moja krew. Zatrułem się dymem... — zakasłał. — Dlatego plułem krwią... jestem osłabiony…
— I tak bardzo próbowałeś to ukryć i się stresowałeś swoimi ranami, że aż zabrakło ci sił w łapach? Jaki wstydliwy. — mruknęła — Uczepiłeś się obrony Bąbla i Firletki, powtarzając ich słowa, samemu nie wiedząc, co wymyślić.
Nagle wuj Pierza, Opadający Rumianek, podniósł łapę, zgłaszając się do odpowiedzi, chcąc coś jeszcze powiedzieć.
Czarny zastępca podniósł wzrok i skinął głową w kierunku Rumianka.
— Przepraszam, że przerwę... — zaczął cichutko. — Na wstępie muszę przyznać, że nie sugeruje, że to akurat wy to zrobiliście ani nic takiego. Czy nawet zleciliście to komuś innemu... — mruknął, patrząc na Zawodzące Echo, a następnie na Wdzięczną Firletkę. — Parę księżyców temu będąc w legowisku medyka, słyszałem rozmowę zastępcy i obecnej przy nas liliowej medyczki. Niestety nie mogę zacytować, ale mówili o śmierci Króliczej Gwiazdy sposobem naturalnym lub z cudzych łap. Nie sugeruje całkowicie nic, ale naprawdę chciałbym, żeby było to wyjaśnione? — mruknął Rumianek.
Firletka zamrugała. Zmarszczyła brwi. Po chwili uchyliła pysk.
— Królicza Gwiazda... Stracił niedawno jedno z żyć — zaczęła, nie patrząc na Echo. — We własnym legowisku. Jego organizm nie wytrzymał wysokich temperatur ubiegłej pory Zielonych Liści.
Przełknęła ślinę.
— Rozmawiałam z Zawodzącym Echem o tym, że śmierć jego ojca będzie w którymś momencie nieunikniona. Nawiązywałam do tego, że każdy zastępca musi się liczyć ze śmiercią lidera, któremu służy, z różnych przyczyn — naturalnych, jak i tych nie.
Zaświeciły się rudemu oczy.
— O! Dokładnie, Rumianku! Ja też słyszałem dziwne słowa dochodzące tym razem z legowiska wojowników. Z słów wynikało, że Królicza Gwiazda stawał się coraz bardziej kruchy... czy to nie świadczy, że był mniej odporny i mógł się zatruć dymem, mdlejąc? Tak jak ja? I Rudzik? — uniósł brew, stając koło wujka.
Oskrzydlony Ognik skrzywił się lekko, słysząc słowa Tańcującego Pierza.
— Wybacz mi moja nieprzychylność w tej chwili, ale myślę, że nie powinieneś się teraz odzywać. Wyglądasz mi na jednego z winnych tej sytuacji — mruknął, usiłując zachować swój spokój.
— ... Wspieram cię, a ty... eh, szkoda na ciebie słów! — miauknął, wyglądając na bardzo urażonego. — Mój wujek medyk był fajniejszy od ciebie... nawet mnie odwiedzał…
Ognik skierował swój wzrok na wojownika.
— Wybacz, ale nie wyglądasz mi na szczególnie lojalnego Klanowi Burzy. Czy nawet Klanowi Gwiazdy — odparł.
Fuknął na niego wyraźnie urażony, ale się nie odezwał. Strzelił focha i usiadł koło Bursztyna.
— Życie wojownika nie jest takie proste, młody... zwłaszcza jak jesteś rudy — westchnął ciężko.
— A co ma do tego rudość? — zdziwił się, unosząc brew — Moje życie jest bardzo proste, tylko ty masz problem, stary.
— Koty wtedy myślą, że jest z tobą coś nie tak... "kuku na muniu", mówią — wytłumaczył. — Widzisz przecież, jak nas większość traktuje. Jak śmiecie, które nic nie rozumieją... ale to nieprawda.
— A o moim tacie tak nie mówią — miauknął dumnie.
— Bo twój tatuś się nie wychyla jak jakiś mięczak i się u wszystkich płaszczy. Nie dziwię się, że twoja matka nim szorowała o kamienie, aby uciec od walki z lisem, po czym go odstawiła. Nie umiał stawiać granicy, Bursztyn, dlatego ty nie możesz być taki jak on. Musisz być twardy jak skała.
— Nikt nikim nie szurał po kamieniach! — nastroszył się.
— Ta, na pewno, młody... musisz otworzyć oczy. Jak to zrobisz, możemy dalej rozmawiać.
— Ciebie możemy oskarżyć o wiele więcej niż o posiadanie rudego futra, na które zganiasz winę — warknęła Raniuch z daleka. — Odbiegamy od tematu, chodząc po tematach i gdybaniach, gdzie nie mamy żadnych dowodów! Padły cztery imiona. Gradobijący Cierń, Dziki Berberys, Tańcujące Pierze i Rudzikowe Skrzydełko. A o pierwszych dwóch w ogóle nie rozmawiamy — odezwała się głośniej i donośniej. — Gdzie są koty, których nie ma? Jestem za tym, by wysłać patrol sprawdzający okolice. Jeśli spłonęli, na pewno zostały szczątki, jeśli ktoś im natomiast pomógł, powinny być ślady. Swoją drogą, czy ktoś nie powinien obejrzeć ciał naszych podejrzanych? — spytała, patrząc spod byka na oskarżonych — Na pewno mają ślady po ewentualnej bitwie, nikt nie poddałby się po prostu i nie oddał na skazanie.
Przewrócił oczyma. Nie miał żadnych śladów bitewnych. Jak zwykle, Śpiewka chciała się zabawić w bohatera.
Rumianek uśmiechnął się słabo, wracając do słów medyczki.
— Tylko że to w żadnym stopniu nie rozwiewa mojej sugestii — odparł, a zaraz zaświecił mu się świetlik. — Zaraz, zaraz. Czy Zawodzące Echo boi się bycia przywódcą? A może właśnie wręcz przeciwnie, to on zaplanował zabicie go? — podpytał.
Zastępca skrzywił się nieznacznie.
— Nigdy przez myśl nie przeszła mi chęć zabicia własnego ojca. Ilość rozmów, którą przebyłem z Wdzięczną Firletką, Kronikarzami czy nawet Rudą Lisówką i Fluorytem, właśnie na temat moich zmartwień o niego, może o tym świadczyć.
— Zarzucanie zbrodni Echu o zabicie swojego ojca jest tak samo odklejone, jak oskarżanie mojej siostry, z całym szacunkiem, Opadający Rumianku — odezwał się Pogłos Klanu Burzy, Ognik. — Nikt tak bardzo nie wspierał Króliczej Gwiazdy właśnie, jak Zawodzące Echo, który, przypominam, stracił już swoją rodzinę w różnych okolicznościach, a z ojcem miał dobre relacje, z tego, co udało mi się zauważyć. A gdyby miał spiskować, to pewnie Wdzięczna Firletka dawno by coś wyłapała, podobnie jak reszta kotów. Zresztą, musimy wszyscy przyznać, że już i tak przejął praktycznie stanowisko Królika, więc nie dość, że nie miałby po co sięgać po władzę, to w dodatku przez nawał obowiązków zwyczajnie nie miałby kiedy.
Echo skinieniem głowy podziękował Ognikowi za interwencję, po czym spojrzał ponownie na Rumianek.
— Myślę, że drobna ilość obaw jest zdrowa — miauknął po chwili namysłu, utrzymując kontakt wzrokowy. — Rola lidera niesie ze sobą wiele obowiązków i obciążeń, o których myślałem od dnia, w którym zostałem zastępcą. Zdziwiłbym się, gdyby ktoś niczego się nie bał.
Rumianek wyglądał przez chwilę, jakby nad czymś myślał.
— Masz po swojej stronie również tych dobrych wojowników. Także i mnie. Jest wśród nas w końcu także wielu lojalnych. Wierzę, że będziesz dobrym przywódca. I dziękuję za rozwianie moich wątpliwości — kiwnął lekko głową.
Raniuch skinęła łbem.
— I nawet jeśli ktoś zabójstwo zlecił, ktoś się końcowo go podjął, co czyni go tak samo winnym. Nie widzę powodu, by teraz się nad tym rozwodzić.
Echo kiwnął głową Rumiankowi w geście uznania. Po chwili przeniósł wzrok na Śpiewkę.
— Patrol wyruszy w momencie, gdy tylko się rozpogodzi — zgodził się z nią. — Będą szukać tych, których nie wrócili do obozu... Żywych lub ich ciał. Śladów walki.
— Z chęcią wezmę udział w patrolu — zaoferował podejrzany rudzielec. — Na początku już zaproponowałem, abyśmy poszli ich szukać... może jeszcze gdzieś tam są?
— Nie. Ty zostajesz tutaj. — warknęła Raniuszek. — Zbyt dobra okazja, by dać nogę, co?
— To zły pomysł, by podejrzany szedł — wtrącił.
— Nigdzie się nie ruszasz — wymamrotała pod nosem medyczka. — Oskrzydlony Ogniku, pomóż mi ich obejrzeć.
— No dobra, dobra...
Usiadł więc na zadzie i czekał. Najpierw medyczka obejrzała spalony ogon Rudzik. Niestety, ogon dało się uratować. Z poirytowaniem Kurza Łapa zamachał swoim rudym biczem.
Gdy zbliżyli się do Nieustraszonego Chomika, Firletka od razu zauważyła ranę.
— Nieustraszony Chomik ma ugryzienie na łapie! — zawołała w stronę Echa i Śpiewki.
— Bo to moje ugryzienie. Paliła mi się, a gaszenie ziemią nie zadziałało, to się ugryzłam, oczywiście to było w trakcie, jak biegłam do rzeki się ratować.
Jakaś żenada. Po prostu żenada.
— Więc, zamiast po prostu wsadzić do pyska, postanowiłaś ją ugryźć?! — rzuciła gwałtowniej Rudzik w stronę Chomik, bardziej nabuzowana.
— Czy nie powinnaś mieć w takim wypadku poparzonego pyska? Nie widzę u Ciebie nic podobnego.
— Chomik jest… Głupia. — burknął Cierń. — Dziwi cię to?
— ...Gdybym poparzył sobie łapkę i spanikował... pewnie też bym to samo zrobił — dodał ciszej rudy, trochę zawstydzony.
— Przecież ja sam mam podpalone futro, potknąłem się i wylądowałem bardzo blisko ognia. — wskazał na zwęglone końcówki futra na grzbiecie.
— Tak ugryzłam ją, to, że nie rozumienie nowoczesnych metod zapobiegania kontuzji to już nie moja sprawa, a po drugie mój pysk jest nieskażony, bo ten ogień to sama pochłonęłam. Trochę mnie piekło na języku, ale się zgasiło.
Firletka, przesuwając się z powrotem do Pierza i Ciernia, zauważyła sierść powyrywaną z ich brzuchów oraz lekkie ślady pazurów, co również oznajmiła klanowi.
— Biegnąc na ślepo, też można zahaczyć brzuchem o coś ostrego — wymamrotał Pierze. — Przynajmniej rany nie są głębokie…
— Czyli co — odwróciła głowę do Ciernia, odklejając wzrok od matki — Bawiliście się w berka podczas pożaru? Czy poszukiwania umarłych to jakieś twoje nowe, chore hobby?
Nie ukrywał się z tym. Spojrzał kątem oka na Raniuszek i głośno powiedział:
— Zahaczyłem o ostrą gałąź krzewu podczas biegu przed ogniem i wyrwało mi trochę futra — wyjaśnił spokojnie. — Jak Wdzięczna Firletka widziała, te rany są w wyniku zahaczenia o coś ostrego.
Medyczka uniosła brew.
— I chcesz mi powiedzieć, że wszystkie gałęzie mają po cztery ostre pazury? W tej samej odległości?
— W trakcie biegu mogłem jeszcze o coś zahaczyć. Klan Gwiazdy wie, co mi się tam jeszcze wbiło…
Dotychczas Lotos siedział pod ścianą, w mroku, jednak teraz wysunął się pomiędzy inne koty.
— Chciałbym również coś powiedzieć — oznajmił, stając obok Echa. — Niedawno Tańcujące Pierze dość mało subtelnie wypytywał mnie o moje poglądy wobec władzy klanu i opowiadał o krytyce, z którą podobno spotykał się Królicza Gwiazda. Czyżby szukał pomocników wśród nas?
— Rzeczywiście można go było zauważyć w towarzystwie niektórych kotów, podszeptującego… — mruknęła Raniuch.
Pokręcił zażenowany Tańcujące Pierze głową.
— Lotosowy Pąku, przerabialiśmy ten temat. Mówiłem tylko, że był rozłam w klanie, bo słyszałem szepty dochodzące z legowisk. Chciałem sięgnąć po twoje rady. Powiedziałeś mi dużo mądrych słów, które do dzisiaj pamiętam i dziękuję ci za to. Dzięki tobie udało mi się szybko opanować po śmierci mojego brata.
Albinos zmierzył Pierze wzrokiem, nie odzywając się już.
Biały Strumień westchnął. Wziął po chwili ponownie głęboki wdech.
— W takim razie mamy: ślady po czymś ostrym na brzuchu Pierza, który twierdzi, iż to była gałąź. Ugryzienie na łapie Nieustraszonego Chomika, która ugryzła się sama, mimo braku poparzenia na pysku. Do tego Gradobijący Cierń również ma ślady na brzuchu, a obydwaj mają powyrywaną sierść. Czy coś pominąłem?
— Nie uważasz, że gdybyśmy faktycznie walczyli, mielibyśmy na sobie o wiele więcej ran? — Cierń uniósł brew. — W dodatku chyba by nas tu już nie było, bo dym był tak duszący i szczypiący w oczy, że łatwo było się dusić. Mnie Pierze znalazł już w stanie prawie omdlenia, musiał mnie ewakuować z dala od dymu. A on sam nie był w najlepszej formie. Zresztą, zanim odciął mnie ogień, pomagałem Sójce iść, bo nie miała siły. Wcześniej biegłem niedaleko, a potem wspierałem ją bokiem przez chwilę. Rozdzieliliśmy się, bo usłyszałem krzyk jednego ze starszych i chciałem mu pomóc, no, a potem odcięły mnie płomienie…
— Hmm. Może i byście mieli więcej ran, gdybyście walczyli z kimś równym sobie. Jeśli był to kot słabszy... jak na przykład Królicza Gwiazda lub mój ojciec. Takie rany są odpowiednie do poziomu walki.
— Biały Strumieniu, z całym szacunkiem, ale Królicza Gwiazda miał wiele żyć. Byłoby zbyt ciężkie zabić go i jeszcze resztę kotów w tak małej grupie, nie sądzisz? I co, Wełnistą Mszycę, młodą i zwinną, też zabiliśmy? Przemyśl to, proszę.
Śpiewający Raniuszek prychnęła.
— Tak, bo walka z bandą starszych i, iloma, dwójką młodszych kotów, gdy macie przewagę w sile to naprawdę spore wyzwanie.
Gradobijący Cierń westchnął zrezygnowany.
— Powtarzam, PO RAZ KOLEJNY! Przejmujecie się tym, że niby nie żyją, a co, jeśli żyją?! Leżą teraz gdzieś na spalonej łące i biorą ostatnie oddechy, bo WY nie chcecie ruszyć się i ich szukać! Zresztą kocięta są głodne, jeśli nie zauważyliście, a do patrolu łowieckiego też nie garnie się nikt! Obwiniacie nas, a to my najbardziej się teraz martwimy, bo widzieliśmy ich, a widzenie kogoś przed jego prawdopodobną śmiercią też nie jest łatwe!
Tańcujące Pierze zamknął pysk Gradobijącemu Cierniowi.
— Zamknij pysk... już się teraz wykazałeś inteligencją i zasobem słów, geniuszu…
Jako odpowiedź usłyszał warczenie.
— Myślę, że wszyscy zapomnieli o tym, co Śniący Obserwator mówił na samym początku — zaczął swą wielką przemowę Ognik. — Czy spiski doszły końcowo do rękoczynów, tego nie wiemy, ale sam fakt, że zdrada pływała wśród nas tak intensywnie, nie może obyć się bez konsekwencji. Na czas oględzin proponuję wsadzić wszystkich do dołów i pilnować, gdyż mamy tu do czynienia z jawną zdradą klanu, jak nie masowym morderstwem i to nie w skali dramatu rodzinnego, tylko zamachu na lidera. Mamy motywy zdrady, mamy Pierze, który już nie raz wykazał się swoją... gwałtownością oraz Chomik, która już do podobnego czynu podeszła, więc wątpię, by zabicie kogoś było dla niej przeszkodą. Oskarżane tu koty, tak czy inaczej coś planowały, chcąc POZBYĆ się, przypominam, Króliczej Gwiazdy i naprawdę śmiem wątpić, że chodziło o wyproszenie go grzecznie z klanu. Co, jeśli któryś ze starszych widział wybryk i został uznany za uciążliwego świadka? Plany były, z tego, co rozumiem, całkiem żywe — tu spojrzał na Śniącego, który kiwnął głową na potwierdzenie — Nie wiadomo czy do zamachu doszło, ale dojść miało. Czy teraz, czy później. Osobiście jestem za wrzuceniem wszystkich oskarżonych osobno do dołów i pilnowanie, aż nie wymyślimy, co z nimi zrobić. — tu spojrzał jeszcze raz na winnych — Osobiście nie chciałbym dalej żyć w społeczności przepełnionej zdrajcami, którzy w każdej chwili mogą wbić zęby w kark. Szczególnie że chcieli też pozbyć się Zawodzącego Echa. Kogo więc jeszcze mieliby za sobą pociągnąć? Waszych bliskich? Matki, siostry, cały klan?
— PATRZCIE, PSZENICA WRÓCIŁA! — wszyscy popatrzyli tam, gdzie pokazała Chomik, a kotka wykorzystując to, uciekła. Za nią pobiegł Cyklonowe Oko.
— ...I oprócz bycia skałą musisz być szczwanym lisem jak ta o to Nieustraszony Chomik.
Z tunelów dochodziły warczenie i krzyki. Już po chwili do Groty powrócił Cyklon, ciągnąc Chomik za nim za kark.
Pomimo słów Ognika, reszta kontynuowała poprzednią rozmowę i wymianę zdań Ciernia—Śpiewki.
Kotka patrzyła na srebrzystego kocura niezbyt przejęta.
— Przynajmniej Pierze wie, kiedy się zamknąć. Może też zauważył, że sprawa jest stracona, zamiast brnąć dalej w kłamstwa. — miauknęła chłodno. — I nie udawaj, proszę, że ci zależy. Masz krew na łapach, dobrymi czynami ich nie obmyjesz. — zignorowała próbę ucieczki matki, siadając znów z boku, pusto patrząc na scenę i jak żałośnie Cyklon wkroczył znów do groty, z Chomikiem w pysku. Odwróciła wzrok.
Uśmiechnął się rudy do Raniuch, widząc jak coś się w niej dzieje. Reakcja kotki na uwięzienie matki nasuwa mu wiele pomysłów, co do ich następnych pogawędek, jeżeli takie się odbędą.
Przeleciał wzrokiem po tłumie.
— Czy możecie się na chwilę uspokoić! — zawołał zastępca, zaciskając zęby. — Ktokolwiek słuchał, co Oskrzydlony Ognik przed chwilą powiedział?
— Jestem za tym, by wsadzić ich do dziur. — odezwał się Śniak, wyraźnie dając znać, że nie chciał ich widzieć.
— Mam nadzieję, że tylko na czas oględzin — miauknęła wyraźniej Raniuszek. — Później chętnie zobaczę jak bez pazurów i języków opuszczają klan.
Uśmiech Pierza nie zniknął.
— Miło to słyszeć, Raniuszku. Doprawdy... aż się łezka kręci w oku!
— Popieram Raniuszka. Nie powinniśmy przejawiać litości dla zdrajców — rzekł Biały Strumień.
— Czyli chcecie też być okrutnymi mordercami? No dobrze, hipokryzja no ale co sobie tam chcecie… — odburknął.
— Ależ my nikogo nie mordujemy. Karzemy w imię sprawiedliwości i zasad oraz moralności narzuconych przez Klan Gwiazdy, który zhańbiliście, podobnie, jak kodeks wojownika. Więc tak, uważam, że jesteśmy w tym lepsi. O wiele lepsi od was.
Raniuszek nagle wyszła, nie czekając na werdykt Echa. Dziwne.
— Ah, no tak. Kiedy nawet nie jesteście pewni, czy to my zabiliśmy. A kto wie, może ten ogień zesłali na nas właśnie Gwiezdni, bo chcieli nam dać za coś nauczkę. Lub ukarać jakieś koty. Tego już nie wie nikt. Czy medycy nie mieli ostatnio jakichś znaków od Klanu Gwiazdy? Oczywiście nie muszą odpowiadać, ale niech odpowiedzą na to pytanie sobie sami w głowie.
— Nie możemy też wykluczać, że po wygnaniu by nie wrócili, by przejąć klan — westchnął melodyjnie, jakby gdybając sam do siebie. Nie przeszkadzało mu zabicie kogoś, kto naraziłby na rozpad jego wizję o utopii.
Echo ponownie zwrócił na siebie uwagę zebranych kotów.
— Zgodnie z propozycją, podejrzani spędzą noc pod strażą. Gdy tylko upewnimy się, że na zewnątrz jest bezpiecznie, wysłany zostanie patrol poszukiwawczy.
Zastępcę wziął głęboki oddech.
— W międzyczasie, prosiłbym każdego o zastanowienie się nad tym, co dzisiaj usłyszeli i zobaczyli. O przyszłości podejrzanych, gdy tylko patrol zda raport z... ilości kotów, których przez nich straciliśmy, zadecyduje również głos publiki.
Rudzik, słysząc swoje imię, zastrzygła uchem i kiwnęła głową na znak, że zrozumiała słowa przyszłego przywódcy. Niebywałe.
— Pod czujnym okiem również chętnie pomogę przy późniejszej odbudowie obozu — mruknęła cicho, słabym głosem.
Odwrócił się na pięcie, z widoczną frustracją w stronę swoich “strażników”. Westchnął ciężko.
— I gdzie ta sprawiedliwość, Klanie Gwiazdy?
Oczywiście na sam koniec rozległy się wrzaski Chomik.
— NIC NIE ZROBIŁAM, ZOSTAWCIE MNIE, WRONIE KARMY! WSZYSCY JESTEŚCIE GŁUPCAMI I PRAWDZIWYMI ZDRAJCAMI WŁASNEGO KLANU, MOJA MATKA BYŁABY LEPSZYM LIDEREM NIŻ WY WSZYSCY! NORNICZY ŚLAD CHCIAŁA DOBRZE, ALE OD KIEDY UWIERZYLIŚCIE ZAKŁAMANEJ LISIEJ STRAWIE PRZEPLATKOWEMU WIANKOWI, SAMI SOBIE SPUŚCILIŚCIE GNIEW GWIEZDNYCH! WASZA BIERNOŚĆ ZOSTAŁA UKARANA I BĘDZIE NADAL, PÓKI ŻYJĘ, TO MOŻECIE SWOJE MARZENIE O SWOIM SPOKOJNYM ŻYCIU WSADZIĆ W DU-
Aż w końcu Cyklon ją przygniótł mocno do ziemi.
Nasz bohater.
Kurza Łapa zajął swoje miejsce niedaleko Białego Strumienia, również w tamtym miejscu zasypiając. Niezbyt wygodne, jednakże rudy nie myślał nad bolącymi stawami. Chciał odpocząć.
***
Rudego ucznia wybudził z głębokiego snu głos zastępcy Klanu Burzy. Zerwał się i śpiącym wzrokiem spojrzał na czarnobiałego kota. Ziewnął przeciągle, po czym kichnął trzy razy. Dziwne.
— Klanie Burzy! — zastępca podniósł głos, zbierając na sobie uwagę. Koty zwróciły pyski w jego kierunku. — Dzisiejszego poranka wrócił patrol poszukiwawczy.
W tłumie rozległy się szmery. Po jej grzbiecie przebiegł dreszcz; wiedziała, jakie słowa zaraz padną. Została już wcześniej o wszystkim poinformowana, przy okazji zaproszenia poza Grotę, gdzie brała udział w oględzinach… Ciał, które udało im się odzyskać.
— Nie znaleziono ciała Króliczej Gwiazdy — oznajmił — wprost, tak, jak się tego spodziewała. Szepty przybrały w natężeniu; uniósł łapę, aby je uciszyć. — Podobnie jak ciał Sójczego Błękitu, Szarej Skóry, Skrzypiącego Skrzypu oraz Szafirkowego Wiatru. Po Wełnistej Mszycy również nie ma żadnego śladu… A więc. Proszę wszystkich wojowników, medyków, kronikarzy, przewodników oraz uczniów powyżej dwudziestego księżyca życia o wyrażenie swojego głosu publicznie. Koty, które wypowiadają się za wygnaniem głównej czwórki podejrzanych, niech staną po mojej prawej — uniósł jedną z łap — a za egzekucją, po lewej — powtórzył gest po drugiej stronie.
Złota Wydma i Pożar stanęły po prawej Echa jako pierwsze.
— Moją opinię już znacie, możecie brać mój głos pod uwagę w obu kwestiach — miauknęła wyraźnie kocica po paru uderzeniach serca. — Egzekucja zaoszczędzi nam wielu kłopotów w przyszłości. Wygnanie niesie za sobą ryzyko. Niemniej, jednak jeśli, jak wspomniałam, pozbędziemy ich pazurów i języków, ryzyko się zmniejszy. W końcu nie można ślepo wierzyć w zapewnienia spiskowców, jeśli postanowią złożyć przysięgę, że nigdy więcej nie postawią łapy w tych okolicach ani nikogo nie naślą.
Drgnęła, wykrzywiając pysk z dyskomfortem. Nienawidziła tego, że słowa Śpiewki miały sens. Myśl o tym, że miałaby spędzać dni w strachu o to, czy nadejdzie moment, w którym zęby zacisną się i na jej gardle.
Z grupy wysunął się pysk Lodówkowej Łapy.
— Jeśli mogę, Zawodzące Echo… Uważam, że nie zasługują na pewno na zbyt surową karę. Ciała nie są znalezione oraz nie mamy potwierdzenia co do tego, kto dokładnie popełnił morderstwo. Gradobijący Cierń ocalił mi i Gadożerowej Łapie życie… Wiem, nie mogę mu ufać całkowicie, ale wierzę, że to, co się stało, musi mieć jakieś wytłumaczenie. Poza tym Klan Burzy jest teraz bardzo słaby. Czy nie najlepiej byłoby ich przywrócić do roli uczniów, aby wykorzystać ich do obowiązków polowania pod nadzorem zaufanych wojowników?
Zamilkła na moment, spoglądając niepewnie po zebranych, po czym ponownie uchyliła pysk.
— Aktualnie stracimy pół klanu, jak chcemy potem wyżywić kocięta? Nie możemy sobie pozwolić na stracenie tak wielu kotów…
— Mamy dość kotek w klanie, by załatać braki — wbiła jej się w zdanie Śpiewka. — I jesteśmy dość silni, by poradzić sobie bez morderców, którzy w każdej chwili mogą ci wbić kły w gardło. Oczywiście ty nie musisz się o to martwić. Wszyscy wiemy, że jesteście blisko.
Zapadła chwila napiętej ciszy. Ruda Lisówka uniósł z jedną z łap, spoglądając przelotnie na Nieustraszony Chomik.
— Korzystam z mego prawa do głosu i sądzę, że Gradobijący Cień, jak i Dziki Berberys są jeszcze młodymi kotami, które weszły w dorosłość bez rodziców, które nie powinny zostać ani wygnane, ani zabite — zaczął. — Przypuszczam, że oni obaj zostali zmanipulowani, jak i reszta spiskowców przez zepsutego do szpiku kości Tańcującego Pierza i Nieustraszoną Chomik. Oba koty wykorzystały ich dramatyczną sytuację rodzinną dla ich wyzysku, oni obaj kotami, które zabłądziły i mogą jeszcze się odkupić, za to Pierze i Chomik nigdy. Tańcujące Pierze to przykład chodzącej arogancji, kłamstwa i agresji, przed pożarem też dopuścił się kilka występków, rzucił się na jedną z naszych medyczek, których tu nie ma i był może związany z otruciem Strzępkowego Kokonu. Nigdy do tej pory nie widziałem zła wcielonego we własnej osobie, które pewnie teraz nie na skruchy, dosłownie jak został przyłapany, to, zamiast coś z siebie wydusić jak normalny kot, to poszedł gadać do Bursztynowej Łapy że jako rudy ma ciężkie życie, no po prostu wąsy spadają ze śmiechu. Nieustraszona Chomik za to dostała szansę na pokutę, ale zmarnowała ją przy pierwszej lepszej okazji, zawiodła własną rodzinę i przyniosła jej zawód. Dlatego chcę, żeby ta nieobliczalna kotka z psychopatą odeszli najdalej stąd jak się da, wystarczająco nam pokazali, że nie zasługują tu żyć. Już wystarczająco doświadczyliśmy przemocy w tym klanie, nie potrzebujemy następnej.
Chłód, z jakim wypowiadał się o byłej partnerce, był aż nienaturalny. Śpiewający Raniuszek spojrzała z ukosa na ojca i parsknęła.
— Są starsi niż ja, mają niemal po 40 księżyców, a Pierze jest od nich młodszy. To dorosłe kocury, tato. Nie dopiero co wyklute kociaki, które nie potrafią panować nad emocjami i trzeba myśleć za nich. Nie patrz na nich pod kątem młodości.
Lisówka uniósł wyżej podbródek.
— Może, ale nadal sądzę, że mimo to mogą się bardziej zmienić niż twoja matka i Tańcujące Pierze.
Podczas gdy szylkretka spoglądała na ojca z zawodem, jedna z uczennic ponownie wzięła głos.
— To, co mówi Ruda Lisówka… Ma sens — wtrąciła się niepewnie Lodówkowa Łapa. — W końcu Cierń wspomniał o swoim ojcu, gdy wtedy pokłócił się z Króliczą Gwiazdą. Przecież sam potem przeprosił Zawodzące Echo, martwiąc się o lidera… Przecież nigdy wcześniej się tak nie zachowywał.
— Zgadzam się z Rudą Lisówką. Również jestem za wygnaniem Pierza i Chomik.
Modliszkowa Cisza, siedzący dotąd z boku, spojrzał przelotnie na zebranych, a później na Lodówkę.
— Wygnanie nie załatwi sprawy. Egzekucja za to uniemożliwi winnym popełnienia tej zbrodni ponownie, chroniąc nasz i inne klany. Oraz może sprawi że inne koty, w końcu zaczną się bać konsekwencji swoich czynów.
Wraz z wojownikiem na lewą stronę Echa przesunął się Opadający Rumianek, a zaraz po nim Biały Strumień, Śniący Obserwator i Gasnąca Łapa.
— Głosuję za egzekucją. Uważam, że nie powinniśmy okazywać litości kotom, które jawnie zdradziły naszą społeczność — oznajmił wyraźnie biały przewodnik. — Jeśli byśmy ich wygnali, mogliby wrócić, albo co gorsza — mordować inne koty, co było zbyt wielkim ryzykiem. Powinniśmy ukrócić ich działania w możliwie najszybszym tempie, pozbawiając ich życia, tak jak oni odebrali je naszym pobratymcom. Takie potwory nie zasługują, by żyć wśród nas.
Przesunęła wzrokiem po występujących z grupy kotach. Widziała ich krzywe miny, słyszała ich brutalne słowa. Które były gorsze? Skazanych czy skazujących?
Przed tłum wyszedł Oskrzydlony Ognik.
— Uważam, że zawsze należy dawać drugą szansę, w końcu trzeba brać pod uwagę wiele możliwości i czynników, jak chociażby wcześniej wspomniany młody wiek, który nie tyczy się co prawda Gradobijącego Ciernia i Dzikiego Berberysu, lecz Tańcującego Pierza — zaczął, zawieszając wzrok właśnie na rudym kocurze. — W tym jednak wypadku, nie możemy patrzeć jedynie na młody wiek. Są koty, które od urodzenia tworzą za naczynie dla żaru, który w każdym momencie może zranić współklanowiczów i spopielić wszystko, nad czym pracowaliśmy. Niestety, mamy do czynienia z tym drugim, chociaż bardzo chciałbym się mylić. Po części zgadzam się z Rudą Lisówką, że to dwa koty w naszej społeczności stanowią największy problem. Nikt nie wie, czy bardziej niebezpieczny i żarłoczny jest płomień młody, czy stary i doświadczony... kto raz zaznał smaku krwi, przełamał barierę i jest w stanie zrobić to po raz kolejny. Naprawdę mi przykro, gdyż chciałbym zobaczyć wielkie zmiany, jakie młode koty mogą wnieść do społeczności. Niestety, zabrano się do tego w zły sposób. Jakiś czas temu wyraziłem swoją opinię na osobności, jednak po wysłuchaniu słów Rudej Lisówki zmieniłem swoje zdanie. Berberys, jak i Cierń powinni być skazani na wygnanie lub dożywotnie prace na stanowisku kreta pod ciągłym nadzorem. Byłoby to bezpieczniejsze niż stracenie ich z oczu. Co do Chomika i Tańca... — zamilkł na moment. — Niestety, jestem za egzekucją, z szansą na rozpatrzenie tego w przypadku Pierza.
Zapadła chwila ciszy. Przerwał ją dopiero jeden z więźniów, Gradobijący Cierń.
— Klanie Burzy… — trzęsącym się głosem zwrócił się do pobratymców. — Odkąd byłem kociakiem, byłem lojalny swojemu klanowi. Szanowałem każdego z was, jak i starszych naszego klanu. Przepraszam, że musieliśmy się znaleźć w tak tragicznym miejscu, jak to, w którym jesteśmy dzisiaj. Nigdy nie chciałem nikogo skrzywdzić. Gdy dowiedziałem się o zabójstwie mojego ojca, nie byłem w stanie uwierzyć, że zrobiłby coś tak okrutnego. Zabił moją własną matkę. Skończyłem bez rodziców, jak i Berberys i Mak. Wiele razy podczas szkolenia przechodziło mi przez myśl, że powinienem teraz szkolić się u boku matki, choć Szara Skóra był wspaniałym mentorem, to brakowało mi jej. Straciłem rodziców, byłego mentora… Tak, winiłem za śmierć mojej matki Króliczą Gwiazdę, oraz za późne mianowanie mnie, gdyż myślałem, że mi nie ufa. Jednak myliłem się. Królicza Gwiazda w żadnym stopniu nie był temu winny, a moje przekonania nie były moimi własnymi. Żałuję… Zaufania Pierzowi. Szukałem w nim wsparcia. Chciałem… Pomocy. Z Berberysem nie dogadywałem się najlepiej. Nie chciałem też martwić siostry, z resztą oboje przechodzili ciężki czas. A Pierze znalazł mnie w dołku, z którego nie potrafiłem wyjść. Nakarmił mnie fałszywymi przekonaniami, nienawiścią do Króliczej Gwiazdy… — spojrzał po kotach. — Tak, rozmawialiśmy o morderstwie Króliczej Gwiazdy. To Pierze chciał mnie do niego namówić. Wpajał mi do głowy, że jest on stary, że nie nadaje się na lidera, że to przez niego Jagodowe Marzenie jest martwa. Manipulował mną jak marionetką. W dodatku… Wiele ran, z jakimi wracałem do obozu, jak i te, które usprawiedliwiliśmy atakiem lisów, nie były ich winą. Pierze często posuwał się w moją stronę do przemocy fizycznej, a ja sam nie potrafiłem się mu postawić... Byłem tchórzem. Byłem… zbyt słaby. I żałuję tego. Możecie mnie osądzić, jednak wiedzcie, że nigdy nie skrzywdziłbym kota z własnej woli, ale nie chcę was oszukiwać. To ja zabiłem Króliczą Gwiazdę.
W tłumie rozległy się szepty.
Serce podeszło jej do gardła. Czyli ich podejrzenia zostały potwierdzone. Życia Króliczej Gwiazdy zostały mu zabrane.
— Nie… Nie chciałem tego zrobić… Męczyły mnie głosy, cienie, które widziałem, które mówiły mi, że jestem beznadziejny! Że też skończę jak mój ojciec! I tak właśnie się stało. Nienawidzę się za to. Dlatego przeprosiłem Echo za rzucone w stronę Króliczej Gwiazdy słowa. Bo tuż po tym, jak ten umarł, pożałowałem. Wiem, że dla was będę mordercą. Możecie mi wyrwać pazury, możecie dać mi przeklęte imię, zrzucić mnie do dziury, jednak proszę… Jeśli jestem w stanie o to jakkolwiek prosić… Oszczędźcie mojego życia… Odpowiem wam na każde pytanie, jakie zadacie, tylko… Proszę, nie wińcie mnie za coś, czego nie zrobiłbym z własnej woli...
Reszta oskarżonych, w tym Dziki Berberys, pozostali cicho. Po chwili jednak pysk uchyliła Nieustraszony Chomik.
— Też dołożę swoje parę słów. Wiem, że to nie zmieni sposobu, jaki na mnie patrzycie i to rozumiem, ale póki jeszcze żyję, to…
Zamilkła na parę uderzeń serca.
— Poprzednio mój partner, Ruda Lisówka wspomniał, że Tańcujące Pierze wymienił słowa z tajemniczym kotem o treści "Chcę, aby razem pozbyła się tego czarnucha", oczywiście muszę się, że to ja byłam tym tajemniczym kotem. Zaczęło się to tym, że poprosił mnie na osobności, żebyśmy pogadali, to było po zatruciu Strzępkotkowego Kokonu. Prosił mnie, żebym mu zdradziła, jak najbardziej by mógł skutecznie zabić Króliczą Gwiazdę i od czego zacząć. Mówił mi, że już takie numerki kręciłam, ale nie zgodziłam się, dlatego że miałam rodzinę i nie chciałam szarpać jej reputacji. Tylko że tam najbardziej mnie uderzył, groził mi, że jeśli mu nie powiem tego i nie dołączę do jego kwiożerczego planu obalenia władzy- to- to mi groził, że pośle swoich braci, żeby zabili moją córeczkę, Śpiewający Raniuszek. Oczywiście powiedział mi, że jeśli się zgodzę na jego warunki, to ona będzie bezpieczna, nie chciałam oczywiście szarpać się na życie swojego jedynego dziecka, które mam. Wystarczy, że Cicha Łapa już mi został zabrany, co jeszcze na Klan Gwiazdy miałam poświęcać?!
Po policzkach oskarżonej pociekły łzy. Firletka odwróciła spojrzenie.
— Dlatego byłam zmuszona, zabić swego ucznia, Skrzypiącego Skrz-... Skrzypu, ja nawet nie umiem wypowiedzieć jego imienia! Stałam się potworem! Przynajmniej jednak ze spokojem umrę, jeśli mnie skażecie na egzekucję z tym agresywnym rudzielcem, to przynajmniej wiem, że mojej córce już nic nie będzie grozić.
Usłyszała zmęczone westchnienie Śpiewającego Raniuszka.
— Jesteś dorosłym kocurem, na gwiezdnych — mruknęła, komentując wywody Ciernia. — Patrzenie jak się mazgaisz już po dokonanej zbrodni, jest obrzydliwe.
Gdy ponownie podniosła wzrok, Śpiewka wpatrywała się w matkę twardym wzrokiem.
— Zawiodłam się na tobie.
Gradobijący Cierń drgnął, unosząc głowę i wpatrując się w młodszą wojowniczkę błagalnie.
— Śpiewko, rozumiem twój punkt widzenia… Jednak czy gdy walczysz za swój klan, jesteś mordercą? Tak samo w tym przypadku, ja nie chciałem mordować, jak koty na bitwie. Tak, wtedy walczymy dla swojego klanu. Przyznaje, zrobiłem źle. Jednak żałuję. Bardzo. Nie chcę być mordercą — miauczał. Jego spojrzenie padło na Białego Strumienia. — Wełnista Mszyca nie została zabita. Uciekła. Pierze kazał jej uciekać i nigdy więcej nie zbliżać się do Klanu Burzy. Nie wiem, czy kiedykolwiek będzie miała zamiar wrócić… Po tak drastycznym widoku…
Zamrugała. Jej serce zatrzymało się na parę chwil, zanim ponownie ruszyło pędem. Wygnana? Kątem oka widziała, jak przewodnik wstaje, podchodzi parę kroków bliżej i obnaża zęby.
— Nie mieliście prawa jej wygnać. Dumni z siebie jesteście, mordercy? — wycedził przez zęby. — Medyczkę wygnać? Skazać Klan na problemy zdrowotne? Samolubnie podejmując decyzję, zaszkodziliście nam, jak i jej! Macie świadomość, że Wełnista Mszyca może nie przeżyć sama? Jest albinosem, nie może wyjść nawet na światło dzienne! Nie ważne, że żałujesz. Miano mordercy pozostanie z Tobą na zawsze, nic nie pozwoli odkupić Ci Twoich win, Gradobijący Cierniu.
Nie chciała tego słuchać. Z drugiej strony, chciała dołączyć do Białego Strumienia i przemówić im wszystkim do rozsądku.
— Pierze chciał ją zabić, ale został powstrzymany. Sam niestety nie byłem blisko, gdy się to stało — odpowiedział szybko Cierń. — Przepraszam, Biały Strumieniu. Chciałem ci to powiedzieć, abyś był spokojniejszy o to, że jest cała i zdrowa i że jest jeszcze szansa na odnalezienie jej… Nie oczekuję za to od ciebie łaski. Mówię to, abyś wiedział, że żyje.
Żyje. Żyje, ale jest sama. I na pewno przestraszona. Wygnana, pozbawiona domu i przyjaciół samozwańczą łapą. Kolejny jej uczeń, który został nagle oderwany od swoich marzeń.
— Cała i zdrowa? — powtórzył Biały Strumień, głosem przepełnionym jadem. — Ja mam być spokojniejszy? Oh, dzięki Przodkom za Twoją wspaniałomyślność! Dopiero z pazurami na gardle postanowiłeś gadać, Gradobijący Cierniu. Nic nie wybieli Twoich skrwawionych łap, jesteście niczym więcej, niż wronimi strawami. Nadajecie się tylko na egzekucję, nie wierzę w żadne wasze słowo o "żałowaniu win". Nie myślałeś o konsekwencjach w chwili planowania zbrodni? A później podczas jej popełniania? Nie ruszyło Cię wtedy to Twoje wspaniałe sumienie? Wystraszyłeś się, że będziemy chcieli Cię zabić? Za późno na żale, Gradobijący Cierniu. Stało się, a co do reszty...
Spojrzał na Pierze ze zmrużonymi ślipiami i bijącym o podłoże ogonem.
— To chętnie własnołapnie Cię okaleczę, Tańczące Pierze. Chociaż może powinienem powiedzieć; Zakłamane Pierze. Nigdy Ci nie wierzyłem i mam nadzieję, że spotka Cię najwyższy wymiar kary.
— Wbrew wszystkiemu, Biały Strumieniu zdaję sobie sprawę z popełnionej przez siebie zbrodni — Cierń brnął dalej. — Wiem, że nadal mogę zostać nawet wygnany, choć jeśli jest szansa odkupić moje winy, byłbym gotów to zrobić. Jeśli nie, nadal będę żałował. Wiedz, że nawet jeśli zostanie wybrane wygnanie i zdecydujecie, by wygnać i mnie, to nawet jeśli przeżyje reszta, to domyślam się, że ja sam za wydanie innych zostanę zabity. Jeśli chcesz, aby ten, kto daje ci nadzieję, że twoja siostra może jeszcze wrócić do Klanu Burzy, umarł, oraz kto daje wam całą prawdę na wyciągniętej łapie, umarł…
Tańcujące Pierze usiadł na ziemi, przekręcając lekko głowę i wpatrując się bez wyrazu pyska w przewodnika.
— Nazywam się Tańcujące Pierze, Biały Strumieniu. Chcesz mnie własnołapnie okaleczyć? Czemu? Bo wierzysz mordercy? Tak łatwo tobą zmanipulować, przewodniku Klanu Burzy? — Uniósł jedną z brwi. — Mogłem się po tobie więcej spodziewać.
Pokręcił głową i uśmiechnął się z politowaniem.
— Czemu chcesz mnie skaleczyć, przewodniku? Czy moja krew zaspokoi twoje potrzeby? — Ponownie wstał i przechylił głowę na bok z uśmieszkiem. Wyszczerzył śnieżnobiałe zęby. — Czy znajdziesz ukojenie w kolejnej kałuży krwi pobratymca? Klanie Burzy, tak nie musi być — zwrócił się do ogółu klanu. — Nie możemy stać w miejscu i wybierać krew za krwią. Zaraz utoniecie w tym po same uszy, a nawet nie jesteście tego świadomi. Przemoc rodzi przemoc. Bawicie się w tej krwi. Taplacie ze śmiechem. Nie widzicie? Odkąd ojciec Gradobijącego Ciernia, Zwiewnego Maku, Dzikiego Berberysa i świętej pamięci kremowego brata, Klan Burzy zaczął się dzielić. Czemu dalej chcecie rozlewać krew? Podejmujecie samobójczą decyzję. Jeszcze kilka kropli, a przed wami będzie tylko szkarłat, a nie pobratymiec czy rodzina; bo gdy wszystko staje się krwią... krew to wszystko.
Przewodnik spojrzał na dwójkę z prawdziwym brakiem szacunku w oczach.
— Zasłużyłeś na śmierć — zwrócił się do Ciernia; chłodno, acz dobitnie. Zwrócił wzrok na drugiego kocura. — Jesteś zwykłym manipulatorem oraz mordercą, Pierze. Gradobijący Cierń w swoim głosie nie miał paniki, a zwykłe pogodzenie się ze swym niechybnym losem. Ty zaś, Pierze, jesteś zwykłym, aroganckim, manipulującym kotem, który sieje chaos, rozlewając krew. Jesteś ostatnim kotem, który ma prawo mówić takie rzeczy.
Jej łapy drżały. Miała dość tej dyskusji. Miała dość tych wszystkich obrzydliwych, zajadłych słów padających z ich pysków. Ostrych spojrzeń i błyszczących kłów. Wiedziała, że rozmowa i osąd są konieczne; nie zmieniało to jednak faktu, że ani odrobinę się to jej nie podobało.
Obserwujący rozwój sytuacji Oskrzydlony Ognik zwrócił się do Gradobijącego Ciernia.
— Czyli przyznajesz się do zdrady i morderstwa, ale jesteś skłonny współpracować. Doceniam to. Czy chciałbyś się jeszcze z nami czymś podzielić? Dobra wola na pewno zostanie wzięta pod uwagę, prawda, Zawodzące Echo? — wojownik zerknął na zastępcę — Czy wszyscy tu są skłonni wysłuchać ewentualnych wyjaśnień? Czy ty, jako oskarżony, jesteś skłonny do odpowiedzenia na wszelkie pytania?
Kocur uniósł spojrzenie. W jego ślipiach lśniły nieuronione łzy.
— Tak. Jestem w stanie współpracować i odpowiedzieć na wasze pytania, jeśli takowe macie — Skłonił lekko głowę.— Jeśli skłamię, możecie mnie dać wronom na pożarcie.
W rozmowę wcięła się Śpiewający Raniuszek.
— Walczyć o swój klan?! Zabiliście zgraję staruchów! Dobra mi walka, Królicza Gwiazda ledwo się trzymał na łapach, słyszałeś, że stracił niedawno życie, wystarczyło poczekać, na miłość gwiezdnych. Szlachetne mi zachowanie, zabijanie starca.
Cierń opuścił spojrzenie.
— Wiem. Przykro mi. Wiem że nie przywrócę życia Króliczej Gwieździe, ale zrobię co w mojej mocy, aby był należycie zapamiętany. Oraz abyście dowiedzieli się prawdy.
Odwracając od nich głowę, skupiła się na Echu. Na pysku kocura wymalowany był szok i ból; współczuła mu z całego serca.
— ...Dziękuję za szczerość, Gradobijący Cierniu — miauknął zastępca po parunastu uderzeniach serca, ignorując słowa Śpiewki. — Prawda. Współpraca zostanie doceniona.
Wśród reszty oskarżonych zapadła cisza; przerwał ją dopiero Tańcujące Pierze, z uśmiechem pchającym się na pysk.
— Tak czy siak jesteś mordercą, Gradobijący Cierniu.
— Nie, nie. Pierze — Cierń spojrzał z ukosa na… Przyjaciela? — Nie dam ci wmawiać sobie, że to moja wina. Tak, zrobiłem źle, jednak to ty nie żałujesz tego uczynku. Ja zrozumiałem to w momencie, w którym było już za późno, przyznaję. Jednak ty nigdy tego nie zrozumiesz. To wszystko jest twoją winą — słowa srebrnego przerwał wrzask, który przeszył Grotę Pamięci.
— WIEDZIAŁEM, ŻE Z TEJ JEGO JADACZKI WYPEŁZAJĄ SAME KŁAMSTWA! — warknął Gadożerowa Łapa, patrząc prosto na Pierze. Wstał z miejsca. — Mówiłem o tym od początku, ale nikt mnie nie raczył posłuchać! Ani teraz, ani kiedy wrabiał mnie w otrucie Strzępotkowego Kokonu!
Fuknął z wściekłością, po czym przeszedł na jedną ze stron Zawodzącego Echa.
— Będzie mi się żyło lepiej, gdy ktoś wyszarpie te wszystkie godne pożałowania bajeczki razem z jego gardłem — splunął. — Co do reszty, róbcie to, na co zasługują.
— Właśnie! Jak to było, z tym zatruciem, Pierze?
Słowa Śpiewki ponownie zwróciły jej uwagę.
— Od początku się wypierałeś, ale przyznaj, że nie był to pierwszy raz, gdy doprowadziłeś do czyjejś śmierci. Tak bardzo ci się spodobało, że postanowiłeś kontynuować? — odwróciła się do Ciernia. — Wiesz coś o tym?
Pamiętała dzień, w którym Strzępotkowy Kokon skonał pod jej łapami. Otruty.
— Nie wydaje mi się, żeby mówił mi o tym. Jednak byłby do tego zdolny. Gadożerowa Łapa może mieć rację, nie wydaję mi się, że on byłby w stanie kogoś zatruć. Natomiast Pierze już tak.
— Mówiłam!
Gadożer fuknął, odwracając się przodem do zebranych kotów.
— A wy mi nie wierzyliście! To ja spędziłem księżyce jako uczeń bez mentora za coś, o czym nie wiedziałem, a on skakał sobie po łące i planował kolejne morderstwo!
Nie chciała na to patrzeć, nie chciała się odzywać, lecz ciążyło nad nią brzemię odpowiedzialności. Wstała ze swojego miejsca pod jedną ze ścian.
— Nie będę się wypowiadać za żadną z opcji — spojrzała wymownie na Echo — ale mogę zgodzić się ze słowami Śpiewającego Raniuszka. Tak jak wcześniej mówiła, jeżeli zostaną wygnani, powinniśmy pozbawić ich możliwości powrotu i skrzywdzenia Klanu Burzy kolejny raz.
Spojrzała przelotnie na Tańcujące Pierze. Czy ten jeden raz, gdy groził im w legowisku medyków, była szansa, że doszłoby do podobnej tragedii? Ile brakowało, aby ściany Kamiennej Wieży splamione zostały krwią — nie pacjentów, a ich własną?
Oskrzydlony Ognik ponownie zabrał głos.
— Jestem za tym, by po wszystkim wysłać patrol poszukiwawczy. Być może Wełnista Mszyca jeszcze kręci się po okolicy.
Zawodzące Echo skinął głową.
Lotosowy Pąk, stojący pośrodku z paroma innymi kotami, uchylił pysk.
— Egzekucja Tańcującego Pierza i Nieustraszonego Chomika pozwoliłaby nam wszystkim spać spokojnie — oznajmił, niezbyt przejmując się lamentującym z tyłu Cierniem, śmiejącym się Pierzem i warczącym na niego Białym Strumieniem. Jego słowa skierowane były głównie do Echa. — W przypadku Dzikiego Berberysu i Gradobijącego Ciernia... Nie jestem pewnien. Wszyscy pamiętamy ich słowa, które przekazał nam Śniący Obserwator. Oraz wszyscy słyszeliśmy to, że Gradobijący Cierń przyznał się do zabicia Króliczej Gwiazdy. Płacz i histeria nie wymazują jego czynów, ale współpraca z nim mogłaby pomóc nam wyjaśnić lepiej całą sytuację. Oczywiście, jeśli spotkałaby go inna, odpowiednia kara.
Gradobijący Cierń uniósł spojrzenie i wbił je w koty stojące po obu stronach Echa.
— Czy macie jeszcze jakieś pytania? Ja sam nie wiem, co dokładnie chcielibyście wiedzieć, dlatego wolałbym usłyszeć to od was.
Zamiast pytań, po Grocie rozległ się lamentujący głos jednej z wojowniczek.
— Zawodzące Echo... muszą istnieć inne opcje, oprócz ponownego przelania krwi lub wygnania — Krokusowa Kruchość miauknęła cicho, wpatrując się w kocura szklistym wzrokiem. Nerwowo poruszyła uszyma. — Proszę, nie pozwól zabić, ani wygnać Dzikiego Berberysa. J—ja go kocham... — Spuściła głowę, roniąc kilka łez. — I podzielę jego los, nie ważne, jaka będzie decyzja. Odejdę lub umrę razem z nim.
Zaskoczone spojrzenia zwróciły się na kocicę, a Dziki Berberys wbił w nią utęskniony wzrok.
— Krokus!
Naprzód grupki kotów przedarła się Słodka Dziewanna. Stanęła pomiędzy córką a zastępcą.
— Krokusowa Kruchość jest w szoku i sama nie wie, o czym mówi. Za pozwoleniem, zabiorę ją do innego pomieszczenia, gdzie poczekamy, aż zapadnie decyzja.
Koty spojrzały po sobie, zmieszane. Ciszę przerwał Gradobijący Cierń, ponownie podejmując dyskusję z Pierzem i Białym Strumieniem.
— To ty zastanawiałeś się, jak smakuje krew albinosów przy Wełnistej Mszycy. To ty czerpałeś satysfakcję z morderstw, które poczyniłeś.
Poczuła kwas cofający się jej do pyska. Krew albinosów. Jej żołądek zacisnął się, a język zwiotczał jak ciężki, bezużyteczny mięsień. Z kim ona dzieliła obóz przez te wszystkie księżyce?
Przewodnik odwrócił gwałtownie głowę.
— Coś Ty powiedział...?!
— Pierze próbował zabić Wełnistą Mszycę, jak już mówiłem — Cierń zawahał się. — Został powstrzymany. Jednak mówił przed próbą zabicia jej, że chętnie posmakowałby krwi albinosów. Słyszałem to niestety z daleka, nie ja powstrzymałem go przed zabiciem, choć zrobiłbym to, gdybym tam był.
Koty wpatrywały się w rozgrywającą się scenę w ciszy. Jej samej żołądek podchodził do gardła; wzrok od Tańcującego Pierza oderwała jedynie na słowa kolejnej kotki, Kameliowej Łapy.
— Tańcujące Pierze oraz Chomik to koty, które niosą ze sobą wyłącznie ból — podsumowała. — Niech giną.
— Chciałbym również, abyście wyrazili swoją opinię na temat Rudzikowego Skrzydełka, Zwiewnego Maku oraz Bąbelkowego Plusku — oznajmił Echo. Po chwili zawahania zwrócił spojrzenie na jednego z oskarżonych. — Jednak najpierw… Gradobijący Cierniu. Czy byłbyś w stanie określić dla nas role tych trzech kotów we wczorajszej sytuacji?
Oskarżeni spojrzeli po sobie.
— Tak, Zawodzące Echo — odpowiedział szybko srebrny. — Nie byli przy morderstwie, brali udział w planowaniu jedynie pobieżnie, mało co byli wplątywani w ważniejsze sprawy. Pierze potrzebował jak najwięcej wiernych mu kotów. Nie widziałem ich pośród grupy mordujących, przynajmniej tak mi się wydaje. Chyba że ich nie zauważyłem.
Echo powoli skinął głową.
— Dziękuję — miauknął. Zwrócił wzrok z powrotem na trójkę podejrzanych. — Czy wy macie coś do powiedzenia na swoją obronę?
Pierwsza ugięła się Zawodzący Mak.
— Chcę odejść. Za- zabiłam Szafirkowy Wiatr i- i nie jestem godna miana wojowniczki... Nigdy nie byłam — wyznała drżącym głosem.
W jej oczach zabłysnęły łzy. Firletka uchyliła pysk, wpatrując się w wojowniczkę.
— ...to tłumaczyłoby krew na Twoim ogonie — wymamrotała. Nie oznajmiała tego wcześniej ogółowi klanu, ale zauważyła ją podczas oględzin poprzedniego dnia.
— Dziękuję za szczerość — miauknął po chwili Echo.
Dotarł do niej syk Śpiewki.
— Klan morderców.
Tuż obok trzęsącego się Bąbelkowego Plusku głowę podniosła Rudzikowe Skrzydełko.
— Faktycznie miałam brać w tym udział — mruknęła cicho. — Jednak gdy tylko zobaczyłam ogień, to spanikowałam. Najpierw mnie zmroziło, a potem pobiegłam szukać Zajęczego Udka. Niby słuchałam tych wszystkich planów...ale nie czułam że należę do ich grupy. Ostatecznie zrobiłam to, co chciałam i ostrzegałam ojca swoich kociąt o niebezpieczeństwie — wyjaśniła powoli i dosyć cicho, jednak wyraźnie. — Więc gdybyscie spytali ich to tak, należałam do ich grupy. Jednak gdybyście mieli spytać mnie... — przerwała — to i tak zrobiłam to, co według mnie było słuszne. Nie pomogłam im tak, jak planowałam na początku. Poczułam się...okropnie. Królicza Gwiazda nic mi nie zrobił. Inni również. Nagle zaczęłam się zastanawiać, po co kiedykolwiek chciałam w tym uczestniczyć.
Pokręciła głową.
— Nie przyłożyłam łapy do ich działań. Nikogo też nie buntowałam, nawet własnych kociąt. Zaufałam swojemu bratu, że zadba o ich bezpieczeństwo. I nie zabiłam nikogo. Ale za to być może uratowałam czyjeś życie, Zajęcze Udko na pewno jest bezpieczny. Nie mogę tu zostać, prawda? To nie pierwszy raz, gdy robię coś źle... — szepnęła cicho, uciekając wzrokiem w bok. Podążyła za jej spojrzeniem, napotykając dwójkę jej dzieci — Kurzą i Perłówkową Łapę. — Oni też mogli mieć lepszą matkę. Ognik i Płomykóweczka mogli też mieć lepszą siostrę... Przepraszam. Jestem gotowa na każdą karę — dokończyła, skłaniając się na drżących łapach.
Do towarzyszącego jej od początku dyskusji obrzydzenia dołączyło współczucie. Przełknęła ślinę. Czy w oczach innych matka płacząca nad swoimi dziećmi, przepraszająca je za spaczoną przyszłość, której przez nią doświadczą, nie wywoływała, choć nuty boleści?
— I nie tylko — wydusił z siebie Bąbelkowy Pysk, patrząc ostro na Mak. — Pozbawiłaś nas wojownika, ojca M-Mszycy, Lotosa i Białego St- Strumienia! Szara Skóra nie powinien umrz— umrzeć!
Zawodzące Echo zwrócił wzrok na pointa.
— Co masz przez to na myśli? Zawodzący Mak zabiła Szarą Skórę?
— Jak śmiesz oskarżać mnie o to, że zabiłam także Szarą Skórę, Bąbelkowy Plusku!
Głos czarnofutrej kocicy był zrozpaczony.
— To nie ja zamordowałam Szarą Skórę. Za to wiem, kto to zrobił...
— Tak, zabiła Szarą Skórę! — zawołał Bąbel. — Ja... Ja próbowałem zatrzymać ją, ale mnie odepchnęła... Morderczyni! Mszyca przeżyła dz- dzięki mnie, Biały S... Strumieniu! — Spojrzał na przewodnika. — To ja ją uratowałem! Nie chciałem, aby umierała! Słyszysz!? Mam dobre serce! — Odwrócił się ponownie do Maku. — Ty. Ty go zabiłaś. Przez ciebie umarł! Szara Skóra nadal by z nami był, gdybyś w końcu mnie posłuchała! Ale nie! Bo jak to!? Lepsza krew albinosów niż żadna, tak!? MORDERCZYNIO!
Firletka wpatrywała się w rozwijającą się przed nią scenę z grozą.
— Jak możesz! To Tańcujące Pierze zamordował Szarą Skórę.
— Łże. Ona cały czas łże, Zawodzące Echo ! — zawołał, nie odrywając jednak wzroku od Maku. — Zabiłaś nie tylko naszą starszyznę, Szafirkowy Wiatr, ale jeszcze zabiłaś Szara Skórę! Teraz udajesz niewiniątko —
— Próbujesz bronić Pierze, ale ja mówię prawdę. I mimo to, że zamordowałam Szafirkowy Wiatr, to mam nadzieję, że i tak mówię prawdę o Szarej Skórze i Tańcującemu Pierzu — jej wzrok biegał po zebranych kotach, spanikowany. — Błagam was, ten ostatni raz, uwierzcie mi. Proszę...
Echo zbliżył się do nich o krok.
— Proszę o spokój! — warknął. — Zwalaniem winy z jednego na drugie nic nie wyniesiecie. Czy ktoś inny jest w stanie potwierdzić słowa Bąbelkowego Plusku?
Zamiast odpowiedzi, wszyscy usłyszeli popiskiwanie kociaka.
—Mamusiu! Co się dzieje?
Spojrzenie tłumu zwróciło się na córkę Maku, Jabłuszko.
— …nic, kochanie. Mamusia musi załatwić... Ważne sprawy.
— Nie chcę wracać do tamtego kota. Chcę być z tobą. Mogę?
Od kociąt jej uwagę odwrócił zbliżający się do niej Bąbelkowy Plusk.
— Wdzięczna Firletko!
Oskarżony stanął tuż przed nią, wpatrując się w jej pysk zaszklonymi oczyma.
— Widziałaś przecież jej ogon! Szara Skóra w samoobronie ją ugryzł, ta się na niego rzuciła i rozerwała mu... mu... Wdzięczna Firletko, ona... ona mu rozerwała skórę na szyi! Błagam, zaufajcie mi! — ton jego głosu był zrozpaczony, przepełniony strachem. — Wdzięczna Firletko... ocaliłem was przed spaleniem się! Błagam... wysłuchaj mnie!
Cofnęła się o krok. Nim zdołała odsunąć go od siebie, z drugiej strony otoczyła ją Zwiewny Mak.
— Słuchaj...tę ranę zrobiła mi Szafirkowy Wiatr. Bąbelkowy Plusk próbuje tylko obronić Pierze...
Uratowało ją poirytowane prychnięcie Śpiewającego Raniuszka.
— Niesamowite, że wszyscy winni nagle płaczą i są tacy bezbronni i skołowani, kiedy już przychodzi o wymierzanie im kary i mierzenie się z konsekwencjami własnych czynów. Mam wrażenie, że sądzimy bandę bachorów, które nie są w stanie utrzymać emocji na wodzy, a nie dorosłe koty — mlasnęła z niesmakiem. — Cierniu, skoro już tu stoisz nie tylko jako morderca, ale również maź pozbawiona kręgosłupa, to może się wypowiesz, czy coś widziałeś? Próbujesz od nowa przeszukać swoją pamięć? A może Berberys? Twój brat już dawno pękł może twoja kolej. A może sama Rudzik? — tu skierowała wzrok na kotkę. — Podobno zniknęłaś, później dopiero dołączyłaś do Opadającego Rumianka. Czy nie widziałaś drugiej matki, która teraz patrzy za przygarniętymi przybłędami, jakby szukała w nich pomocy.
Firletka spojrzała najpierw na Bąbelkowy Plusk, później na Zwiewny Mak.
— Ja… — zaczęła, przełykając ślinę. Nie chciała być stawiana w tej pozycji. — Gradobijący Cierniu? — powtórzyła po młodszej wojowniczce.
— …i na miłość Gwiezdnych, Dryfujący Fluorycie weź stąd kocięta. Czemu w ogóle są w tej części Groty!
Podczas gdy Fluoryt podeszła do kociąt i zaczęła prowadzić je do legowiska kronikarzy, Cierń podniósł spojrzenie na nią i Śpiewkę. Bąbelkowy Plusk spojrzał na mrużącego oczy Tańcujące Pierze. Mak wbiła błagalny wzrok w Cierń.
— Proszę, bracie. Powiedz im prawdę...
Srebrny przełknął nerwowo ślinę.
— Było dużo dymu i nie wszystko widziałem. Ale raczej tak. Przepraszam…
—Widzicie!? Mak kłamała!
Śpiewka prychnęła.
— Co za różnica, czy zabiła jednego kota, czy dwa? Morderstwo to morderstwo, a kłócicie się o jednego starego Szarego, jakby był przywódcą, gdzie już doskonale wiemy, kto zabił lidera.
Zwiewny Mak spuściła wzrok.
— Wielkie dzięki... Braciszku. Naprawdę, dziękuję za to, że skłamałeś i być może skazałeś własną siostrzyczkę na...nawet nie chcę mówić co.
Nagle pomrukiwania czarnofutrej przerwała Rudzikowe Skrzydełko.
— Nie mówię że jestem niewinna — wyskoczyła nagle. — Przyznałam się że należałam do ich grupy, choć czuję że tylko częściowo. Ale nic poza tym. Nie rzucaj takich oskarżeń Śpiewający Raniuszku.
Fuknęła pod nosem.
— Wysuwasz te rzekome wnioski, a nawet nie słuchasz! — oburzyła się. — Dołączyłam do Opadającego Rumianka zaraz po tym, jak wróciłam od ojca swoich kociąt, Zajęczego Udka. I nie, niestety nie widziałam nigdzie Zwiewnego Maku.
— Nikogo nie oskarżyłam, mysia strawo, oprócz samej Mak — prychnęła Śpiewka. — Zadałam tylko pytanie, czy nigdzie nie widziałaś Maku. Może też nauczysz się słuchać, zamiast mieć czelność wybuchać, kiedy jesteś w sytuacji, w jakiej jesteś.
— Po co te wyzwiska, Śpiewający Raniuszku?
Rudzik spokojnie polizała sierść.
— Ty chyba sama nie wiesz już, co mówisz. Słuchałam i wiem, co powiedziałaś. To tobie w tej chwili myszy zjadły rozumek. A może po prostu próbujesz zrobić to samo, co Ostatni Pożar? Kto wie…
Śpiewka przeciągnęła łapą po pysku.
— Wiem, co powiedziałaś. A ja cię spytałam, czy nie widziałaś Mak. Koniec. Czego na gwiezdnych nie jesteś w stanie zrozumieć — warknęła. — W końcu sama przyznałaś, że należałaś do tej grupy, więc może coś wiesz, więc CHCIAŁAM, byś się podzieliła dodatkową wiedzą. Czy wiadomość dotarła?
Rudzik zmrużyła ślipia.
— W takim razie doszło do nieporozumienia. Tylko że ja nawet nie miałam dodatkowej wiedzy. Nawet nie do końca wiem, kto według ich planu miał zginąć.
Dwie kocice mierzyły się wzrokiem. Chwilę ciszy postanowiła ponownie wykorzystać Mak.
— Jak już mówiłam, odejdę dobrowolnie, jeśli tylko mi pozwolicie — miauknęła cicho. — Jestem...jestem całkowicie świadoma tego, co zrobiłam i jest mi strasznie wstyd i czuję się winna. Jednak nie chcę odejść z poczuciem, że dla was zabiłam nie jednego, ale dwa koty. Ostatni raz błagam was...uwierzcie mi. Nie zamordowałam Szarej Skóry.
Niewiele kotów jej słuchało. Większość była bardziej skupiona na Tańcującym Pierzu, który nagle wyrwał się do przodu.
— Wdzięczna Firletko, Zawodzący Echo. Zauważyłem, że Kameliowa Łapa, Tojadowa Łapa, Gasnąca Łapa mają prawo wyrażania się o sytuacji naszego klanu, choć wciąż nie zostali wojownikami naszego Klanu Burzy. Poza tym mało księżyców spędzili tutaj, aby jakkolwiek się wyrazić o obecnej sytuacji i są z dwóch innych klanów — omiótł spojrzeniem wymienionych. — Według mnie ich głosy nie powinny być brane pod uwagę. Czy ktoś się ze mną zgadza?
— Według mnie Twój głos nie powinien być brany pod uwagę. W przeciwieństwie do ciebie, oni jeszcze nie zdradzili Klanu Burzy — rozległ się głos Opadającego Rumianka.
— Jeszcze.
Firletka zmrużyła ślipia, przytakując Rumiankowi.
— Ich zdanie powinno również się liczyć, jeśli jest szansa na to, że będą mieli spędzać dni z mordercami pod jednym sklepieniem — oznajmiła, a po chwili zgodził się z nią sam Gasnąca Łapa.
— Każdy kot wie, że za zabójstwo niewinnych kotów należy się kara i nie podlega to dyskusji.
Pierze spojrzał na nich zrezygnowany.
— …w takim razie pozostawię to w łapach naszego przyszłego przywódcy, Zawodzącego Echa.
Wspomniany kocur podniósł łeb; do tej pory przyglądał się kłótniom z cieniem dyskomfortu i zmęczenia wymalowanym na pysku.
— Czy ktoś jeszcze chciałby coś dodać? Czy możemy już przejść do podejmowania decyzji?
Śpiewka uniosła łapę do góry.
— Było wspomniane o tym, że znaleziono futra w różnych kolorach. Czy mogę wiedzieć, w jakich?
— Czarne, białe oraz jasnorude.
— Czy były wyczuwalne na nich jeszcze jakieś zapachy? Czy wszystko strawił dym?
Echo pokręcił głową.
— Niczego nie dało się rozpoznać.
Wojowniczka westchnęła, zamyśliła się na chwilę, po czym uniosła wyżej głowę.
— Z tego, co wiemy i czego się dowiedzieliśmy, wynika, że: Gradobijący Cierń zabił Króliczą Gwiazdę, Zwiewny Mak — Szafirkowy Wiatr, i z tego, co twierdzi Bąbelkowy Plusk, również i Albę, w co szczerze wątpię. Nie widzę sensu wypierania się drugiego morderstwa, kiedy przyznano się już do pierwszego, chociaż może ma jakieś ukryte powody. Nieustraszony Chomik pozbawiła życia natomiast Skrzypu. Czy coś ominęłam?
Odetchnęła.
— Gdzie w tym wszystkim Tańcujące Pierze? Zastanawia mnie... W końcu tak bardzo chciał spróbować krwi Albinosów — Firletka wzdrygnęła się — i wątpię, by nie wyskoczył jako pierwszy do brodzenia we flakach, chyba że tak bardzo bał się ubrudzić... W co wątpię, patrząc na ślady. Cała grupa starszych trzymała się razem wraz z Króliczą Gwiazdą i mieliby się nagle rozdzielić? W sposób, w który Gradobijący Cierń nie jest w stanie wyznaczyć kolejnych zabójców? Zresztą, brakuje tu ciał. Co z Pozłacaną Pszenicą i Ognistą Pięknością? Oprócz Rudzikowego Skrzydełka która z jakiegoś powodu odłączyła się od ewakuującej grupy, pomimo że w niej była, z tego, co słyszałam, to nie widziałam też Bąbelkowego Plusku i Dzikiego Berberysu. Nie było wszystkich, ciał nam brakuje, dwa tylko zostały spalone, a reszta wyparowała, gdzie z Pszenicą jestem skłonna stwierdzić, że jest to wypadek. Co z Sójczym Błękitem? Kto zabił? Brakuje nam sprawców, dlatego pytam resztę, jeszcze raz. Skoro i tak jesteście skazani na śmierć lub wygnanie, to pochwała swoimi czynami nie zaszkodzi. W czyjej krwi moczyliście łapy? Jestem bardzo bliska głosowania za śmiercią dla wszystkich tu oskarżonych i jestem pewna, że część z tu obecnych jest też skłonna zmienić zdanie, w zależności od waszych dalszych zeznań. Być może wasza skrucha w czymś pomoże… Ach i jeszcze sprawa z oskarżeniami Pożar nie daje mi spokoju... ale niestety tutaj mamy jedno słowo przeciwko drugiemu.
Koty zamilkły na parę uderzeń serca, słuchając podsumowania wojowniczki. Cierń podniósł głowę.
— Ja zabiłem Sójczy Błękit. Wspomniałem jako pierwsze o Króliczej Gwieździe, bo o niego było najwięcej pytań.
— Rozumiem. Co się stało z ciałem?
— …wszystkie zostały utopione w jeziorze, dlatego ich nie znaleziono.
Śpiewka uniosła brew.
— Cóż, będziemy musieli spytać w takim razie Klan Nocy, czy przypadkiem nie widzieli trupa przepływającego im przez obóz — skomentowała. — Wracając. Pamiętasz, kto z tobą wtedy tam był, wrzucając ciała? Czy wszyscy wymienieni? Czy znajdował się obok Tańcujące Pierze i czy jesteś w stanie opisać mi wygląd każdego z nich w tamtym momencie.
— Pierze nie był przejęty. Reszta z resztą też nie. Ja sam byłem wstrząśnięty, po całej tej sytuacji byłem bardzo nieobecny… Ale były tam chyba wszystkie koty, które mordowały.
— Proszę, Cierniu, nie mów ,,wszyscy", tylko od razu mów imionami. I znaczy to, że nic nie pamiętasz, dobrze.
Przerwała jej Ostatni Pożar.
— Rudzikowe Skrzydełko przyznała się do spiskowania przeciwko Króliczej Gwieździe. Czego jeszcze szukać? To samo w sobie nie powinno jej dawać prawa do życia w klanie jako normalna wojowniczka.
Oskarżona kocica otworzyła pysk.
— Przez długi czas stałam w obozie jak zamrożona — oznajmiła. — Później szłam raczej wolno przerażona na samym końcu grupy, daleko za starszymi. Gdy tylko się ocknęłam z tego transu, ogień był już za mną. Gdy chciałam już pobiec za reszta grupy, a także zapomnieć o wszystkim, co planowali, nagle przypomniało mi się o Zajęczym Udku. Wtedy bez wahania ruszyłam w pobliżu Klanu Klifu, gdzie widziałam ostatnio kocura — mówiła łamiącym się głosem. — A gdy wracałam, widziałam już przed sobą Opadającego Rumianka, do którego po jakimś czasie nawet dołączyłam. On raczej mnie nie lubi. Gdyby coś na mnie miał, na pewno by mnie wydał.
— Ja i Ostatni Pożar byłyśmy pierwszymi kotami przy Kamiennych Strażnikach — skomentowała Złota Wydma — a co za tym idzie, przy granicy z Klanem Klifu i tak się składa, że ani przez chwilę cię nie widziałyśmy.
Rudzik zastrzygła uchem.
— Ale za to ja was widziałam. Może byłyście zbyt zajęte sobą? — prychnęła. — Samego Zajęcze Udko znalazłam bliżej granicy z Klanem Wilka. Pewnie mnie po prostu nie zauważyłyście.
— Czyli teraz to granica z Klanem Wilka? I mamy uwierzyć, że przypomniało ci się o tym dokładnie teraz? Bardzo wygodnie dla twojej wersji wydarzeń.
— Złocista Wydmo, nie zrozumiałaś! — odparła zaraz oskarżona. — Poszłam pod granicę z Klanem Klifu, ale nie było go tam. Zauważyłam go dopiero przy granicy z Klanem Wilka, gdy szłam wzdłuż granic. Potem poszłam szukać reszty, ale nikogo poza Opadającym Rumiankiem nie znalazłam.
Złota Wydma wywróciła oczami.
— Czyli chcesz powiedzieć, że byłaś na samym końcu grupy, przeszłaś wzdłuż granicy z Klanem Klifu aż do Klanu Wilka, w tym czasie nikt Cię nie zauważył, jednak ty ciągle nas widziałaś. A potem spotkałaś Opadającego Rumianka, który swoją drogą szedł z kierunku obozu, a nie granicy z Klanem Wilka i to wszystko sprawiło, że znaleźliście nas dopiero po pożarze.
Odczekała moment, patrząc w oczy Rudzik.
— To wszystko, czy chcesz dodać jeszcze jakieś bajeczki?
— Oj. Uwzięły się na mnie. Pożarek, jej irytująca... dziewczyna. I kłapiąca pyszczkiem pchła.
Na pysku rudej malowała się mieszanka obrzydzenia i bezradności.
— Chyba faktycznie trochę pogubiłam się w zeznaniach. Część z tego faktycznie była prawdą. Tylko że chyba nie dam rady...tego dokładnie wyjaśnić. Nie jestem w stanie.
— A. Dobrze. W takim razie przykro mi Klanie Burzy, ale musimy uniewinnić tę kotkę ze względu na poplątane zeznania, kłamstwa i brak chęci naprostowania — zaszydziła Wydma, uśmiechając się do reszty kotów. — Wszystkim to pasuje?
— Nie chcę być uniewinniona... Przyjmę każdą karę, jaka mnie spotka.
Śpiewający Raniuszek ponownie wtrąciła się do rozmowy.
— Czyli postanowiłaś przejść ten kawał drogi być niezauważona i powiadomić kocura z obcego klanu o pożarze, zamiast zająć się swoimi dziećmi. Rozsądnie, tak. Dobrze, Gasnąca Łapo, czy w waszym klanie jest obecnie kocur o imieniu Zajęcze Udko?
Rudzik zwróciła spojrzenie na młodszą wojowniczkę.
— Zajęcze Udko nie należy do klanów. Chociaż często znajduje się na ich terenach — dodała, żeby wyjaśnić. — I z tego, co wiem, nigdy nie należał do żadnego klanu. Nie wiem skąd takie imię.
— W takim razie poszłaś szukać czegoś, czego mogłaś praktycznie nie znaleźć — skwitowała Śpiewka. — I był na granicy Klanu Klifu z Klanem Wilka? Jeśli dobrze kojarzę, granica ta nie pozwala na przejście samotnikom, a Klan Wilka tym bardziej nie współpracuje z nikim innym, oprócz sobą. I akurat trafiłaś na niego? Podczas pożaru? Dosłownie w chwili? Znalazłaś i wróciłaś jak pierwszy lepszy patrol? Na nieodpowiednich terenach? By ostrzec samotnika, który nijak się ma do pożaru, którego mogłaś nie znaleźć, który mógł dawno być daleko stąd, któremu nic nie groziło, dla którego naraziłaś swoje kocięta? Przepraszam, jest to tak irracjonalne, że aż śmieszne.
Bol przemknął po pysku Rudzikowego Skrzydełka.
— Nie naraziłam swoich kociąt. Ognik o nie zadbał, gdy widział że ja spanikowałam. Chyba.
— Wciąż jednak wisi tutaj reszta oskarżeń. A Oskrzydlony Ognik to nie jest matka zastępcza, a tym bardziej nie byłby w stanie zastąpić cię!
Złota Wydma ponownie zwróciła się w stronę oskarżonej.
— Gdyby twój kochaś rzeczywiście przebywał blisko Klanu Wilka, już by pewnie dawno nie żył. Parszywe Wilczaki atakują wszystko, co się rusza.
Rudzik wzięła drżący oddech.
— No dobrze. Powiem prawdę.
Zamilkła na parę uderzeń serca.
— Wcale nie widziałam się z Zajęczym Udkiem. Cały czas szłam na końcu grupy. Po czasie dołączyła do mnie Ognista Piękność. Ona... Ona się potknęła — wyszeptała cicho. — Ja wiedziałam że jak to powiem, to będzie moja wina! Chciałam jej pomóc, ale gdy mój ogon zajął się ogniem. Spanikowałam. Ja... Ja widziałam, jak ona płonie. Powiedziała, że ja i moje rodzeństwo to gorsze potomstwo Płomiennego Ryku. Nie wiedziałam wtedy, o co jej chodzi. Teraz rozumiem. Nigdy bym jej nie zabiła... Ale czułam się temu winna, w końcu jej nie uratowałam... A mogłam. Nawet próbowałam. Chciałam dowiedzieć się czegoś więcej. Nie zdążyłam — załkała, dygocząc nerwowo. — Ale naprawdę nigdy nie zrobiłabym nikomu krzywdy!
— I w ramach pomocy złamałaś jej łapę?
— Ale to nie ja! — zawołała zrozpaczona. — Nawet nie wiedziałam że miała złamaną łapę. Musiała się potknąć. Albo złamała ja już jakiś czas temu. Nie wiem!
— Złamaną wcześniej? Musiałaby skoczyć ze skruszonego drzewa, kości nie są aż tak kruche, mogłaby ją co najwyżej zwichnąć podczas próby ucieczki — zauważyła Śpiewka, nieustępliwie drążąc dalej. — A była ewidentnie złamana.
— Moja matka nie miała złamanej łapy!
Wszyscy zwrócili wzrok na warczącą Ostatni Pożar.
— Zrobiłaś to. Zabiłaś Ognistą Piękność! Zabiłaś moją matkę! Wydrę z Ciebie flaki, wronia strawo!
Wojowniczka zaczęła zbliżać się do oskarżonej, obnażając zęby. Echo podniósł się ze swojego miejsca.
— Ostatni Pożarze, uspokój się!
— Była starszą. Miała pewnie słabsze kości — zamiauczała cicho Rudzik. — Widziałam, jak jej łapa się omsknęła. To chyba właśnie wtedy się złamała. Chciałam jej pomóc, ale zaczęła się strasznie wierzgać…
Spojrzała zdesperowana na Pożar.
— Nie zabiłam jej! Nic mi nie zrobiła!
— Zabiła mi matkę! Te Lisie Łajno zabiło mi matkę! Pomszczę ją! Zabiję Rudzikowe Skrzydełko, zabiję, zagryzę, rozpruję…
Po Grocie Pamięci rozległo się kolejne, o włos bardziej spanikowane zawołanie zastępcy.
— Ostatni Pożarze!
Rudzik zjeżyła futro.
— Nie zabiłam jej! Nikogo nie zabiłam!
Złota Wydma wbiegła pomiędzy oskarżoną a swoją partnerkę.
— Proszę, zostawcie ją! — krzyknęła, po czym obróciła się do rudej. — Pożar, proszę Cię, opanuj się!
W tym samym czasie Rudzikowe Skrzydełko zacisnęła ślipia i osunęła się na ziemię.
— Z-Zabijcie mnie. Po prostu mnie zabijcie.
Sytuacja zdecydowanie wymykała się im wszystkim spod kontroli.
— Uspokójcie się wszyscy! — warknął nagle Zawodzące Echo, po czym odchrząknął i spojrzał po pobratymcach. — Skakaniem sobie nawzajem do gardeł niczego nie rozwiążemy. Ostatni Pożarze, pilnuj się — spojrzał na kocicę z ukosa. Po chwili dobiegły go miauknięcia Raniuszek. — A ty, Śpiewający Raniuszku, zachowaj powagę. Mieliśmy tu dojść do wspólnej decyzji, a na razie wyglądamy jak zgraja kłócących się kociaków. Czy każdy rozumie, jakie oskarżenia zostały przedstawione? Czy ktokolwiek słuchał słów Śpiewającego Raniuszka?
— Oczywiście, Zawodzące Echo — odezwała się Śpiewka. — Nie ja jednak zaczęłam to przedstawienie, chciałam tylko zaznaczyć.
Zastępca westchnął.
— Czy wszyscy gotowi są zadecydować o przyszłości oskarżonych?
W tłumie rozległy się szmery potwierdzenia. Przed grupę wyszedł jeden z kotów — Oskrzydlony Ognik.
— Klanie Burzy, wysłuchaliśmy wielu słów i oskarżeń oraz dowiedzieliśmy się dzisiaj wielu nowych rzeczy. Nie powinniśmy jednak zapomnieć, że wszystkie tu obecne i oskarżone koty, kłamały. I pewnie kłamałyby dalej, chroniąc się nawzajem, gdyby nie Gradobijący Cierń, który, jak śmiem twierdzić, nie ugiął się dlatego, że rzeczywiście żałował... A dlatego, że przestraszyła go wizja śmierci. W końcu to on bezwstydnie od samego początku próbował wmówić wszystkim, że trzeba zająć się głodującymi kociętami, które wcale wtedy jedzenia nie potrzebowały, w końcu nie głodowaliśmy od wielu księżyców, a jedynie uciekliśmy przed pożarem. W powietrzu wisi jeszcze wiele niewiadomych, jednak patrząc na chęć współpracy reszty zdrajców, nie licząc Ciernia, wątpię, byśmy uzyskali jakiekolwiek informacje. Nie uważam, by wygnanie było dobrym rozwiązaniem, patrząc na to, że zdrajcy zdrajcami pozostaną, a wrócić mogą ze wzmożoną siłą. Podjęlibyśmy wielkie ryzyko, gdybyśmy do tego dopuścili.
Odetchnął i zlustrował wzrokiem zebranych.
— Moja propozycja pozostaje niezmienna. Dla Tańcującego Pierza oraz Nieustraszonej Chomik proponuję wyrok śmierci. Wszyscy słyszeli o wyczynach młodego kocura, a Chomik swoim zachowaniem pokazała, że koty podobne jej nie mogą się zmienić. Jeśli raz próbowała zabić, drugi raz zabiła, to zrobi to po raz kolejny. Co do reszty... Degradacja do roli minara. Wieczny niewolnik, bez praw, bez możliwości chodzenia w samotności, bez wypowiedzi, na zawsze zostawiony w chłodnej dziurze, pilnowany dzień i noc przez przynajmniej dwa koty, jeśli się uda. Wymagałoby to oczywiście wielu środków, jednak dzięki temu możemy trzymać ich blisko, bez ryzyka powrotu z większą siłą. Każdy tu zabił z zimną krwią i chociaż doceniamy skruchę, przynajmniej niektórych z was, uważam, że zmiana w niektórych przypadkach, podobnie jak z Chomikiem, jest niemożliwa. Jeśli pilnowanie wymagałoby zbyt wiele wysiłku, być może okaleczenie, o którym wspomniała Śpiewający Raniuszek, nie byłoby złą opcją, chociaż wolałbym tego uniknąć. Nie słyszałem jeszcze głosu w tej sprawie Tańcującego Pierza i Dzikiego Berberysu i zdaje się, że nie mają zamiaru się bronić, tym samym przyznając się do winy. Oczywiście, największą zbrodnią jest zabicie naszego lidera, jednak czy skrucha, współpraca i zrzucenie winy na manipulację jest wystarczające? Gradobijący Cierniu, cokolwiek byś nie powiedział, wciąż jesteś myślącym, samodzielnym i dorosłym kotem. Ciężko było słuchać, gdy zrzucałeś winę na Tańcujące Pierze, zamiast na samego siebie, wspominając o tym, że ,,nie miałeś na to wpływu". Każdy. Powtarzam, każdy z tu zgromadzonych przed sądem miał całkowity wpływ na swoje akcje i czyny. Końcowo jednak myślę, że życie w jego przypadku powinno być darowane. Właśnie dlatego. Co do Rudzikowego Skrzydełka natomiast — zawahał się — najpierw mylenie, później wypieranie a na końcu zmyślanie... zawiodłem się na tobie i wciąż wiem, że nie było powiedziane całej prawdy, jednak nie mamy również dowodów przeciw. Nie sądzę, że jestem odpowiednią osobą do oceny, co powinniśmy zrobić w tym wypadku, patrząc na nasze pokrewieństwo, jednak miałem nadzieję na nieco lżejszą karę, ze względów na brak adekwatnych dowodów. Proszę o rozpatrzenie moich propozycji.
Spojrzał na leżącą na ziemi siostrę.
— Dziękuję.
— Nie zniosę już dłużej tej podłości i nikłej lojalności — odezwał się po chwili Opadający Rumianek. — Chcę, aby dokonano egzekucji na każdym z oskarżonych. Nie zasługują na to, aby zagrzewać miejsce w Klanie Burzy. Nawet jako minarze. Tym bardziej że ta Szczurze Skrzydełko próbowała mnie te w to wciągnąć. Nie chcę, aby takie koty zostały wygnane. Niech giną.
W jego ślady z własnymi głosami wysunęły się do przodu kolejne koty.
— Uważam, że Tańcujące Pierze i Nieustraszony Chomik zasługują na egzekucję — przyznał Poczciwy Szakłak stłumionym głosem. — Gradobijący Cierń natomiast i Dziki Berberys wygnani.
Skrzydlata Płomykówka przytaknęła.
— Uważam podobnie w sprawie Pierza i Chomik, jednakże Gradobijący Cierń z bratem powinni zostać poddani pracy pod nadzorem.
Ciałem Rudzikowego Skrzydełka wstrząsnęły szlochy.
— Zabijcie mnie. Proszę. Zaopiekujcie się moimi maleństwami... — mamrotała w kółko.
Firletka po chwili wahania podeszła do niej, kładąc jej delikatnie ogon na barku. Oskarżona podskoczyła i wcisnęła pysk między łapy.
— Zabij mnie!
Spojrzała medyczka przelotnie na Echo, po czym delikatnym ruchem ogona przyciągnęła kocicę do siebie.
— Nie zabiję cię — miauknęła, starając się utrzymać równy ton głosu. — Jeśli mam być szczera, nie chciałabym, aby kogokolwiek obecnego teraz w Grocie Pamięci spotkał taki los. Jednak nie we wszystkim mój głos jest na tyle istotny, aby przeważyć ten większości — kontynuowała. Nad ramieniem kocicy jej wzrok wbity był w ślipia zastępcy.
Poruszyła delikatnie końcówką ogona.
— Cokolwiek się stanie, mogę Ci obiecać, że zadbamy o Twoje dzieci. Dopilnuję tego.
Czuła, jak ciałem Rudzik wstrząsa dreszcz.
— Jesteś d-dobrą medyczką...
Zacisnęła zęby, wodząc wzrokiem po ziemi.
Kurza Łapa z wytrzeszczonymi oczami patrzył. Z obrzydzeniem patrzył na swoją matkę. Słyszał wszystko. Widział, jak poniżała siebie wśród wszystkich. Rozczarowała go. Czemu chcieli tych morderców w klanie? Czemu ta głupia kocica zrujnowała wszystko!?
Mimo to, na zewnątrz Kurza Łapa pozostawał jak skała. Bez emocji. Cisza.
— Mamy wystarczająco głosów, aby wydać wyrok!
Szumy w tłumie ucichły. Zwróciła na niego wzrok, podnosząc łeb znad ramienia Rudzikowego Skrzydełka.
— Pamiętajcie, że decyzja ta została podjęta wspólnie.
Zastępca wziął głęboki oddech.
— Zgodnie ze słowami większej części klanu, Tańcujące Pierze oraz Nieustraszony Chomik spotka kara śmierci — oznajmił. — Dziki Berberys zostanie wygnany daleko za naszą granicę. Gradobijący Cierń, natomiast... Zostaje skazany na dożywotnią pracę w tunelach pod stałym nadzorem. Liczę, że będzie skłonny do współpracy, abyśmy mogli w przyszłości lepiej wyjaśnić tę sytuację.
Odczekał parę uderzeń serca.
— Co do Rudzikowego Skrzydełka, Zwiewnego Maku oraz Bąbelkowego Plusku — kontynuował — ich również spotka kara w postaci prac w obozie i poza nim, jak i ograniczonej wolności.
Tańcujące Pierze wraz z Dzikim Berberysem zacisnęli szczęki, jednak nie ruszyli się z miejsca. Gradobijący Cierń jedynie skinął głową w stronę zastępcy, z ulgą wymalowaną na pysku.
Odsunęła się o krok, gdy Rudzikowe Skrzydełko podskoczyła w miejscu. Młodsza kocica zaczęła rozglądać się po grocie, wodząc rozbieganym wzrokiem po kotach. Gdzieś z boku, Bąbelkowy Plusk spuścił wzrok na własne łapy, a Nieustraszony Chomik zmrużyła ślipia.
— Upiekło Ci się jak na mordercę dwóch starszych kotów — ciszę przerwał głos Dzikiego Berberysu, skierowany do Ciernia. Od początku, aż do tego momentu, siedział cicho. — No, no, no... Nie wiedziałem, że uda ci się tak spłakać przed resztą, że łaskawie ci darują życie. A podobno to ja byłem beksą. Szkoda tylko, że wspinasz się po trupach do celu, a potem wycierasz się innymi. Nikt ci nie kazał zabijać, zrobiłeś to sam i to dwa razy.
Srebrny kocur odwzajemnił ostre spojrzenie brata.
— Berberysie, przykro mi, że tak uważasz i że sam nie żałujesz swojego występku.
— Sam byś tego nie żałował, gdyby ciebie nie złapano i nie przeraziła wizja śmierci z łap pobratymców — zaśmiał się Berberys. — Czasami trzeba mieć honor, ty go już dawno straciłeś. Pewnie ojciec byłby z ciebie dumny. Całkiem dobrze jak niespełna rozumu mordercę.
Tańcujące Pierze wtrącił się do wymiany zdań.
— Gradobijący Cierń łże. Mówi to, co się mu nasuwa na język niczym idiota niższej klasy. Kłamać to potrafi, a nie tylko w jednej sprawie — odezwał się. — Twój braciszek o mało, co nie zabił własnej siostry. Ciebie. Zobacz, do czego może się posunąć taki egoistyczny kot, aby przeżyć, zniżając się do... ale to już nie mój kłopot.
Uśmiechnął się.
— Niech ten klan zgnije z raną, której przez dumę nie chciał pokazać medykowi.
Skinął głową Dzikiemu Berberysowi.
— Owszem, Dziki Berberysie. Gradobijący Cierń jest jak ze skóry zdarty swojego ojczulka. Mówił mi, że chciał go pomścić. Najwyraźniej Świerszczowy Skok na długo nie opuści naszego ukochanego Klanu Burzy, co? — uniósł brew i wyszczerzył ząbki w irytującym uśmieszku. — Jaki ojciec, taki syn. Oboje bezmyślni, ale tylko jeden zachowujący choć grosz honoru i podziwu. I to na pewno nie ten, co teraz się skulił pod wzrokiem zwykłych kotów — prychnął z pogardą i uniósł podbródek. — Dobrze byłoby go nazwać po tym wszystkim Świerszczowy Skok. Aby zapamiętał, dla kogo zabił aż dwa koty i mógł zabić jeszcze-
— Uspokójcie się. Decyzja już zapadła — warknął Zawodzące Echo. Odczekał parę uderzeń serca, po czym ponownie uchylił pysk. — Nim wszyscy się rozejdą, a oskarżeni tymczasowo powrócą do dołów, chciałbym coś ogłosić.
Spojrzał po kotach zebranych w Grocie Pamięci. Jasno widziała na jego pysku zmęczenie i ból
— W związku z odejściem Króliczej Gwiazdy — zaczął, uciszając tym samym większość szeptów w tłumie — Jestem zobowiązany oficjalnie przejąć rolę przywódcy oraz wyznaczyć nowego zastępcę.
Wziął głęboki oddech, zamrugał, po czym wbił wzrok w jednego z kotów.
— Skrzydlata Płomykówko, wystąp — polecił. Gdy kocica, po chwili zawahania, stanęła przed nim, kontynuował. — Jesteś kompetentną wojowniczką, jak i wytrwałą mentorką, co pokazał trening Ostatniego Pożaru. Dziś wykazałaś się umiejętnością przewodzenia grupie oraz zachowałaś spokój pomimo stresującej sytuacji. Od tej chwili pełnisz rolę mojego zastępcy — oznajmił, po czym zniżył ton głosu, szepcząc jeszcze parę słów. — Przykro mi z powodu śmierci Twojej matki i partnera. Sójczy Błękit odeszła jako szlachetna wojowniczka, broniąc życia innych. Widzę w Tobie to, co tak bardzo szanowałem właśnie w niej.
Skrzydlata Płomykówka milczała przez parę uderzeń serca.
— Dziękuję Ci za tę szansę — odpowiedziała w końcu. — Będzie to zaszczyt dźwigać na barkach losy Klanu Burzy wraz z tobą. Fakt, moja matka była wspaniała, jako rodzic i także członek klanu, dlatego też obiecuję, że nie zhańbię jej imienia, a także imienia Klanu Burzy — miauknęła, posyłając mu subtelny uśmiech.
Gdy szepty - te pełne ulgi, jak i te mniej zadowolone - ucichły, Echo ponownie zabrał głos.
— Gdy tylko sytuacja Klanu Burzy się ustabilizuje, odbędę podróż do Księżycowej Sadzawki — kontynuował. — Na razie powinniśmy się skupić na wyżywieniu klanu oraz zajęciu się jego najmłodszymi członkami.
Skinął głową swojej nowej zastępczyni.
— Skrzydlata Płomykówka wyznaczy patrole łowieckie. Trzymajcie się zachodniej części naszego terytorium, tej, której nie dosięgły płomienie; w przeciągu następnych wschodów słońca wysyłane będą również grupy, których celem będzie ocena wielkości strat. Chętnych uczniów oraz wojowników proszę również o zgłoszenie się do Wdzięcznej Firletki, aby w wolnej chwili pomóc jej oraz Łzawej Łapie w odbudowaniu prowizorycznych zapasów ziół, aby mogły zająć się waszymi urazami, jeżeli takowe się pojawiły. Co więcej, szczątki Pozłacanej Pszenicy oraz Ognistej Piękności zostaną przygotowane do czuwania, aby później mogły zostać godnie pochowane.
Zamilkł na moment.
— Tańcujące Pierze, Nieustraszony Chomik oraz Dziki Berberys powrócą do dołów, w których spędzili wczorajszą noc — oznajmił. — Tam, pod stałym nadzorem, wyczekiwać będą egzekucji, lub w przypadku Berberysu, odprowadzenia poza granice klanu. Gradobijący Cierń, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Bąbelkowy Plusk zostaną przeniesieni do ślepej odnogi jednego z tunelów prowadzących do Groty Pamięci.
Kurza Łapa jako pierwszy zerwał się z siedzenia i odwrócił, idąc do innych zakamarków piwnicy.
***
Przez kilka dni nie odzywał się nieproszony. Zazwyczaj jadł, spał, uczył się, przeszukiwał stary obóz, omijał matkę… i cykl się powtarzał. Czasem sprzątał stary obóz z nadzieją, że go zreperują. Pojedyncze kamyki aż same się prosiły o sprzątnięcie, gdy się wbijały przychodzącym kotom w poduszki łap. Ktoś musiał się tym zająć i nie był to kto inny jak sam Kurza Łapa. Po kilku minutach łażenia w kółko i pochylania się nisko nad podłożem w poszukiwaniu odłamków skalnych zaczął się nudzić. Uczeń więc postanowił zostawić to dla kogoś innego i zamiast znaleźć produktywne zajęcie, wybrał myślenie. Nie wiedział sam czy chciał zmiany, ale na myśl o spędzeniu w tej piwnicy całe swoje życie zamiast na otwartej przestrzeni go przerażała. Kurza Łapa podczas myszkowania na drugim piętrze Kamiennej Wieży nie znalazł nic ciekawego. Może inny kot sprzątnął mu to sprzed nosa? Nie wiedział w sumie, co go tam właściwie przywiodło. Chciał coś odkryć? A może zabawić się w Tańcującego Pierza, który to tak regularnie ich odwiedzał za czasów żłobka? Może Zawodzące Echo coś ukrywał przed resztą…
Poza tym unikał rozmowy z resztą, spędzając większość czasu na treningu i poświęcając resztę wolnego czasu na dobranocne rozmowy z siostrą. Ostatnio zaczął częściej znikać w tunelach, niż było to potrzebne, chcąc przeszkolić się w tym całym “przewodnictwie”, do którego miał się przyzwyczaić. Miał zostać kimś. Nie zwykłym wojownikiem, lecz przewodnikiem. Przemieszczając się po tunelach, często chodził z głową w chmurach, zastanawiając o przyszłości. Czy będzie tak wielki, jak jego sam wuj i ciotka? Musiał pokazać, że pokrewieństwo z Rudzikiem nie skreślało go z listy “kotów mających potencjał”; Kurza Łapa dowiedzie, że się mylą.
Wszyscy się mylą.
Przez te myśli kilka razy wpadał w ślepe zaułki i spotykał się agresywnie z kamienistą ziemią. Biały Strumień nie wyglądał na zadowolonego. Czasem Kurczak naprawdę się zastanawiał czy rzeczywiście to koty urządziły sobie tunele, czy to były wielkie króliki, które żyły bardzo, bardzo dawno temu. Może jakaś cywilizacja?
Po kilku godzinach spędzonych w zupełnej ciemnicy z przewodnikiem Kurza Łapa zaczął w końcu nabierać wprawy w to całe nawigowanie. Umiał określić jak dostać się z punktu pierwszego do wyjścia i na odwrót. Potrafił też stwierdzić, jak daleko był od Białego Strumienia jedynie za pomocą głosu albinosa. Uczył się szybciej niż wcześniej; zapewne sprawa Rudzikowego Skrzydełka zmotywowała go do tego. Musiał pokazać im wszystkim, że był godzien zostania przewodnikiem.
[Event w Klanie Burzy; przeszukiwanie starego obozu]
[Event w Klanie Burzy; Pozbycie się ostrych odłamków skalnych]
[16251 słów. Umiejętność: Nawigacja w tunelach]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz